Tomasz Duszyński „Skrzynia, człowieku…”

Opowiadania nimfa bagienna - 28 listopada 2014

– Śmieszny jesteś, Gorto. Mówię ci, stary, masz problem z głową. Poważny problem… – Marton Kapler przekręcił odczyt skali i opróżnił platformę przeładunkową. – Kiedy ty przestaniesz bredzić? Sygnały z kosmosu? Znowu naoglądąłeś się jakichś durnych holofilmów?

– Człowieku, może i śmieszny jestem, taka moja uroda. Ale ty dzisiaj masz chyba muchy w nosie.

– Nie – Marton skrzywił się. Rzeczywiście zakręciło go w nosie, ale to raczej nie z powodu much. Obiecał sobie, że zajrzy do mediku. Piguła powinna wyleczyć jego dolegliwości po jedynym seansie. – Po prostu przejadły mi się te pierdoły, które wciskasz, za każdym razem gdy jesteśmy na zmianie.

– Nie obrażam się. – Gorto wybuchnął śmiechem. Szczerym. On rzeczywiście rzadko się obrażał. – Powinieneś być wdzięczny, człowieku, że masz takiego kompana w grafiku. Umarłbyś z nudów przy kolejnym nawrocie. Jeszcze jeden kurs przed nami. Najnudniejsza i najbardziej śmierdząca robota w tej części galaktyki. Tylko powiedz, a zostawię cię sam na sam z tymi twoimi głębokimi, a jakże, przemyśleniami.

– Co racja, to racja – westchnął pod nosem Marton.

– Nie słyszałem? – Śmiech Gorto przeszedł w potępieńczy ryk.

– Co racja, to racja! – przyznał głośniej Kapler. Przewrócił oczami, ale tego Gorto nie mógł widzieć. Załadunkowy przykuty jest do swojego fotela na rufie. Operuje kleszczami i zaczepami, podnośnikami, zgniatarkami i Bóg wie jakim jeszcze cholerstwem. Marton natomiast był tu tylko pilotem i nawigatorem w jednym. Akurat w jego fachu nie trzeba było kogoś specjalnie inteligentnego. Raczej zręcznego jak małpka. Z punktu A do punktu B. Potem kilka kolejnych na trasie, aż do zebrania całego barachła. W końcu hol na przetwórnię, ogromne śmietnisko z zakładami recyklingu na orbicie.

– Marti…

Pojednawczy ton. Marton przyzwyczaił się, że Gorto zmienia nastroje jak rękawiczki. Aż dziw, że gość zaliczył psychotesty, jakim poddawano wszystkich pracowników korporacji. Chociaż w sumie… wystarczyły kwalifikacje. Chętnych do tej roboty ze świecą szukać. Wszystkie rozmowy z psychicznymi były formalnością.

– Marti, człowieku…

– Dasz mi się wreszcie skupić na robocie? – Kapler zazgrzytał zębami. Miał wrażenie, że kosmiczny pył wżarł mu się w szkliwo. Co chwila odruchowo przesuwał językiem po zębach.

– Czyż nie pięknie wygląda ta nasza matula Ziemia?

Marton mimowolnie spojrzał przez boczny iluminator. Kiedyś ten widok go fascynował. Potrafił gapić się długimi godzinami w błękit oceanów, śledzić ostatnie nitki obracającego się w proch muru chińskiego czy doznawać zawrotu głowy, widząc oko potężnego cyklonu zmierzającego w stronę Ameryki Północnej. Teraz nie za bardzo go to wszystko obchodziło.

– I pomyśleć – ciągnął Gorto – że teraz wszystkich wypieprzyło w kosmos. Chińczycy biją się z nami o Saturna; ściągają, ile wlezie, pyłu i lodu. Całą tę Unię, tych obwiesi z Europy, podkusiło jakieś licho na Jowisza… a my siedzimy tutaj i czyścimy orbitę z bajzlu, który oni ekspediują na Ziemię. I na jaką cholerę to robią, co? Przecież tu już tylko syf, kiła i mogiła!

Marton słuchał jednym uchem. Ustawił śmieciarę na kolejny cel. Mogli zebrać jeszcze kilka ton. Jeśli się dobrze spiszą, wykonają dzienną normę kilka godzin szybciej.

– A popatrz, jak się ta cała perspektywa zmienia. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu napierdzielali się o bieguny. O tę Arktykę i Antarktydę. I do czego to doprowadziło? W Wostoku, tym jeziorze, człowieku, odkryli jakąś cholerną bakterię… Wiesz, tę, co niemal doprowadziła do katastrofy. Przecież kilkadziesiąt milionów ludzi wywaliło przez jakiegoś prehistorycznego mikroba! To cholera wie, co teraz ściągną stamtąd… Kto wie, co w tym ichnim lodzie z Saturna siedzi. Nie myślisz, że nie potrzebujemy ufoludków, by nas wykończyły, a sami popełnimy harakiri?

