Radomir Darmiła „Smutna historia o miłości ze szczęśliwym zakończeniem” (3)

Opowiadania Radomir Darmiła - 22 grudnia 2014

***

— Wojna o kobietę? — wróżka klasnęła w małe dłonie i roześmiała się. — Ach, jakie to bajkowe!
— Ja bym tego tak nie nazwał — mruknąłem ponuro. — Popytałem się po folwarku i gumiennik mówił prawdę. Dwóch leszych od trzech lat demoluje las w imię namiętności do błotnej kikimory. Ludzie mają tego wszystkiego serdecznie dość. Były pomysły wezwania żandarmerii.
— Skrzaciku kochany, nie rozumiesz? Ten kwiatek, co to go chce od nas leszy, ma być dla jego ukochanej! W środku okrutnej zimy, gdy wszystko jest uśpione pod śniegiem, jak pod białą pierzyną, on chce wybrance swego serca podarować niemożliwe — okruch wiosny!
Łypnąłem ponuro na Faery, nie będąc pewnym, czy kpi ze mnie, czy z zakochanego leszego. Trudno mi było uwierzyć, by mówiła poważnie.
— Koniecznie musimy mu pomóc, Bury — zdecydowała wróżka i zeskoczyła z pudełka na nici, na którym siedzieliśmy. —Już rozmawiałam z panią Riazańską i obiecała mi dać donicę, ziemię i nasiona. Nie wiedziałam wtedy, po co leszemu kwiat w środku zimy, ale coś mnie tknęło i prosiłam o więcej nasion. Będzie w sam raz na cały bukiet, a nawet na trzy!
— Faery, zaczekaj — próbowałem jej przerwać, ale wróżka położyła mi palce na ustach i z błyskiem w oczach mówiła dalej.
— Żaliła mi się, że tutaj żadne kwiaty nie chcą jej rosnąć, wszystkie więdną albo marnieją. Pokażę jej, co potrafi prawdziwa wróżka z Tir Connaracht! Dam z siebie wszystko, a ty, Bury, mi w tym pomożesz. Na początek…
— Nie mam zamiaru — palnąłem i złapałem ją za rękę, zanim znowu zakryła mi usta. — Słuchaj, pomożesz jednemu, to drugi się wścieknie.
— Trudno. Trzeba pomagać poetom — wzruszyła ramionami wróżka, a złote loczki zatańczyły na jej główce niczym promyki słońca.
— Poeta będzie szczęśliwy, a drugiemu złamiesz serce. Faery, może w Tir Connaracht jest jakoś inaczej, ale tutaj jest jedna, bardzo prosta i bardzo przydatna zasada: nie wściubiaj nosa w nie swoje sprawy.
— Bury, jesteś paskudny samolub. Sam mówiłeś, że przez wojnę leszych cierpi las, i zwierzęta, i nawet ludzie. A o co jest ta wojna? O miłość kobiety. Jak jeden zdobędzie miłość kobiety, to co się stanie?
— To ten drugi zarżnie tego pierwszego.
— Nie, paskudny skrzacie. To wojna się skończy i wszyscy będą zadowoleni. O, nie myśl, że jestem trzpiotem i chcę im pomagać, bo wzruszyła mnie historia o miłości! Ja chcę dla miejscowych ludzi dobrze, a tobie to już naprawdę się dziwię, boś wszak skrzat, a skrzat ludziom powinien pomagać.
Jęknąłem w duchu i patrząc na nią, uświadomiłem sobie z przerażeniem, że zaraz razem z wróżką zabiorę się za uszczęśliwianie ludzi i jednego poetycznie nastawionego leszego. Już widzę, jakie piosenki będą układać na mój temat.
— Dobrze, spróbuję ci pomóc — skapitulowałem i również zeskoczyłem z pudełka. — Ale przecież zanim ten kwiat wyrośnie, minie trochę czasu.
— Jak się dobrze postaramy, to nie więcej niż kilka dni. Dokładniej, to zależy od…
— Wystarczy mi niedokładniej. Kilka dni. Chciałem powiedzieć, że zanim ten kwiat wyrośnie, mógłbym rozejrzeć się po lesie… pogadać z kikimorą, z oboma leszymi… I może znajdziemy inne rozwiązanie.
— Jesteś nudny — wydęła wargi dziewczyna. — Paskudny i nudny. Ale dobrze, już pójdę z tobą do tej kikimory.
Zatkało mnie na chwilkę. Gorączkowo próbowałem wymyśleć jakiś argument przemawiający przeciwko pomysłowi Faery. To musiało być coś inteligentnego, błyskotliwego, zarazem żartobliwego, pokazującego, że nie biorę jej propozycji na poważnie i ona sama również nie powinna.
— E?
— Przecież musimy to rozwiązać we dwójkę, skrzacie. Poza tym, nie myślisz chyba, że przesiedzę te wszystkie dni przy doniczce. Zanudziłabym się na śmierć. Więc, gdzie mieszka ta błotnaja krasawica? — ostatnie słowa Faery wymówiła w miejscowej, derewińskiej gwarze i jedyne, co mogłem zrobić, to pochwalić ją za dobry akcent.

