A. W. „Geneza”

ZakuŻona Planeta Ebola - 3 czerwca 2014

Dom tonął w słabym świetle zapalonych w kątach pomieszczeń lamp. Żaden z ówcześnie przebywających wtedy w rezydencji ludzi, nie ośmielił się rozświetlić wieczornego mroku głównym światłem. Michał nie miał pojęcia, kim są wszyscy tam zebrani.

Zaczyna się rzeczywiście mrocznie: lampy palone po kątach, ludzie przebywający nie dość, że wtedy, to jeszcze ówcześnie, co w pełni tłumaczy dezorientację bohatera. Jest również nieco absurdalnie, dom tonący w słabym świetle, to coś jak okręt podwodny tonący w kałuży.

Chłopiec krążył od pokoju do pokoju, nie mogąc odszukać matki, która przecież go potrzebowała. Jego kochającego, ośmioletniego serduszka. Nigdzie jednak jej nie było. Podobnie z resztą jak i ojca, wymęczonego tajemniczą chorobą Lei.

Do dezorientacji bohatera wolnym krokiem zbliża się dezorientacja czytelnika. Niby wszystko jasne: zagubiony dzieciak nie może znaleźć matki, która potrzebuje jego serduszka (z niewiadomych przyczyn mam tu skojarzenia konsumpcyjne, pewnie tekst wyzwala moje podświadome lęki), w przyciemnionym domu, pełnym jakichś ludzi (co – przyznaję – może być dla ośmiolatka frustrujące), ani ojca (dodatkowo stresujące), no ok., tylko kim jest Lea? I dlaczego męczy ojca? Czyżby trójkącik?

Ostatnie pół roku było dla całej rodziny Majorów sprawdzianem wytrzymałości psychicznej. Ojciec wycofał się z aktywnej pracy w swej kancelarii, chcąc jak najczęściej przebywać w domu, z żoną. Jedynie Michał nie rozumiał, co działo się z jego matką. Raz kochająca i słodka, innymi razy nie do poznania, rozkrzyczana spod woalu wulgarności i sprośności.

Dojrzały ten ośmiolatek, niby dzieciak, a wulgarność i sprośność potrafi zdefiniować bez trudu. Tyle dobrego, że na odkrycie tożsamości męczącej Lei czekaliśmy zaledwie jeden akapit.

Przebywający w domu ludzie, bladzi ze strachu, szeptali między sobą, że wszystko zaczęło się zaraz po powrocie Majorowej z tej „egzotycznej wycieczki”. Michał usiłował sobie przypomnieć, czy wydarzyło się wtedy coś szczególnego, ale zdenerwowanie nie pozwalało mu się skupić.

Strach tych ludzi chłopiec rozpoznał bez trudu, wszyscy mieli bowiem wielkie oczy, a bladość… Obcy?!

Pamiętał jedynie napięcie, jakie towarzyszyło mu w oczekiwaniu na powrót rodzicielki domu. Specjalnie obiecał sobie, że nie zaśnie, dopóki nie przytuli jej zaraz po wejściu. Wybijała północ, gdy wreszcie na podjazd ich ogromnego, na kształt pałacu domu, podjechał czerwony, sportowy samochód ojca. Tak, jak się spodziewał Michał, to on wyszedł pierwszy, otwierając kobiecie drzwi i pomagając jej wysiąść. Serce chłopca podskoczyło na ten widok. Jego matka była zachwycająco piękną kobietą — całą urodę odziedziczył po niej. Pomachał do niej energicznie, odsuwając ciężkie firany, a ona z uśmiechem mu odmachała.

W tym akapicie do lekko sklerotycznej narracji (za nic nie może przypomnieć sobie, biedaczka, czy wspominała już, że dom Majorów to nie jakiś tam zwykły segment na przedmieściu, czy nie wspominała) dołączył niejaki dr Freud – ośmiolatek widzi matkę, a myśli „kobieta”. Prawdę mówią, że dzieci teraz szybko dojrzewają, Edypowi zajęło to więcej czasu, ale on nie miał netu. O sportowym, czerwonym samochodzie, który doszeee… wyszedł pierwszy, nie wspomnę. O tym, że małoletni bohater ma świadomość swojej wielkiej urody, nawet się nie zająknę.

Zbiegł po marmurowych schodach i wyrwał z wazonu stojącego na środku holu — swoim zdaniem — najpiękniej pachnącą lilię, co nie uszło uwadze gosposi, która z dezaprobatą pokiwała tylko głową. Wszyscy jednak kochali Michałka i bez większych problemów wybaczali mu drobne niesubordynacje. Uśmiechnął się do niej, a jego oczy zawojował blask.

