Radomir Darmiła „Smutna historia o miłości ze szczęśliwym zakończeniem” (4)

Opowiadania Cintryjka - 22 grudnia 2014

***

Noc spędziłem pracowicie, usypiając miejscowe dzieci. Chodząc między cieniami, zaglądając w szpary między snami i zwykłym światem, przegoniłem kilka koszmarów, a nawet dwie nocnice. Po tym wszystkim, zadowolony z siebie, położyłem się obok śpiących spokojnie pod pierzyną dzieci kucharki. Rano obudziłem się wyspany i pełen energii. Obskoczyłem budynki gospodarcze, równocześnie zastanawiając się nad rozwiązaniem mogącym zadowolić wszystkich i zakończyć bezsensowną burdę między leszymi. W stajni uciąłem sobie pogawędkę z chłopcem stajennym, na podwórzu porozmawiałem z psami, ale myślami cały czas byłem gdzie indziej. Nic więc dziwnego, że nie słyszałem wróżki i gdy mnie dogoniła i chciała złapać za ramię, dałem pionowego susa pięć stóp w górę.
— Nie strasz mnie tak — powiedziałem, gdy spadłem na podłogę. — Zdecydowanie za lekko stąpasz. Muszę poprosić gospodarza o jakiś dzwoneczek dla ciebie, żebym wiedział, że jesteś w pobliżu.
Pożegnałem psy i razem z Faery poszedłem do kuchni. Tam poprosiłem kucharkę o miskę gorącej wody do kąpieli i nieco ługu. Umyłem się w ciepłej wodzie, a potem się przebrałem, podczas gdy wróżka, odwrócona do mnie plecami, opowiedziała mi o wszystkim, co się od wczoraj przydarzyło duszkom kwiatowym. Kiwałem głową, mieszając łychą ubranie zanurzone w misce z gorącą wodą.
— Z ojcem już lepiej, skrzacie — mówiła, nakręcając jeden z loków na zgrabny paluszek. — Gumiennik wczoraj wieczorem przyniósł nam nieco wywaru. Przypomniał sobie przypadkiem, jak sporządzić lekarstwo na ojca chorobę.
Parsknąłem pogardliwie. Kucharka, która stała nad nami, wyjęła mi z ręki łychę i lekko trąciła palcem.
— Idź, skrzacie — powiedziała. — Ja dokończę za ciebie. A nie zapomnij przyjść po obiedzie, dam ci jakiś kąsek.
Ukłoniłem się nisko, złapałem Faery i zanim zdążyła zaprotestować, skoczyłem razem z nią na podłogę.
— Widzisz, nie miałeś racji co do gumiennika — powiedziała wróżka, gdy już złapała dech. — Wcale nie jest wredny, tylko nieco zapominalski.
— Jaki tam zapominalski — zdenerwowałem się. — Faery, ile razy mam tłumaczyć, że to on ci ojca struł.
— Jesteś strasznie pochopny w rzucaniu oskarżeń, skrzacie. — Wróżka wydęła wargi. — Jeżeli struł, to czemu teraz przyniósł lekarstwo?
Bo nakopałem mu do dupy, chciałem powiedzieć, ale się w porę zmitygowałem. Czy Faery pochwaliłaby zachowanie skrzata terroryzującego małego, biednego gumiennika? Mogłaby pomyśleć, że skrzat terrorysta wyżywa się na gumienniku, bo wszyscy inni więksi są od skrzata. Nic więc nie powiedziałem.
Złapała mnie za rękę i pociągnęła za sobą. Najpierw odwiedziliśmy doniczki z kwiatami. Odprawiła tam swoje czary, a ja tylko patrzyłem, nie znajdując słów, by wyrazić swój zachwyt. Potem musiałem biegać do kuchni po wodę, bo tą z roztopionego śniegu, nie wiedzieć czemu, Faery podlewać kwiatków nie chciała. Później przycupnęliśmy na parapecie w pokoju gościnnym, który obecnie zajmowała jej rodzina. Kazała mi zamknąć oczy i czekać. Posłusznie zaciskałem powieki, aż poczułem, że przytyka mi coś do ust.
— Pij — powiedziała. Upiłem więc łyczek.
— Piwo — powiedziałem, zaskoczony. — Trochę gorzkie. Daj jeszcze… Dziwny ma posmak. Tak jakby… hmm… Nie, nie mam pojęcia, co to jest.
— Nie smakuje ci? — zmartwiła się.
— Nie, nie o to chodzi. — Na dowód, że smakuje, pociągnąłem solidnego łyka. — Nigdy jeszcze nie piłem czegoś takiego. Skąd masz? Przywieźliście ze sobą z Tir Connaracht?
— Dostałam od gumiennika — powiedziała, wyraźnie zadowolona z siebie, a ja się zakrztusiłem. — Powiedział, że chce ci dać na zgodę, ale ty byś od niego nie przyjął.
— Od… gumiennika…
— Widzisz? Tak go nie lubisz, a on jest taki sympatyczny… Co robisz?
Zdążyłem jeszcze zobaczyć, jak zmienia się wyraz jej twarzy. Targany torsjami, upadłem na ziemię. Krztusząc się własnymi wymiocinami, walczyłem rozpaczliwie o oddech. Dalej pamiętam jeszcze wyraźnie przeraźliwy, rozpaczliwy krzyk Faery. Cała reszta docierała do mnie jak przez mgłę. Dotykały mnie liczne dłonie; ktoś mnie niósł, czułem gryzący mróz i znowu ciepło. Pochylało się nade mną wiele twarzy. Wśród nich dostrzegałem wykrzywione złośliwie oblicze gumiennika, ale może to była tylko halucynacja; pamiętam bowiem także kikimorę śpiewającą mi kołysanki i tańczące na tylnych nogach wilki.
***

