Stanisław Truchan „Mrozoodporni”

Opowiadania Stanisław Truchan - 21 września 2012

Zimno.

Coraz zimniej.

Nad ośnieżonymi turniami Ninchen Tangla ani chmurki. Kopuła czystego, mroźnego błękitu. I słońce, które – zdawałoby się – wcale nie grzeje.

Yan Fu wzdrygnęła się. Nawet jej, nie ulegającej własnym słabościom i gardzącej cudzymi, mróz coraz bardziej zaczynał dokuczać. Pozostałe dziewczyny nadrabiały miną, starając się sprawiać wrażenie twardych, nieczułych na przenikliwy ziąb – ale Yan Fu widziała, że mają dość.

– Jeszcze godzina drogi – powiedziała uspokajająco.

Nie zareagowały. Wciąż poruszały się jak dobrze zaprogramowane roboty. Może bały się jej drwiącego uśmiechu? Nie chciały, by im przypomniała, że im wyżej, tym zimniej, więc ona, o głowę wyższa, powinna być bardziej zmarznięta, a jednak nie narzeka? Tym razem jednak Yan Fu nie była w nastroju do żartów. Naprawdę zmarzła. A przecież była odporna na zimno. Zahartowało ją ciężkie dzieciństwo w dalekim Hegangu, niedaleko rosyjskiej granicy, gdzie średnia temperatura stycznia wahała się między piętnastoma a dwudziestoma stopniami mrozu. Ale ta odporność, wbrew pozorom, miała granice. Dzisiejszy dzień dał się jej we znaki tak samo jak podkomendnym – tym, które czasem nazywała wychuchanymi lalkami z Harbinu.

Oczywiście, podobnie jak ona, nie były to wychuchane lalki, a twarde baby. W niemowlęctwie porzucone przez rodziców, którzy za wszelką cenę pragnęli męskiego potomka, a do urodzenia kolejnego dziecka nie mieli prawa. Odnalezione, odkarmione i wytresowane jak policyjne psy. Odwykłe od litowania się nad sobą i nad innymi. Twarde jak stal. Wszystkie z północnego wschodu, z najgorszych dzielnic Harbinu, Jiamusi, Yichun… Bez krewnych i przyjaciół; rodziną był dla nich oddział i ci, którzy wydawali mu rozkazy…

Głową tej rodziny był generał Tan Hao. Człowiek od spraw ściśle tajnych. On wyznaczał oddziałowi zadania, na jego biurko trafiały meldunki. Bezpośrednie rozkazy pochodziły od jego podwładnych. Niedawną wyprawą na pustynię Xinjiangu kierował major Yang Zhenhua. Akcję w masywie Ninchen Tangla nadzorował oficer jeszcze wyższy rangą: pułkownik Wei Lu, prawa ręka generała.

A sprawa była niezwykle ważna. Generał twierdził, że trzeba udaremnić działania szpiegowsko-dywersyjne reakcyjnej kliki Dalajlamy, którą wspierają Amerykanie i Europejczycy. Przed miesiącem Wei Lu w imieniu szefa zwięźle przedstawił sytuację i plan działania. Później w ciągu niespełna godziny skompletowano sprzęt, załadowano do samolotu – a potem był długi lot nad pustynią Ordos, jeziorem Kuku-nor i Tybetem. I chwytanie wiatru na stokach gór.

Niezależnie od efektów, jeden fakt został z góry rozstrzygnięty: nie ma żadnych yeti. To tylko tubylcze legendy. Reakcyjna klika Dalajlamy i wspierający ją gweilo1) z Ameryki wykorzystują te przesądy, by odwrócić uwagę od swoich knowań. Ich agentów trzeba wyłapać jak szczury i dostarczyć do Pekinu, gdzie zostaną osądzeni i ukarani.

Skoro trzeba, to one ich wyłapią. Są w tym wprost morderczo sprawne – dosłownie i w przenośni. Lepsze niż komando Huang Chena, złożone z zabijaków zdolnych gołymi rękami pokawałkować nawet mnichów ze słynnego klasztoru Shaolin. Ale przecież kung-fu to nie wszystko.

Yan Fu wierzyła, że się uda, na przekór początkowym niepowodzeniom. Winni zostaną wykryci i schwytani… chyba że zginą w walce jak ten wichrzyciel z Xinjiangu.

