A. H. „Dziwny człowiek”

ZakuŻona Planeta Fahrenheit Crew - 7 lipca 2012

<Powiedzmy sobie szczerze, poniższe opko jest straszne. Standardowo brak w nim końca, a i zawiązanie jest dość niejasne. Dziwaczne imiona, martwa frazeologia i orty. Fabuła nie istnieje, a na końcu czytelnika dopadają pytania „Ale o co tu chodzi?! O czym to właściwie było?!”

Z drugiej strony – poniższy tekst jest optymistyczny. Autorka od momentu popełnienia wspomnianego dzieua przeszła długą drogę. Pisała dalej, brała udział w Warsztatach Fahrenheitha i coraz lepsze teksty wysyłała do kolejnych periodyków. W końcu, za którymś razem, się udało. Autorka ujrzała swoje opowiadanie drukiem (i to nie takim, za który zapłaciła z własnej kiesy), potem drugie i kolejne… A teraz przygotowuje się do wydania powieści.

Czyli można.

Czego wypada życzyć wszystkim pisarzom in spe.>

 

Dziwny Człowiek

 

Szedł kiedyś człowiek przez miasto. Zwyczajny pożeracz chleba <O! Zwłoki frazeologii. „Pożeracz chleba” to taki wypuszczony z obozu głodowego?>, taki jak tysiące innych. <Tysiące pożeraczy! Będzie o kanibalizmie jak nic, jak piekarnie nie nastarczą…> Wysoki, o jasnych włosach i oczach jak płatki chabrów. Szedł spiesznie ulicami wszystkich miast, z trudem powłócząc nogami. <Jednocześnie wszystkimi szedł?! W dodatku śpiesznie, ale powłóczył nogami. Coś mi tu, tego… umyka…> Wlókł się szarą drogą pośród budynków zakurzonej społeczności. <Czemuś widzę zapadłą wiochę na końcu świata zasiedloną przez niedomytych tubylców…> Aż napotkał człowieka bardzo mu podobnego. Odwrócił głowę, aby nie rozpoznał jego twarzy <czyjej twarzy i kto?> i spiesznie wyminął lewą stroną ulicy. I szedł tak nadal, aż zostawił miasto za sobą. <Zwiduje mi się facet, który idzie na azymut, prosto jak strzelił. Góra, dolina, rzeczka, miasto,latarnia…>

I wzeszło słońce. <Znaczy blondasek szedł przez miasto w nocy? I tego tajemniczego sobowtóra rozpoznał tak od razu w ciemnościach? Wychodzi na to, że miasto było brudne, ale rzęsiście oświetlone. Pewnie żeby nikt nie przeoczył widowiskowego kurzu… Ekshibicjonistyczni Antyhigieniści?>

<Gdyby ktoś się zastanawiał, o co chodzi z sobowtórem, może przestać – próżny to wysiłek i zupełnie niekonieczny. Fałszywe zawiązanie.>

 

________________________________________________________________________________

 

Szedł <Dotychczas mieliśmy „szedł” pięć razy, z czego raz w wariancie „wzeszło”. Tylko dwa z powtórzeń są retoryczne. Nie jest dobrze…> człowiek równinami Scorpio. Ubrany jak zwykły, szary dzień <Na głowę nasadził sobie szare niebo i owinął się cumulusem… No, faktycznie wtopi się w tło…>, tak by się nie wyróżniać. Bo gdyby zwracał na siebie uwagę pewnie było by to sprzeczne z wcześniejszym założeniem. <No shit, Sherlock…>

I wędrował tak od wielu dni, nie napotykając żywej duszy. <Ośmielę się zauważyć, że z dalszej części opka wynika, iż prócz przybysza i smoka na równinach rośnie jeszcze tylko sześć drzew. Wędrowiec musiałby się przebrać za step, żeby się nie rzucać w oczy.> Gdyby ktoś go zapytał o cel tułaczki, po chwili wahania odparłby, że tam gdzie znajdzie mądrość i sprzymierzeńca. <Jednego sprzymierzeńca. Warte zapamiętania.> Ale gdyby spytać go, co ukrywa się pod tymi pięknymi słowami, albo gdzie ma zamiar znaleźć ich meritum <Meritum słowa „sprzymierzeniec” to „sprzymierzeniec”. „Mądrości” – „mądrość”. Za to Autorka nie zapoznała się z meritum słowa „meritum”.>, nie potrafiłby odpowiedzieć jednoznacznie. <Szwendał się bez celu, za to po prostej… Hobby takie?> Rzekł by tylko, że poszukuje istoty potężniejszej niźli sam król, mądrzejszej od wiekowych uczonych z Bolfo, przebieglejszej aniżeli najpodlejsza z banshee <Czyli podłość i przebiegłość to się ma zawsze razem, tak…? Przebiegle… I podle. A w ogóle to myślałem, że banshee to tylko wyją, jak ktoś ma kojfnąć… Ja to zawsze do tyłu jestem…>, a zarazem stokroć groźniejszej niż mroczna naga o gorejących nienawiścią oczach, choć równocześnie piękniejszej od driady, czy najmłodszej z sirin. <Istota ma być piękna, mądra, potężna i groźna (i podła)… Połączenie biblioteki, komandosa i Andżeliny. To się facet naszukasz…>