Aż do tamtego dnia byłem przekonany, że skrzaty są całkowicie odporne na wszelkie trucizny, czy to istniejące w przyrodzie, czy to wymyślone przez ludzi. Do dzisiaj nie wiem, co takiego gumiennik dodał do wypitego przeze mnie piwa, jestem jednak pewien, że musiało być to coś niezupełnie z naszego świata. Męczyłem się cały dzień, szarpany konwulsjami, ponieważ w targanym skurczami żołądku nie miałem nic, co mógłbym zwrócić. Zasypiałem tylko po to, by po chwili budził mnie spazm bólu. Dopiero wieczorem przestałem się rzucać na posłaniu. Noc i następny dzień przeleżałem, nie odróżniając snu od jawy.
Było ciemno, gdy doszedłem wreszcie do siebie. Czułem się bardzo słaby, ale miałem równocześnie dziwną pewność, że wyzdrowiałem i najgorsze już za mną. Obok mnie w ciemności majaczyła ciemna sylwetka i zanim zrozumiałem, że to Faery, przerażony omal nie rzuciłem się na nią na oślep, gotów zadać jak najwięcej bólu i cierpienia temu, kto przyszedł mnie w nocy zgładzić. Poznawszy ją, opadłem z powrotem na posłanie, wypuszczając ze świstem wstrzymywane powietrze. Wróżka nie obudziła się. Leżała zwinięta w kłębek, w ubraniu, cicho sapiąc, opierając głowę o moją poduszkę. Jej oddech uspokoił mnie i zamknąłem oczy. Spałem bez snów.
Następnego ranka byłem już na tyle silny, by samodzielnie powlec się do kuchni. Faery zmusiła mnie do założenia świeżych ubrań, a potem siedziała obok mnie, nie mówiąc ani słowa. Kucharka nalała mi na spodeczek ciepłego mleka, jak zmarzniętemu kotu, i nakruszyła do niego chleba. Podziękowałem słabym głosem i zabrałem się do jedzenia.
— Przepraszam, Bury — powiedziała nagle Faery. Jej głos drżał.
— Za co? Przecież to nie ty zatrułaś piwo. — Żując skórkę od chleba, zastanawiałem się, czy mam do małej wróżki pretensje. Wzruszyłem ramionami.
— Ale ja ci je dałam. Powinnam… powinnam ci wierzyć. — Wróżka rozpłakała się, a ja nie miałem innego wyboru, jak przerwać posiłek, przytulić ją, i głaskać po złotowłosej główce. — Mogłeś umrzeć — wysiąkiwała mi w rękaw. I jeszcze: — Jaka ja byłam głupia! — A potem: — Pewnie mnie nienawidzisz!
— Jakbym umarł, byłbym pierwszym na świecie skrzatem – ofiarą opilstwa. Mogliby mój wizerunek dawać na plakaty związku gospodyń wiejskich walczących z alkoholizmem wśród małego ludku. Oj, nie rycz już. Masz nauczkę. Jak skrzat coś mówi, to co ma robić wróżka?
— Słuchać. Następnym razem będę słuchać — siąknęła nosem Faery i wytarła wierzchem dłoni oczy.
— Skrzat mówi, wróżka wierzy — kiwnąłem głową. Dalszą rozmowę przerwały nam dzieci, które jakoś dowiedziały się, że skrzacisko nie zdechło i czeka w kuchni na molestowanie. Nie miałem siły na zabawę, na ucieczkę też zresztą nie; na szczęście zawiedzione dzieci zostały wypędzone przez kucharkę na dwór. Na ich miejsce przyszedł jeden z wujków, czy też kuzynów Faery. Złotowłosy i rumiany, wyglądał podobnie do widzianych przeze mnie w Wierduniu porcelanowych amorków. Nie miał wprawdzie lutni, skrzydła miał ukryte w pokrowcach na plecach, i na koniec nie wystawiał bezwstydnie na ludzkie spojrzenia gołego brzucha i wszystkiego poniżej. Niemniej jednak pierwszym nasuwającym się na jego widok skojarzeniem był właśnie wesoły, pyzaty amorek.
— Pan Riazański prosi skrzata — powiedział. — Zaprowadzę, jeżeli skrzat nie wie, dokąd ma pójść.
Riazański był akurat w stajni, oglądając z zatroskaną miną konia.
— A, jesteście już, panie skrzacie — powiedział na mój widok. — Wybaczcie, że nie odwiedzałem was w czasie choroby.