***

Myślałem, że Faery posadzi tylko jeden kwiat, ale ona uparła się na kilka doniczek. Dała mi parę nasionek i kazała je zasadzić, musztrując mnie przy tym i poprawiając co chwila.
— Dlaczego sama tego nie zrobisz? — zbuntowałem się wreszcie, ocierając pot z czoła. — Albo mogłabyś poprosić swoich wujków.
— Bo te właśnie kwiaty będą twoje. Ja będę ci trochę pomagać, ale należeć będą do ciebie, leniwy skrzacie. — Faery spojrzała na mnie i uroczym gestem odrzuciła loki wpadające jej do oczu. — Zrobisz z nimi, co zechcesz, Bury.
Ciekawe niby co, pomyślałem ponuro. Mógłbym nakarmić nimi krowy, tyle że Faery pewnie nie pochwaliłaby tego pomysłu. Przyszło mi do głowy, że na róży można robić świetne nalewki. Tyle tylko, że nie wiem jak, a na dodatek te nasiona to chyba nie są róże. No nic, nauczyłem się sadzić kwiatki, nauczę się robić nalewki na kwiatkach.
— Hej ho, do bagna by się szło! — zaintonowałem i złapałem Faery za ręce. Sam nie wiem, co mi strzeliło do głowy. Zakręciłem nią i przetańczyłem wokół doniczek, a ona śmiała się, ledwo mogąc złapać dech.
— Wariat — powiedziała, gdy się zatrzymałem.
— To skrzacie czary, na szczęście — wyjaśniłem. Czułem się lekko i głupio. — Jeszcze trzeba przeskoczyć nad nimi, krzycząc stare zaklęcie. Popatrz tylko!
Nie czekałem, co powie, i – krzycząc „za cesarza!” – dałem susa przez doniczkę. Nie wyszło dokładnie tak, jak zamierzałem. Chyba za bardzo chciałem się popisać. Nie wiem, co za idiota musiał akurat w tym miejscu postawić ścianę. Przyładowałem zdrowo i padłem na podłogę jak nieżywy. Faery, zamiast mi współczuć, zaśmiewała się do łez, a ja, chcąc nie chcąc, musiałem rżeć razem z nią, chociaż bolało mnie jak diabli.
— Wariat — powtórzyła, cudownie zarumieniona, a ja podniosłem się z trudem i wystawiając język, udawałem wariata. — Przestań, Bury. Teraz pora na mnie.
Kazała mi usiąść i milczeć. Posłuchałem jej, a wtedy ona klasnęła w dłonie i, oglądając się na mnie nieco wstydliwie, zdjęła najpierw wierzchnią opończę, a potem pokrowce ze skrzydeł. Rozwinęła je, pomagając sobie delikatnymi muśnięciami rąk, a potem wzniosła się do góry i zaśpiewała. Siedziałem w milczeniu, oczarowany, a ona przeleciała po kolei nad każdą doniczką i nad każdą odprawiała te same czary.
— Zobaczysz, jakie piękne wyrosną — powiedziała, kiedy skończyła. Zaczerwieniła się nagle i zawstydziła dziwnie. Szorstko odmówiła, gdy zaoferowałem jej pomoc przy zakładaniu pokrowców na skrzydła. Szkoda; miałem straszną ochotę sprawdzić, jakie są w dotyku.
Niedługo potem maszerowaliśmy razem przez las. Śnieg nie zapadał się pod Faery. Szła lekko, niemal mogłem uwierzyć, że szybuje niesiona przez powietrze. A powietrze było ostre i rześkie. Zachęcało do radosnych krzyków, podskoków i wygłupów. Skakałem więc dookoła jak rozbrykany źrebak, nurkując pod biały puch, a potem wyskakując w zupełnie innym miejscu, obrzucając wróżkę gejzerem śnieżnego pyłu. Próbowała być poważna. Próbowała być na mnie zła. Nie przejmowałem się tym. Wiedziałem, że zachowuję się głupio, ale było mi z tym dobrze, i śmiałem się sam z siebie, a dźwięk własnego śmiechu rozśmieszał mnie jeszcze bardziej.
Potem kazałem jej zaczekać, zapadłem się pod śnieg i długo nie wychodziłem. Wygrzebałem się, zadowolony z siebie, jakieś dziesięć stóp dalej i kiwnąłem na nią ręką. Nie chciała wejść za mną, podejrzewając jakiś podstęp, gotowa rzucić się do rozchichotanej ucieczki. Z trudem nakłoniłem ją, by zeszła na dół, a potem kazałem jej spojrzeć w górę. Posłusznie podniosła głowę i złapała mnie za rękę.