Był świetny. Wprost niesamowity. Kiedy wprawił w ruch wszystkie cztery kończyny naraz, zdawał się nie człowiekiem z krwi i kości, a ulotną pustynną fatamorganą. Nie biegł, nie skakał – po prostu fruwał w powietrzu. Mimo to przegrał. Wystarczyło umiejętnie schodzić z linii ciosu. A gdy na ułamek sekundy znieruchomiał, cienka jak promyk słońca metalowa struna przecięła mu krtań…

Ten Ujgur zasłużył na swój los. Znalazł śmierć w wyschniętym o tej porze korycie Czerczen-darii – i należało mu się. Przewodził grupie dysydentów prowadzących wrogą, antypaństwową działalność. Ich cele były dla Yan Fu niezupełnie jasne… może zamierzali oderwać prowincję od Chin, może tylko usunąć z niej rdzennych Chińczyków… W każdym razie byli nielojalni wobec prawowitych władz. Byli zdrajcami.

Po śmierci przywódcy wyłapano ich jednego po drugim. Yan Fu wykonała dobrą robotę. Generał był zadowolony.

A tamtego gweilo nie ukarano. Posiedział sobie w celi bez okien, po czym – dwa miesiące po starciu w wyschniętym korycie rzeki – został wydalony. Nie spadł mu ani jeden włos z głowy. Z brody, wąsów i mocno otłuszczonego torsu też nie.

Gweilo był facetem w średnim wieku. Nie wiadomo, a w każdym razie Yan Fu nie miała o tym pojęcia, czym zajmował się u siebie w San Francisco. Do Chin przyjechał jako przedstawiciel jednej z wielu tamtejszych organizacji, które mają w nazwie prawa człowieka czy też demokrację. Do Xinjiangu wybrał się nielegalnie. Kontakt z ujgurskimi wichrzycielami nawiązał już wcześniej. Przekazywał też na Zachód wiadomości szkalujące chińskie władze. Okazał się przy tym – może on, a może jego ujgurski wspólnik, ten mistrz kung-fu – wyjątkowo sprytny: nie wiadomo kiedy zniknął z Wulumuqi, nie wiadomo jak znalazł się w Qiemo, by znów zniknąć bez śladu,

To właśnie Yan Fu odkryła miejsce jego pobytu. Do kryjówki Jankesa doprowadził ją, sam o tym nie wiedząc, pewien młody Ujgur, naiwny gołowąs pracujący dla dysydentów. Kalifornijczyk nie miał pojęcia, że z odległości dwustu metrów śledzą go szkła lornetki polowej. Siedział pod rachitycznym drzewkiem rozebrany do rosołu i unosił nad głowę duży blaszany garnek, by wylać na siebie strumień wody – chyba co najmniej dziesięć litrów. Był pierwszym tak mocno owłosionym mężczyzną, jakiego zdarzyło się jej widzieć. Gęsta czarna broda, nierówno przycięte wąsy… a na brzuchu i klatce piersiowej, od granatowych bokserek po dołek między obojczykami, prawdziwa dżungla. Albo coś, co wyglądało dokładnie tak, jak Yan Fu wyobrażała sobie dżunglę.

Schwytanie gweilo – tuż po śmierci ujgurskiego mistrza kung-fu – było rzeczą dziecinnie łatwą. W ogóle nie stawiał oporu. Kilka dni później był już w Pekinie. Po miesiącu wsadzono go do samolotu odlatującego na wschód, na drugi brzeg Pacyfiku. A po upływie paru tygodni, w koszarach, niespodziewanie się jej przyśnił, dokładnie taki, jakim go zobaczyła wtedy w Xinjiangu: otyły, mokry i niewiarygodnie kudłaty.

Ciekawe, ile by wytrzymał na takim mrozie? W tych bokserkach, w gumowych klapkach, polany zimną wodą?

Wzdrygnęła się. Znów.

– Już widać obóz – odezwała się idąca tuż za nią Pen Liping. Yan Fu skrzywiła się; tamta zauważyła mimowolny ruch ramion i pewnie myśli, że to z zimna…

Machnęła ręką.

– Kilometr w te czy we wte, co za różnica? – mruknęła.

– Reszta drużyn też wraca – dodała Pen.

Ściągnij tekst:
Strony: 123456

Mogą Cię zainteresować

Cinda Williams Chima „Dziedzic Smoka”
Ksiażki fantastyczne Jagna Rolska - 30 września 2014

Cinda Williams Chima Dziedzic Smoka Tłumaczenie: Dorota Dziewońska ISBN 978-83-64297-32-8 EAN 9788364297328…

Adam Cebula „Rozważania o energetyczności”
Para-Nauka Adam Cebula - 26 czerwca 2013

Z braku tak zwanych niusów, czyli z tego powodu, że nie ma na świecie niczego naprawdę interesującego, tiwi…

Ulrich Hefner „Trzeci poziom”
Ksiażki fantastyczne Fahrenheit Crew - 14 sierpnia 2010

Albatros Huragany i tornada o niespotykanej sile pustoszą Stany Zjednoczone. Amerykańskie służby meteorologiczne nie są…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!