I gdyby zagadnąć go, gdzie można natknąć się na takie cudo natury, dziwny wędrowca wzruszyłby tylko ramionami i powędrował dalej przez dzikie równiny scorpiońskie. Ale nie było nikogo, kto mógłby zadać te dziwne pytania. <Prócz narratora, który gada do ściany…>

Dlatego, nie nagabywany <Nienagabywana przez słownik Autorka i jej orty.> przez niczyją ciekawość i nie niepokojony ludzką obecnością, szedł dalej w oceanie traw w poszukiwaniu sedna mądrości.

– Czy to ciebie szukam? – zapytał pewnego poranka. Złoty wzgórek wśród bezmiaru stepów <Jeden step, drugi step, trzeci… No, cały bezmiar.> poruszył się i ziewnął.

– Och, to zależy… – Szary człowiek przystanął. <Autorka dba o to, żebyśmy byli niczym brzytwy. Ostrzy i gotowi. Najpierw zagadka numer jeden. Kto to powiedział? Zagadka numer dwa. Kim jest szary człowiek? To ten, co się ubrał w pogodę?>

– Od czego?

– Od tego czy jestem ci potrzebny. <Bo może jeszcze być tak, że się kogoś/czegoś szuka dla samego sportu, a nie po to że poszukiwany/a jest do czegoś potrzebny/a… Prawda?>

Wędrowiec przejechał dłonią po spłowiałych słońcem włosach.

– Jeśli jesteś tym, którego poszukuję od tak dawna…

Złoty pagórek wyszczerzył zęby w czymś imitującym uśmiech potwora.

– A kogóż szukasz? – Człowiek rozpromienił się, a był to pierwszy uśmiech od długich miesięcy wędrówki.

<Nieuznawany przez Autorkę styl z wykopalisk mówi, że kiedy piszemy dialogi, w jednej linijce umieszczamy informacje dotyczące jednej postaci:

To, co mówi X – informacje narratora dotyczące X.

Ale Autorka jest awangardowa i dba o nasze IQ, dlatego prócz śledzenia tekstu podrzuca nam co i rusz zagadki w stylu: co, kto i w którym momencie powiedział.>

– A kogo znalazłem?

– Mam wiele imion. – Nieznajoma istota <Bez przesady, wiadomo, że to smok.> spojrzała w niebo. Słońce zabłysło w czarnych, jak pochmurna noc <jak bezksiężycowa, mroczna i czarna, listopadowa noc gradowa – czy to wystarczające natężenie czerni, Autorko?> tęczówkach. Podróżnik zafrasował się.

– Zatem nie mam pewności, czy to o ciebie mi chodzi. – Złote wzgórze uniosło kształtną głowę ponad korowód traw.

– Nie wyglądasz groźnie. – odezwało się grzmiącym barytonem – choć zdaje mi się, że twoja twarz jest mi znajoma… I nawet nie masz konia. <Smok kolekcjonujący zdjęcia wrogów na koniach, albo trzy zdania bez związku.>

Człowiek zaśmiał się.

– Tak naprawdę szukam smoka.

– Na piechotę? <WTF? A co, nie wolno?> Ciekawe… – Wzgórek podźwignął się na łapy. Cztery łapy. I jeden, pokryty łuskami ogon. – A że tak nietaktownie spytam, jakiego smoka?

Człowiek znów podrapał się w głowę.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345

Mogą Cię zainteresować

Orson Scott Card „W przededniu”
Ksiażki fantastyczne - 17 kwietnia 2013

W przededniu Orson Scott Card Prószyński i s-ka liczba stron: 376 cena; 35 zł  …

Jonathan Carroll „Zakochany duch”
Ksiażki fantastyczne - 9 października 2007

Duch zakochał się w kobiecie nazwiskiem German Landis. Gdyby ciągle miał serce, zatrzepotałoby w nim…

Rocznica urodzin Edgara Rice’a Burroughsa
Aktualności - 1 września 2017

Amerykański pisarz powieści przygodowych i awanturniczych oraz fantasy i science fiction, przyszedł na świat 1 września 1875 roku…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!