„Animaland” – opowieść wegetarian dla mięsożernych

ZakuŻona Planeta Fahrenheit Crew - 14 czerwca 2014

544618_364184767024162_1248352165_n

 

Pomysł stworzenia w Fahrenheicie Zakużonej Planety nie podobał mi się. Publiczne „katowanie” kiepskich tekstów wydawało mi się większą krzywdą dla autora niż pożytkiem dla doszłych i niedoszłych pisarzy. Wytykanie błędów autorom, którzy mają problemy ze zbudowaniem poprawnego zdania, a nawet z ortografią, wydawało mi się zbyt łatwym zadaniem, służącym głównie li pobawieniu gawiedzi (oczywiście nie ubliżając Szanownym Czytelnikom Fahrenheita, to tylko powiedzenie takie). Minęło już blisko 12 lat i zrewidowałem poglądy. Lepiej późno niż wcale.

Przez te lata ludziom nie znudziło się przysyłanie nam tekstów z podpisanymi zgodami na Zakużoną, temat ten najwyraźniej nie znudził się też czytelnikom. No i jest jeszcze trzecia strona – Redakcja, która także nie ziewa przy „wybebeszaniu” opowiadań.

Ponieważ w czasie urlopu człowiek się nudzi, i mnie naszła chętka na pojawienie się w tym dziale. Nie pozostaje mi więc nic innego jak odszczekanie moich protestów sprzed 12 lat i… wzięcie się do „roboty”.

 

Nie byłbym sobą, gdybym podszedł do tematu jak inni, podchodzę więc po swojemu. Jeśli, Drogi Czytelniku, oczekujesz tutaj rozbioru każdego źle zbudowanego zdania, wytknięcia i wyśmiania błędów, zawiedziesz się. Lepiej nie czytaj dalej.

 

Wytykać najprostsze błędy w poniższym opowiadaniu jest łatwo. Już w pierwszym akapicie mamy do czynienia z samochodem, który wiedział, że ma niewiele czasu. W następnym zdaniu pościg trwa coraz dłużej, a z tego wynika, że masło jest maślane. Dalej – miasto wygląda na opuszczone, to już kolejne. Co!? Najbardziej w tekście rozbawiła mnie matka, która – będąc dziecięciem – powtarzała coś bohaterowi.

W ten sposób wypunktować można niemal każdy akapit, ale to nie będzie miało chyba większego sensu. Błędów jest za dużo.

 

Kiedy widzę taką twórczość jak poniższa, zastanawiam się, ile lat ma autor i kto go uczył języka polskiego. Dotąd wydawało mi się, że wystarczy skończyć podstawówkę (czy jak to się tam teraz zwie), żeby uniknąć najprostszych wpadek… I znowu się myliłem, bo wpadka to jest jednorazowy przypadek, a wśród aspirujących do pisarstwa twórców mamy do czynienia z programową nieumiejętnością poprawnego i logicznego budowania zdań.

Ponieważ uważam, że za pisanie biorą się ludzie inteligentni, podejrzewam, że winnymi takiego stanu tekstu mogą być tylko dwie osoby – autor i/lub polonista. Ten ostatni – bo nie nauczył, ten pierwszy – bo się nie nauczył. Obaj nie wywiązali się ze swoich obowiązków. Z własnej winy czy z winy systemu, który nie pozwala nauczycielom na skupienie się nad jednym uczniem, tego nie wiem. A może autor ma lat znacznie więcej niż dwadzieścia i zapomniał już, czego uczono go w szkole? Na pewno coś jest nie tak.

 

Pierwszą radą, z której powinni korzystać potencjalni autorzy, jest czytanie w myślach tego, co piszą, a jeszcze lepiej – robienie tego na głos. To naprawdę pomaga. To jest pierwszy etap, na którym można wyeliminować bardzo dużą liczbę błędów, pomyłek i nieporadności. Do tego nie trzeba samemu mieć dykcji, wystarczy uzmysłowić sobie, czym są znaki przestankowe.

Czytając „Animaland” słyszałem strzały z karabinu – krótkie zdania „wystrzeliwane” byle jak, by jak najprędzej „pozbyć” się ich z głowy. Z czystej ciekawości uruchomiłem w edytorze tekstu funkcję zamiany i podmieniłem wszystkie kropki na czerwone, 72-punktowe monstra. Zdania o budowie dłuższej niż jedna linijka (która tutaj składa się średnio z około dziesięciu wyrazów) są naprawdę perełkami. Autor jako motto zamieścił cytat z Kinga i nawet pod względem budowy zdań widać inspirację Mistrzem. Tyle że Mistrz nie pisze po polsku. Budowanie krótkich zdań samo w sobie nie jest złe, pomaga tworzyć nastrój, podkręcić wrażenie szybkiego tempa akcji. Wszystko to pod jednym warunkiem: że pomiędzy te krótkie zdania wrzuci się czasem nieco dłuższe, zwalniające tempo (tak, jak robią to dobrzy tłumacze Kinga). Nie ma nic bardziej nużącego niż monotonia.

