Tomasz Jarząb „Wola życia” (2)

Opowiadania Tomasz Jarząb - 5 marca 2018

Ogarniał go gniew. Jak można było doprowadzić do takiej sytuacji? Jak najnowocześniejsza jednostka Ziemi mogła znaleźć się w takim położeniu? Zanim udał się na spoczynek, przy sterach zostawił pierwszego pilota Grima, który wraz z nawigatorem Nowakiem miał utrzymywać obrany kurs. Mechanik Nox i dowódca Beryl przeprowadzali planowaną inspekcję reaktorów. Reszta albo wykonywała swoje obowiązki, albo odpoczywała w kajutach. Co się mogło stać? Błąd pilota? Na Boga! Grimm był tysiąc razy lepszym pilotem niż on.

Nie, ludzki błąd to za mało. To nikt z naszych… Musiała zawieść technika.

Szarpał się z pokrywą zasłaniającą dźwignię ręcznego otwierania drzwi przedziału. W teorii powinna puścić przy mocniejszym uderzeniu, ale nie dawała się otworzyć mimo mocnych ciosów, które zadawał łomem ewakuacyjnym.

Działał po omacku. Nie miał bladego pojęcia, w jakiej sytuacji się znaleźli. Żaden z pięciu systemów awaryjnych nie funkcjonował, chociaż każdy posiadał własne odrębne źródło zasilania. Każda sekcja miała swój generator jonowy, który w razie potrzeby był w pełni autonomiczny, a nawet mógł przejąć funkcje głównego reaktora, zasilając cztery pozostałe. Jednak nie brak zasilania był najgorszy. Najgorsza była cisza w eterze. Nikt ich nie wywoływał, nikt nie dał się wywołać.

Nieważne. Postanowił, że będzie się nad tym zastanawiał dopiero wtedy, gdy posadzi swoją kościstą dupę w kapsule ratunkowej. Zatrzymał się, by chwilę odpocząć. Wskaźniki sygnalizowały wydajność systemu podtrzymywania życia na poziomie siedemdziesięciu procent. Musiał się uspokoić. Zużywał za dużo tlenu.

Wyciągnął z kieszeni przybornika zdjęcie zabrane z tablicy. Uda się, prawda, kochanie? Musi się udać. Naprawię wszystko. Kocham cię.

Kobieta ze zdjęcia dalej wpatrywała się w niego tym hipnotyzującym spojrzeniem. Była jego całym życiem. Kimś, kto dał mu prawdziwe szczęście. Miał nadzieję, że o tym wie, bo nigdy jej tego nie powiedział…

Puls nieco zwolnił. Nil wykonał kolejny zamach.

W ciągu swojej kariery znajdował się w różnych opresjach, ale nigdy w tak poważnej. Byli zbyt daleko, by czekać na pomoc; rok świetlny. Pieprzony rok świetlny od domu. W dodatku na zadupiu Federacji; żadnych szlaków, żadnej okazji, aby ktoś na nich wpadł…

Uspokajał się w duchu. Ma szansę, jeszcze ma szansę. Wstrząsy się nie powtórzyły, więc uznał, że sytuacja jest wystarczająco ustabilizowana, by mógł jeszcze coś zrobić.

Udało mu się w końcu dostać do dźwigni ręcznego otwierania drzwi. Wahadłowymi ruchami rozpoczął mozolne otwieranie przejścia.

Mesa znajdowała się trzy moduły od jego obecnej lokalizacji, więc musiał pokonać jedynie sześć grodzi, które nawet bez zasilania można było otwierać ręcznie przy pomocy dźwigni. To była jedyna szansa.

Asov rzęził do słuchawki. Nil nie umiał ocenić, ile jeszcze chłopak ma czasu. Wypytał go o jego stan i dokładne położenie. Z tego, co młodziak wychrypiał, wynikało, że zdeformowane ściany zakleszczyły go między modułami, plecami do przejścia. Miał unieruchomione ręce i nogi. Czuł ucisk od piersi po same stopy, ale żadnego bólu. Chłopak musiał być w szoku.

Zgrzyt. W chwili, gdy drzwi straciły szczelność, potężna siła rzuciła Nila w kierunku szpary, chcąc go przecisnąć na drugą stronę. Zaparł się rękoma, siłując się w nierównej walce. Na szczęście kajuta była mała. Cała dekompresja trwała sekundę. Kolejny raz los mu sprzyjał… Pytanie, kiedy pokłady jego przychylności w końcu się wyczerpią.

Przygotujcie się… Wieczność przed nami.

Otrząsnął się. Wszystko po kolei. Prawda, kochanie?

Gdy ciśnienie się wyrównało, otworzył do końca przesuwne drzwi kajuty i wypłynął na korytarz, kierując się najkrótszą drogą do Asova. Snop jego latarki oświetlił sporych rozmiarów, jak na warunki pierścienia rotacyjnego, korytarz, wzdłuż którego usytuowano pomieszczenia części mieszkalnej. Sunął najszybciej, jak mógł, asekurując się poręczą. Nie od razu zauważył przestrzelinę wielkości piłki do koszykówki, która nagle wyrosła przy jego dłoni, pożerając koniec poręczy. Natrafił na koleją, a parę metrów od niej – kilka następnych. Im dalej się posuwał, tym więcej było otworów. Tunel wyglądał, jakby sam Bóg postanowił urządzić sobie strzelnicę, a ich statek był puszką po piwie, przeszło mu przez myśl.

Przestrzeliny. Wszędzie przestrzeliny. Wlecieli w rój. Było naprawdę źle.