— I tak bym nie zauważył.
— Tak… Słyszałem, co się stało — Riazański otrzepał ręce i podniósł się z klęczek. — Chodźmy do mojego gabinetu. — Założył surdut i wyciągnął do mnie dłoń, zapraszając, bym na niej usiadł. Pomógł mi usadowić się na swoim ramieniu i raźnym krokiem wyszedł ze stajni, rzucając wokół krótkie polecenia.
W gabinecie ustawił dla mnie na stole krzesełko z kompletu dla lalek, importowane z prowincji centralnych, a sam zajął miejsce przy biurku.
— Nawet nie wyobrażacie sobie, panie skrzacie, jak mi przykro — zaczął, składając dłonie w mały namiocik. — Żeby jeden z moich domowników próbował otruć gościa… To nie do uwierzenia. Chciałbym jakoś wam to wynagrodzić, panie skrzacie.
Zabiło mi serce. Srebro? Może nawet złoto?
— Zgubiliście swój miecz, powiedziano mi.
— Owszem. — Czyżby Riazański miał akurat pod ręką miecz odpowiedniej dla mnie wielkości? Z drugiej strony, powiedziałem sobie, pamiętaj skrzacie, Riazański to herbowy. A herbowi… Są może nie tyle tępi, co pod niektórymi względami dość dziwaczni. Jeszcze gotów mi tu zaraz podarować miecz swojego dziada i — żeby było śmieszniej — to nie będzie dowcip.
— Niestety, nie mam akurat pod ręką nic, co mogłoby wam ten mieczyk zastąpić, skrzacie. Ale wysłałem list do mojego faktora w Głuchini, żeby zlecił wykonanie miejscowym kowalom.
— Jeżeli miejscowi kowale to ludzie, szlachetny panie, to niczego nie zrobią, co by się skrzatowi nadało — powiedziałem, starając się ukryć rozczarowanie. — Na nic mi zaostrzona szpilka.
— Wiem, panie skrzacie, wiem. Jest w Głuchinii kolonia gnomów. Słyszałem, że parają się wyrabianiem narzędzi dla małego ludu.
— Dziękuję.
— Zaczekajcie jeszcze, panie skrzacie. Otruto was pod moim dachem, i chociaż nie wysłuchałem jeszcze gumiennika, jak dotąd wszystko wskazuje na jego winę. Mimo tego mam do was prośbę. Poniechajcie urazy.
— Nie mogę obiecać.
— Panie skrzacie…
— Nie proście mnie, szlachetny panie. Ból mi sprawiacie, kiedy nie mogę waszej prośbie zadośćuczynić — wstałem i ukłoniłem się. — Ja też mam do was prośbę, jeżeli można.
— Jeżeli wy mi odmawiacie, to czemu ja miałbym się godzić na cokolwiek?
— Bo nie dla siebie proszę. Jeżeli mi się uda, skończy się wojna między leszymi w puszczy. Potrzebna jest szafa, z drewna odpornego na wodę; do tego komplet książek. Mogą być najgorsze powieścidła, na przykład romanse. Tak naprawdę nawet lepiej, jak to będą romanse.
Riazański uniósł brwi i wyraz zagniewania znikł z jego oblicza. Wyjaśniłem mu, jaki miałem plan i dla kogo mają być przeznaczone książki. Zaśmiał się wreszcie i uderzył dłonią o blat biurka, wyrażając tym gestem uznanie dla mojego pomysłu.
— Wydam odpowiednie polecenia — powiedział. — Ale naprawdę myślicie, że kikimora przystanie na waszą propozycję?
— Klnę się na brodę mojego dziadka — zapewniłem go gorąco.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234567

Powiązane wpisy

Nowy numer magazynu „Silmaris”. To już trzeci!
Aktualności - 16 listopada 2016

Na rynku pojawił się trzeci numer magazynu Silmaris, z wysokoenergetyczną porcją prozy, wywiadów i publicystyki.…

Radomir Darmiła „Chłopiec do umierania”
Opowiadania - 21 maja 2018

Tego ranka Chłopiec umierał w wyjątkowo parszywym nastroju. Klient był niezdarny, na…

Radomir Darmiła „Czarbrończyni”
Opowiadania - 18 sierpnia 2017

Przekaz był tak silny, tak gwałtowny i nagły, że Armelia zatoczyła się…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!