Kapler nie zwykł wtrącać się do monologów Gorto. Zresztą operator chyba tego od niego nie oczekiwał. Cierpliwie wykonywał swoją robotę. A cierpliwość miał anielską. Służba z Gorto była niczym poligon doświadczalny. Tutaj można było sprawdzić granice swojej wytrzymałości.

– Wiesz, że te sygnały wciąż badają? Tak naprawdę nie wiadomo, skąd dokładnie przyszły. Wiadomo tylko, że…

– Dasz mi wreszcie spokój!? – wrzasnął Kapler. Granice wytrzymałości właśnie zostały mocno nadwerężone. – Mam dość tego pieprzenia.

– Marti?

– Mówiłem ci? – wysyczał ostrzegawczo Kapler.

– Ja nie o tym… – W głosie Gorto pojawiło się coś, co zaniepokoiło Martona. – Patrzyłeś na mapę sektora? Mam dziwne odczyty.

Kapler popatrzył w stronę monitorów. Rozleniwił się, stracił koncentrację. Minęła dobra chwila zanim umysł zaczął pracować na normalnych obrotach.

– Sprawdzę – powiedział krótko. – To pewnie nic takiego.

Nic takiego. Szeng Mui też tak powiedział tuż przed tym, jak jego śmieciarę rozpirzyło na kawałeczki. Głośne syknięcie Gorto świadczyło o tym, że mieli w tym momencie podobne przemyślenia.

Chłopaki z drugiej zmiany, jakiś miesiąc temu, nie zauważyli, że w jednym ze śmieci wciąż tkwi ładunek rozrywający. Taki minirozpierduch, którego używano do rozdrabniania lodu przed załadunkiem do kontenerowców. Jak nic, cholerny pech. Ładunek powinien odpalić się jeszcze tam, na Saturnie, a jak nie, to w tym pieprzonym kontenerowcu. A tu masz ci los, przyszła kryska na Szenga i Kasprowicza. Rozpierduch widać wziął śmieciarkę za bryłę lodu, bo aktywował się, gdy tylko zbliżyli się na wyciągnięcie manipulatora.

– Ja tego nie dotykam – warknął Gorto. – Nawet nie próbuj mnie przekonać.

Marton skrzywił się. Widział na projektorze, jak potężne szczypce obsługiwane przez Gorto zaciskają się i opadają bezwładnie, przyklejając się do poszycia. Zupełnie jakby ich śmieciara nagle została pozbawiona członków.

– Zamknij się – wyszeptał Marton. Podkręcił sygnalizatory i skalę odczytu. Rzeczywiście było to coś dziwnego. Tkwiło przed nimi, na ich kursie, niczym wyrzut sumienia, niczym oko w rosole.

Kapler zastanowił się. Przeszedł na wizję bezpośrednią z maksymalnym powiększeniem. Gorto na szczęście siedział cicho, więc przynajmniej w tej chwili nie irytował. Kilka wskaźników zwariowało, wychodząc poza skalę. W pierwszej chwili Marton uznał, że to promieniowanie, ale system pokładowy wyprowadził go z błędu.

Przed nimi dryfował prostopadłościan. Spory, jakieś dwa metry w dłuższym boku. Wyglądał jak stalowa trumna.

– Może to część statku Szenga? – Gorto nie wytrzymał. Musiał włączyć podgląd na swoim pulpicie.

– Nie… – Marton przesunął dłonią po czole. Zdziwił się, że skórę oblepił mu zimny, kleisty pot.

Nie potrafił zrozumieć, skąd wziął się niepokój, który nagle zagnieździł się gdzieś w środku. Uśmiechnął się, ale wiedział, że gdyby ktoś obserwował go z boku, mógłby pomyśleć, że dostał jakiegoś kurczu warg połączonego ze szczękościskiem.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345

Mogą Cię zainteresować

Tomasz Duszyński „Staszek i smocza przygoda”
Ksiażki fantastyczne - 20 marca 2016

Tomasz Duszyński Staszek i smocza przygoda Wydawnictwo Paperback Stron: 274 Cena: 28 zł Nazywam…

Tomasz Duszyński, Monika Łukasik-Duszyńska „Legendy polskie”
Ksiażki fantastyczne - 19 marca 2016

Tomasz Duszyński, Monika Łukasik-Duszyńska Legendy polskie. Diabelska kręgielnia, Legenda o strzale, Rów i skrzat…

Tomasz Duszyński „Grzymółka Kownycz – dziwne losu koleje (e-book)”
Ksiażki fantastyczne - 23 lutego 2011

Paperback Promujący nowo powstałe wydawnictwo Paperback darmowy e-book do ściągnięcia od 24 lutego na www.paperback.com.pl. Czy…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!