Gdyby czytelnik nie zauważył, to narracja właśnie mimochodem nadmieniła, że chałupa Majorów była wypasiona. Dowiedzieliśmy się również, że bohater jest węchowym Speedy Gonzalesem.

Poprawił niesforne kosmyki i przekrzywiony sweter i z utęsknieniem czekał na jej nadejście.

Chrzęst zamka obwieścił tak oczekiwany powrót matki. Porzucając wszelkie zasady etykiety, podbiegł do niej i rzucił się jej na szyję. Ta wycałowała go i przytuliła, a Pascal — ojciec Michała — przyglądał się temu z uśmiechem. W rękach chłopca wylądowała mała, złota torebka ozdobna.

Nie dziwię się, że zalęknieni ludzie szeptali w tym domostwie, chrzęst zamka rzucający się na szyję, która w rewanżu daje buziaka, materializująca się znienacka złota torebka (dobrze choć, że ozdobna, zwykła złota torebka, to by było faux pas) – mogą solidnie wystraszyć.

— Przywiozłam ci coś, Michałku — zwróciła się do chłopca kobieta, zdejmując płaszcz, w czym pomagał jej mąż. — Kiedy zobaczyłam ją na bazarze, od razu pomyślałam o tobie. Przecież uwielbiasz anioły, a ten jest taki nietypowy.

Oczom chłopca ukazała się śliczna figurka anielicy — najprawdopodobniej wykonana z czarnego onyksu — zasiadającej na kamieniu i otulonej własnymi skrzydłami z ostrymi jak szpony końcami. Anielica tęsknie spoglądała w dal. Bez wątpienia był to najpiękniejszy okaz w jego kolekcji. Teraz owa skrzydlata spoczywała na dnie kieszeni spodni chłopca. Miał nadzieję, że gdy pokaże ją matce, ta wróci do zdrowia.

Normalne dziecko wielu talentów, teraz jeszcze znawca kamieni szlachetnych, no no.

— Dziękuję — do serca chłopca napłynęła wdzięczność i bezgraniczna miłość do rodzicielki. Tego wieczoru po raz ostatni widział ją szczęśliwą.

Spojrzał na prowizoryczne klęczniki, z których dało się słyszeć ciche murmurando modlących się o łaskę dla udręczonej kobiet. Jednak do tonu ich głosu wkradła się jedna, słaba nuta. Czyżby strach?

Prowizoryczny klęcznik, Autorko, nazywa się podłoga.

Michał ominął je, a one odprowadziły go smutnym spojrzeniem. Spojrzenie to mówiło: „nie bój się chłopcze, tak nam przykro, wszystko się ułoży…”. Nie rozumiał.

Nie łam się, Michał, ja również.

Skierował się do jedynego źródła światła, znajdującego się na końcu korytarza. Miał nadzieję, że odnajdzie tam matkę. Zdrową, szczęśliwą, z niecierpliwością czekającą na niego. Być może będzie tam też ojciec, radośnie klepiący go po ramieniu i mówiący, że wszyscy dali się nabrać.

Narracja wspominała, że lampy świeciły się w kątach pomieszczeń, więc albo ten dom jest jednokanciasty, albo jednak skleroza.

Nie to jednak spotkał w rozświetlonej dosyć ostrym — w porównaniu
z pozostałymi pomieszczeniami — światłem bibliotece. Przez otwarte drzwi przybytku pełnego książek ujrzał dwie, żywo gestykulujące rękoma, postaci.

Już liczyłam na to, że zamiast tego chłopiec spotkał TO, a tu gucio. Pewną rekompensatą może być informacja, że biblioteka to takie coś z książkami.

Jedna z nich ubrana był w biały kitel. Był nią lekarz. Jego twarz zdradzała zmęczenie i rezygnację. Zasłonił oczy rękoma, marząc, by cały ten koszmar wreszcie się skończył. Wyczerpany opadł na fotel stojący pod ścianą.

A marzenie to miał wypisane na transparencie, tak że bohater bez trudu mógł je przeczytać. To miło, że lekarz postanowił ułatwić życie chłopcu, tym bardziej że gramatyka, nie mogąc znieść mroków tego dzieła, wyemigrowała do sąsiedniego opowiadania.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234

Mogą Cię zainteresować

neularger i A.T. „Egzekucja”
ZakuŻona Planeta - 7 stycznia 2016

Kto z was wybrałby się na ZakuŻoną Planetę? Na randkę w ciemno (w bardzo ciemno!) z krasnoludzkimi templariuszami,…

Dariusz Sprenglewski „Lubię ssać”
ZakuŻona Planeta - 11 października 2017

Ostatni tekst, który miałem… przyjemność dla Was odkuŻać, był zły. Okropnie, dramatycznie…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!