Wodził wzrokiem po ścianach, oceniając zniszczenia, gdy natknął się na otwartą kajutę numer cztery. Czwórka była Jenkinsa. Schodząc ze służby, Nil mijał go na poziomie piątym, gdzie kolega dłubał przy androidach technicznych. Mówił, że za chwilę skończy i też się położy, bo już jest… Wskoczył do kajuty bez zastanowienia.

Jenkins był w środku. Wisiał nieruchomo w skafandrze. Zdążył otworzyć drzwi, nim odłamek kosmicznej materii wyrwał mu trzydziestocentymetrową dziurę w piersi.

*

Stanął przed dwumetrowym czopem pierwszej grodzi.

– Asov, słyszysz mnie?

– Tak… – stęknął chłopak.

– Jestem już blisko, słyszysz? Jeszcze chwila.

– Tak.

Coś w tonie głosu Asova nie spodobało mu się. Odpowiedzi zbyt krótkie, zdawkowe.

– Halo! Nie śpij mi tylko tam!

– Dobrze… Tylko czuje się jakoś dziwnie, coś… – Dźwięk podobny do odgłosu wylewanej wody dotarł do uszu Nila.

– Asov, mów, co ci jest? Odpowiadaj!

– Krew… Wszędzie krew.

Chryste! Asov był w gorszym stanie, niż mu się zdawało. Obrażenia wewnętrzne. Krwotok.

– Trzymaj się!

Nil wziął głęboki oddech. Przed nim jeszcze trzy moduły do przejścia, a dopiero za czwartą grodzią czeka na niego wykrwawiający się Asov. Mel, dziecinko, tatuś cię kocha.

– Nie waż się zasnąć, rozumiesz?! Jeszcze trochę, a wsadzę cię do rekombinatora. Będziesz jak nowy.

– Dobrze… Pospiesz się…

Rekombinator?! Nie miał pojęcia, czemu to powiedział. Może bardziej potrzebował tego kłamstwa niż Asov? Żaden rekombinator nie pomoże, gdy nie ma zasilania…

Przywarł do grodzi całym ciałem, starając się utrzymać w jednej pozycji. Złapał oburącz dźwignię i zaczął nią niezdarnie manipulować. Powtarzał sobie, że musi zachować spokój, najzwyczajniej w świecie otworzyć te pieprzone grodzie, tak jak to robił na każdym szkoleniu. Dźwignia do siebie, dźwignia od siebie. Miarowo, równo. Nieustępliwie.

Asov się kończył. Zostało mało czasu. Kochanie, cierpliwości, już niedługo, a tatuś weźmie cię na rączki. Pójdziemy z mamusią na lody, obiecuję.

Dźwignia od siebie, dźwignia do siebie. Pracował niczym archaiczna maszyna napędzana parą, niczym tłok parowozu.

Jeszcze tylko kilka ruchów i będzie bliżej ratunku. Osłabł, ale nie przerywał pracy. Czekają na niego, nie może ich zawieść. Teraz musi myśleć o Mel… Wspominał, jak widział ją tuż przed wylotem, w tej lekkiej, przewiewnej sukience, na rękach żony. Stały tam, na kosmodromie, a jedyne, na co go było stać, to machnięcie ręką. Głupie machnięcie ręką. Żadnego „kocham”. Zawsze był zimny. Nigdy nie umiał odpowiednio okazywać uczuć, chociaż je miał.

Drzwi grodzi zaczęły wysuwać się delikatnie z zaczepów.

– Nil, pospiesz się…

Rama drzwi zsunęła się rygli i sprężyny zawiasów wykonały resztę pracy za niego. Przejście stanęło otworem.

Jego oczom ukazał się widok, którego się nie spodziewał. Korytarz odchodzący od wręgi urywał się w chaosie poszarpanych, podziurawionych blach, osłon termicznych oraz wystrzępionych przewodów elektrycznych i chłodniczych. Jednak najgorsze było dalej. Niczym przejście do innego wymiaru, oplecione ramą ze strzępów tej rzeczywistości, inne tu, inne teraz spozierało na niego z drugiej strony otworu. W głębi tej studni zobaczył bowiem statek kosmiczny; dalekosiężną jednostkę. Swój statek! Jednostkę, na której właśnie był. A raczej jej podziurawione cielsko, z którego burt wytryskały gejzery zmrożonych gazów. Widział roztrzaskany dziób. Kierując wzrok w stronę rufy, ujrzał fragmenty poszycia kadłuba, luźniej bądź mocniej zbite w gromady i rozsiane aż do pierścienia. Część z reaktorami oraz napędem zupełnie przestała istnieć. Błyski żarzących się prętów paliwowych rozświetlały próżnię. Sam pierścień, przytwierdzony jedną nieuszkodzoną przewiązką do centralnego modułu statku, wyglądał jak rozstrzelana śrutem obręcz, z której kosmiczna siła wyszarpała kilka sekcji i upodobniła go do sierpa księżyca.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234

Powiązane wpisy

Emil Gieras „Piękny dzień”
Opowiadania - 14 stycznia 2019

Czy wierzycie w istnienie przełomowego momentu w życiu człowieka? Chwili, w której…

Agnieszka Hałas „Pokłosie pewnego bankructwa”
Opowiadania - 5 września 2017

Niniejsze opowiadanie to świetna okazja do zaznajomienia się z głównym bohaterem cyklu…

Hanna Karwowska „Chłopiec z XXI wieku”
Opowiadania - 1 czerwca 2014

– A radio macie? – No, jakże. Przecie, ze mom. I telewizor… W niedziele to sie słucha…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!