Staliśmy tak we dwójkę, w chłodnym, zalanym migotliwym światłem korytarzu, otoczeni mgiełką własnych oddechów. Promienie słońca roziskrzały się na ścianach, leniwie przesączając się przez śnieg nad naszymi głowami. Tajemnicze cienie zakrywały nasze głowy, by chwilę potem uciec, gonione przez migoczący, gwiezdny pył.
— Jak tu pięknie, Bury — westchnęła Faery. — Jak w kryształowym pałacu…
— Może zaproponujmy leszym takie rozstrzygnięcie ich kłótni: kto piękniejszy dom ze śniegu postawi, ten błotnają krasawicę za żonę dostanie. Co? Jak myślisz?
Wróżka poklepała mnie po policzku małą dłonią. Zaśmiałem się i złapałem ją wpół. Zanim zdążyła się oburzyć, skoczyłem w górę, przebijając głową śnieżny sufit. Przez chwilę wokół nas był tylko rozsrebrzony pył, tańczący z promieniami słońca. Potem wpadliśmy z powrotem w śnieg. Śmiałem się, gdy wróżka grzebała się do góry, i nie przestałem nawet wtedy, gdy na wpół oburzona, na wpół rozbawiona, sypała na mnie białym puchem.
Miejscowi dokładnie mi opisali, jak odnaleźć leśne błota. Nie mieliśmy najmniejszych problemów z dotarciem na miejsce, chociaż wróżka nie była pewna, czy dobrze trafiliśmy. Rozglądała się niepewnie, ściskając mnie za dłoń.
— Chyba zabłądziliśmy — szepnęła mi do ucha, łaskocząc mnie kosmykami włosów.
— Ależ skąd. Skrzaty nie błądzą — odpowiedziałem z pewnością siebie.
— Nie chorują, nie błądzą, i pewnie też nie myślą za dużo. — Rozejrzała się wokół jeszcze raz. — Przecież tutaj jest tak samo biało jak wszędzie wokół. Gdzie te błota?
Pokazałem jej ciemniejsze plamy za drzewami.
— Masz. Bajoro. Nawet nie zamarzło, ciekawe dlaczego. Hej tam, sławna z urody w świecie krasawico! — zawołałem po derewińsku, przykładając dłonie do ust. — Uczyńcie nam zaszczyt i ukażcie niegodnym swoje oblicze!
Zabulgotało, śnieg przed nami zakipiał jak wrząca kasza. Faery zakaszlała gwałtownie, zakrywając nos, a potem zamarła, otwierając szeroko usta. Mam wrażenie, że wyobrażała sobie błotnają krasawicę nieco inaczej.
— Witajcie, szlachetna kikimoro. — Ukłoniłem się nisko, ignorując zapach.
— Możesz mi mówić Szyszymora — uśmiechnęła się łaskawie krasawica, ukazując zielonkawe zęby i gramoląc się z błota. — Szyszymora, pani jeziora. — Tutaj machnęła ręką za siebie, obejmując tym gestem śmierdzące bajoro za plecami.
— Jam jest Bury. Skrzat Bury, do usług. Towarzyszka moja nosi imię Faery i jest kwiatową wróżką z dalekich stron. Przybyliśmy tutaj, szlachetna…
— Jestem Faery — otrząsnęła się z osłupienia wróżka i dygnęła pięknie, pochylając główką.
— Co ona tam szkierbi? — zainteresowała się krasawica, pochylając nad nami. Faery zbladła.
— Oddychaj przez usta — szepnąłem Faery do ucha i uśmiechnąłem się dzielnie do pani jeziora. — Niestety, nie mówi zwykłym językiem, szlachetna. Chciała jednak zobaczyć, jak wygląda przyczyna tylu nieszczęść spadających ostatnio na ośnieżone bory…
— Pięknie mówisz — westchnęła Szyszymora. Zastanowiła się chwilę i podrapała po głowie, porośniętej zielonymi włosami. — Przyczyna nieszczęść? Jakich nieszczęść?
— Jak to, czyżbyś nie wiedziała, że o twoje względy zabiega dwóch kawalerów?
— Ach, o moich leszych ci chodzi — uśmiechnęła się kikimora z zadowoleniem. — Zawróciłam im obu w głowie, prawda? Codziennie do mnie przyłażą i wzywają, bym do nich wyszła. Ale nie mówią tak pięknie jak ty, mały skrzacie — użaliła się i pomiętosiła łapą w błocie.
— Zgadza się. Obaj chcieliby zostać u twego boku, żaden ustąpić nie chce. Stąd ciągła wojna w lesie. Zwierzęta uciekają, ludzie cierpią…
— Ludzie zawsze cierpią — wydęła wargi kikimora. — A zwierzęta kiedyś wrócą.