 

Drugą dobrą radą jest przyjęcie zasady, że tekst powinien chwilę odleżeć, potem zostać jeszcze raz sprawdzony przez autora, a następnie przez jakąś przyjazną duszę. I wydaje mi się, że akurat z tego punktu twórca przynajmniej po części się wywiązał. Wnioskuję to po braku (choć mogłem coś przeoczyć) błędów ortograficznych i zaskakująco poprawnej interpunkcji, choć nie wykluczam, że autor może mieć do tego tzw. „dryg”. Jestem tym naprawdę zaskoczony, bo dopiero kilka godzin temu przeczytałem o „aferze” z wydawnictwem Novae Res.

Dla niezorientowanych wyjaśniam, że jakaś blogerka napisała recenzję książki tegoż wydawnictwa, a jego przedstawiciel zażądał skasowania wpisu pod groźbą konsekwencji prawnych. Argumentem za cenzurą miało być to, że „Blogerka wykroczyła poza ramy recenzji, formułując daleko posuniętą krytykę niezwiązaną tylko i wyłącznie z recenzowanym dziełem literackim, budując niezgodne z prawdą wnioski”. Co ciekawe, w recenzji książka została oceniona pozytywnie, a skrytykowano jedynie okładkę i bijące po oczach błędy wydawcy, czyli przepuszczenie ortów. Więcej o sprawie można przeczytać na stronie http://www.zombiesamurai.pl/2014/06/novae-res/

Trudno z pojawiających się w książce błędów ortograficznych (we wcale niemałej ilości) wywnioskować coś innego niż to, że wydawca, mówiąc wprost, „dał dupy”.

Cała ta afera uzmysławia mi jedno: giną gdzieś pozytywne wzorce pisarstwa. Błędy w książkach trafiały się zawsze, i nie ma w tym nic złego, bo mylić się to ludzka rzecz. Wstydzić się należy dopiero wtedy, kiedy publikowanie źle zredagowanych i nieokorektowanych tekstów staje się normą. Za moich dziecięcych czasów, nawet w dyskusjach z polonistami, mogłem wziąć jakąkolwiek książkę i powiedzieć, że skoro tam tak jest, to znaczy, że musi to być poprawne. A dziś?… Dziś kandydat na pisarza może mieć problemy ze znalezieniem źródła dobrych wzorców. Całe szczęście, że opinia recenzentów i czytelników ciągle ma znaczenie. Co prawda minęło już chyba kilkanaście lat, ale do dziś pamiętam wytykanie wydawnictwu Fabryka Słów braku redakcji i korekty. W pewnym momencie ktoś tam w końcu poszedł po rozum do głowy.

Rozum w głowie z pewnością ma też autor „Animalandu”, w każdym razie na pewno ma go więcej niż wydawca Novae Res, i za to bardzo szczerze chylę przed nim czoła. I żeby nie było słodko – chyląc czoła uderzam tymże w blat stołu, a to boli. Boli, bo – pomijając sprawy językowe – opowiadanie niedomaga fabularnie i dlatego trafiło na Zakużoną.

 

Zacznijmy od tego, co w opowiadaniu mamy. Mamy akcję. Jak na tak krótki tekst – nawet odpowiednio dużo akcji. Do tego mamy ciekawy, choć zupełnie nieoryginalny świat. Porównując do filmu – mamy składowe na film akcji z kina klasy B. Mężczyzna podąża przez (kolejne) miasto, ścigając tych, którzy porwali jego ukochaną. W takim kinie i w takich opowiadaniach chodzi o to, żeby dać czytelnikowi rozrywkę „po drodze”. Od początku do końca przecież wiadomo, jak się wszystko skończy. Dobrze albo źle, nie ma znaczenia. Ważne, żeby była akcja, żeby coś się działo. I to wszystko w „Animalandzie” jest. Gdyby więc dopracować język, mielibyśmy składowe na przyzwoite opowiadanie klasy B.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345

Mogą Cię zainteresować

Urodziny Neala Stephensona
Aktualności Fahrenheit Crew - 31 października 2017

31 października 1959 roku na świat przyszedł amerykański pisarz Neal Stephenson. Twórca debiutował w połowie lat…

Premiera trybu fabularnego Green Hell już latem 2019
Gry MAT - 15 marca 2019

Studio Creepy Jar ogłasza, że planowana na przełom zimy i wiosny tego…

Neal Stephenson „Zamęt tom 2. Cykl barokowy tom 2”
Patronaty F-ta Fahrenheit Crew - 5 października 2006

Newton i Leibniz nadal przedstawiają światu swoje wspaniałe teorie. Ich wzajemna wrogość narasta,…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!