Tomasz Jarząb „Wola życia”

Ilustracja: Artur Krach

Z głębokiego snu wyrwał go ostry jak brzytwa dźwięk syren pokładowych. Mała kajuta skąpana była w szkarłatnym blasku lamp ostrzegawczych. W sennym zamotaniu nie rozumiał, dlaczego nie pozwolą mu jeszcze chwilę pospać po dwudziestogodzinnej wyczerpującej wachcie, tylko znowu wzywają go na mostek. Czasami miał ich wszystkich dość. Pieprzone darmozjady, zupełnie jakby nie potrafili poradzić sobie z kilkoma prostymi czynnościami na raz, trzeba ich nieustannie niańczyć i pilnować, żeby się nie pozabijali. Nie jego wina, że astrofizyk nie umie się dogadać z nawigatorem, a nawigator z dowódcą. Gdzie jest Grim? Dlaczego on się tym nie zajmie, skoro to jego zmiana?

– Już idę! Słyszycie? Już idę! Wyłączcie ten pieprzony… – stęknął w duchu, gdy dotarło do niego, że to, co wziął za zwykłe wezwanie, to prawdziwy alert. Błyskawicznie rzucił się na podłogę i niemal jednym susem skoczył pod automat skafandra.

Przywarł do ściany, wypełniając obrysowany fluorescencyjną linią kształt, aby czekające tam elementy ubioru dokładnie oplotły jego członki w kompozytowym uścisku. Ramiona, nogi, tułów, a na końcu głowę. Gdy wszystkie części stroju były na miejscu, syk tłoczonego powietrza ogłosił zakończenie procedury. Komputer skafandra informował o poprawnym działaniu podzespołów. Szczelność – jest! Ogrzewanie – jest! Zielone potwierdzenia przelatywały po ekranie przeziernym hełmu, ale nie potrafił skupić na nich uwagi. Szybciej, szybciej. Zaczepy puściły. Nie zdążył zrobić kroku, gdy pierścień rotacyjny, w którym znajdowała się jego kajuta, stanął, a on uniósł się bezwładnie w zerowej grawitacji. Pozbawiony oparcia, zawisł pośrodku pomieszczenia, rozpaczliwie próbując się czegoś złapać.

Starał się przypomnieć sobie manewry na wypadek utraty ciążenia, gdy radionadajnik automatycznie otworzył wszystkie kanały. Przeciągły pisk informował go o udanym połączeniu w paśmie ogólnym.

– Tutaj Nil! Tutaj Nil! Co się dzieje? Co się, do jasnej cholery, dzieje?! – wykrzyczał, stabilizując swój dryf. W odpowiedzi głośnik huknął skotłowaną plątaniną ludzkich głosów ze wszystkich gardeł na statku. Polecenia, rozkazy, prośby i groźby. Ktoś wzywał wszystkich do kapsuł ratunkowych, wykrzykiwał koordynaty, ktoś inny, chyba Jefferson, głośno odmawiał jakąś starą modlitwę, jeszcze ktoś, równie zagubiony jak Nil, z częstotliwością karabinu wykrzykiwał jedno zdanie: To niemożliwe! To niemożliwe! To niemożliwe… Każdy dokładał coś do tego jazgotu, aż naraz wszyscy umilkli. Zapanowała nieznośnie głęboka i niepokojąca cisza. Nilowi zdawało się, że nie będzie miała końca, gdy mocny i stanowczy głos kapitana wypowiedział jedno, jedyne zdanie do wszystkich z dwudziestoosobowej załogi.

– Przygotujcie się… Wieczność przed nami.

Lodowaty dreszcz przebiegł Nilowi po plecach.

– Matko Boska… – zdążył wyszeptać, gdy potężne szarpnięcie rzuciło nim o podłogę, jak gdyby cały statek skoczył do przodu. Kolejne, równie silne, wykręciło Nilem beczkę. Odbijał się bezwładnie od wszystkich płaszczyzn kajuty, starając się chronić przesłonę hełmu aż do momentu, gdy walnął w osłonę reduktora. Mocne uderzenie wybiło mu powietrze z płuc. Nieprzenikniona ciemność złapała go w stalowe ramiona, odbierając przytomność.

*

Wziął głęboki wdech, jakby chwilę wcześniej nurkował w najciemniejszych głębinach oceanu. Początkowo niczego nie słyszał, niczego nie widział, niczego nie czuł. Naraz zmysły wróciły, a wraz nimi ból obitego boku. Żył. Martwych nie może tak boleć, pomyślał.

Panowała ciemność, rozpraszana jedynie oświetleniem jego skafandra. Głowę rozdzierał mu krzyk. Potworny wrzask, którego źródła nie umiał zlokalizować. Czy to on krzyczy? Nie. To z interkomu. Kto?

Rozpoznał Asova, młodego mechanika z poziomu trzeciego.