— Ale drzewa marnieją, rośliny usychają, bo leszy zamiast się lasem zajmować, wodzą się za łby. Nie byłoby lepiej, gdyby wreszcie w lesie pokój zapanował?
— Może i byłoby lepiej — przyznała mi rację krasawica, próbując podłubać palcem w nosie. — Ale, widzisz, oni obaj tak samo silni, tak samo odporni. Żaden nie może przeważyć w boju. Boję się, skrzacie, że długo jeszcze trwać będzie ich wojna.
— To nie mogłabyś rozstrzygnąć za nich?
— Ja? — Kikimora przerwała dłubanie w nosie i spojrzała na mnie ze zdumieniem.
— Wybierz jednego z nich, drugiemu pokaż figę i po krzyku.
— Kiedy obaj mi się tak samo podobają — wzruszyła ramionami Szyszymora. — Poza tym… to takie romantyczne, kiedy się o mnie biją.
Romantyczna kikimora? No, niech mnie. Nawet nie wiedziałem, że kikimora może znać takie słowo, jak „romantyczne”.
— Nie patrz tak na mnie, skrzacie. Przejeżdżał przez las wóz pocztowy. Koło się złamało, noc się zbliżała. Pocztowcy bali się zostać w lesie, wyprzęgli konie i uciekli. W środku było kilka ciekawych książek. — Szyszymora pogładziła się po włosach i uśmiechnęła się szeroko. — Bardzo podobała mi się ta o miłości rycerza do leśnej nimfy. Leśna nimfa, to przecież coś takiego, jak kikimora, prawda?
Obejrzałem Szyszymorę od włochatych palców u nóg, po brudne kudły na głowie, oceniłem swoje szanse na wyjście z lasu po udzieleniu odpowiedzi zgodnej z prawdą, i ostatecznie zdecydowałem się na niezobowiązujące mruknięcie.
— Nie wierzysz mi, skrzacie? Myślisz, że biedna kikimora, co świata nigdy nie widziała, czytać nie umie? — Szyszymora prychnęła i wydęła grube wargi. — Jak byłam mała, nauczył mnie syn popa. Płaciłam mu ropuchę za każdą lekcję. Czegoś jeszcze chcesz ode mnie, skrzacie?
Nie było sensu dalszej rozmowy z kikimorą; pożegnaliśmy ją uprzejmie i wróciliśmy do domu. W drodze powrotnej nie miałem ochoty na wygłupy. Streściłem wróżce przebieg rozmowy, a ona słuchała uważnie, bawiąc się nitką wyciągniętą z rękawiczki.
— Właściwie, to takie smutne — westchnęła. — Biedna kikimora. Nawet ją trochę rozumiem. Wybierze jednego, drugi będzie cierpieć.
— Nie wydaje mi się, żeby myślała w ten sposób. — Kopnąłem śnieg dla podkreślenia swoich słów. — Ją to chyba bawi. Leszym serca krwawią, wokół wszyscy cierpią, a ona się zachwyca, że to „takie romantyczne”.
— Jesteś niesprawiedliwy. Spróbuj się postawić w jej sytuacji. Co ona winna, że ci dwaj się o nią biją?
— Jak nie umie wybrać, popędziłaby obydwu i byłby spokój w lesie. Mówię ci, że ją to wszystko bawi. A ludzie cierpią, jak sama mi dopiero co byłaś uprzejma zwrócić uwagę.
— Podły, niesprawiedliwy skrzat.
— Pośpieszmy się lepiej, bo już wieczór blisko.
— Nogi mnie bolą.
— To czemu od razu nie mówisz? — zatrzymałem się i pochyliłem. — Wskakuj mi na plecy. No dalej, nie wstydź się.
Długo musiałem ją przekonywać, zanim wreszcie usadowiła się i objęła mnie mocno. Wtedy zarżałem dziko i wyskoczyłem, bryzgając na boki śniegiem. Z ciężarem na plecach nie dałem rady skakać tak wysoko jak zwykle, ale zabawę i tak mieliśmy przednią.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234567

Mogą Cię zainteresować

Radomir Darmiła „Czarbrończyni”
Opowiadania Radomir Darmiła - 18 sierpnia 2017

Przekaz był tak silny, tak gwałtowny i nagły, że Armelia zatoczyła się…

Nowy numer magazynu „Silmaris”. To już trzeci!
Aktualności Fahrenheit Crew - 16 listopada 2016

Na rynku pojawił się trzeci numer magazynu Silmaris, z wysokoenergetyczną porcją prozy, wywiadów i publicystyki.…

Radomir Darmiła „Chłopiec do umierania”

Tego ranka Chłopiec umierał w wyjątkowo parszywym nastroju. Klient był niezdarny, na…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!