– Czy ktoś mnie słyszy!? Chryste! Czy ktoś mnie słyszy?! Potrzebuję pomocy! Moja lokalizacja: poziom trzeci, moduł szósty – mesa. Powtarzam. Chryste Panie! Powtarzam: poziom trzeci, moduł szósty – mesa, kod czerwony. Kod czerwony… – Proceduralny język mieszał się ze strachem chłopaka. Ile miał lat? Dwadzieścia trzy, dwadzieścia dwa?

Nil zmusił odrętwiałe wargi, by wyszeptały kilka słów.

– Tu Nil… drugi pilot Nil… poziom pierwszy, moduł drugi – kajuta czwarta…

– Pomocy! Jezu, pomóż mi! Jestem… – przerwał Nilowi.

– Spokojnie! Spokojnie. Daj mi chwilę…

– Pomocy! Ściany… ściany mnie przygniotły… Nie mogę się ruszyć! Chryste!

Nil nie był pewny, czy dobrze zrozumiał. Ściany?

– Uspokój się! Jesteś, na Boga, oficerem Federacji, weź się w garść! – wrzasnął. – Opowiedz, co się stało. Jesteś sam? Co z resztą?

Chłopak szlochał.

– Jestem sam… Byłem sam, gdy to wszystko się zaczęło. Zdążyłem założyć skafander, gdy mesa się zapadła… Cały moduł skręciło jak kartkę papieru, nim zdążyłem otworzyć grodzie, przedostać się do sąsiedniego modułu. Przyszpiliło mnie do drzwi. Rozumiesz?! Przygniotło mnie do drzwi… Nie daj mi tu umrzeć! Nie daj mi tu umrzeć!

Asov musiał być w szoku. Cały moduł zniszczony? Co tu się dzieje?

Nil zadrżał. Przygotujcie się… Wieczność przed nami.

Nie mógł zapomnieć słów kapitana. Niosły zapowiedź, którą spychał w najdalsze rejony świadomości. A ona i tak wracała.

– Poczekaj chwilę… Tu drugi pilot Nil, czy ktoś jeszcze nas słyszy? – zaczął nadawać do wszystkich. – Odbiór! Czy ktoś jeszcze nas słyszy? – Poza cichym kwileniem Asova radio milczało. Nikt nie odpowiadał. Nikt się nie zgłaszał. Zostali sami?!

Miał wrażenie, że to sen. Zaraz się obudzi. Jak to – dwadzieścia osób załogi i nagle tylko ich dwójka? Nie! To niemożliwe.

Podręczną latarką wbudowaną w rękawicę oświetlił sobie drogę do ściennego panelu, łączącego wszystkie pomieszczenia z serwerem głównego komputera statku. Tam się wszystkiego dowie. Wszystko będzie jasne.

– Nil, odezwij się… proszę.

Nie odpowiedział, był zbyt zajęty tłuczeniem opuszkami rękawic w martwy ekran dotykowy, który nie podjął pracy. Wcisnął szybki reset. Bez efektu, ekran dalej zionął pustką. Bezpiecznik przeciążeniowy musiał zadziałać.

– Nil, co się dzieje? Nil…

Szarpał się z osłoną panelu. Jakieś zwarcie musiało wywalić bezpiecznik. Wystarczy tylko przywrócić obwód i wszystko będzie dobrze.

– Nil, jesteś tam?

Płyta polipropylenu ustąpiła, odsłaniając niewielki przełącznik.

– Nil, na Boga, odezwij się…

Chciał mu już odpowiedzieć, gdy słowa ugrzęzły mu gulą w gardle. Przełącznik był na właściwym miejscu. To nie było chwilowe przepięcie – statek nie miał zasilania…

Struchlał. Sytuacja była bardzo poważna.

Mimowolnie skierował oczy na tablicę, gdzie wisiały jego prywatne rzeczy, w tym zdjęcia rodziny z którejś z pierwszych wycieczek, tuż po tym, jak urodziła się ich córka Mel. Niebieskooka blondynka z małym dzieckiem na ręku uśmiechała się do obiektywu. Ile w tych oczach było radości, ile spokoju.

Włosy zjeżyły mu się na karku. Dotarło do niego, że może wszystko stracić. Na Boga, mógł stracić je obie! Ta nagła świadomość tak nim wstrząsnęła, że niemal całe życie przeleciało mu przed oczami. Zimne, wyzbyte emocji. Zrozumiał, jak bardzo błądził. Zrozumiał…

Przygotujcie się… Wieczność przed nami.

– Wieczność przed nami…

– Nareszcie… Co powiedziałeś? Nil, powtórz, słabo cię słyszę…

– Nic. Trzymaj się. Już po ciebie idę.

*

Nie, nie, nie i nie! Jest jednym z najlepszych! Nie podda się. Nigdy! Miał dla kogo żyć – miał żonę i dziecko. To prawda, zawsze się dystansował. Bał się, sam nie wiedział, czego. Może samej bliskości, może tych uczuć, które teraz chciał wykrzyczeć całemu światu? Kochał je. Muszą wiedzieć, że je kocha. Nie zamierzał się poddać. Są kapsuły ratunkowe o starterach mechanicznych. Możliwości jeszcze się nie wyczerpały.

Ściągnij tekst: