neularger i A.T. „Egzekucja” (4)

ZakuŻona Planeta Fahrenheit Crew - 7 stycznia 2016

<Autorze, skoro piszesz „Battle Royale” to tak nazywasz ten turniej. Wielkie litery w polszczyźnie oznaczają nazwę własną. Innymi słowy, napisałeś właśnie coś takiego: Turniej o nazwie „Battle Royale”, który nazywał się „Turniej Klimatyczny” I czemu raz po polsku, raz po angielsku?

Poza tym co tu jest zabawnego?>

Rogrim Stoneheart siedział w ogromnej restauracji obsługiwany przez wysokich ludzi <Przyjmę do pracy od dwóch metrów wzrostu tak stało w ogłoszeniu dla kelnerów.> i popijał gorzkim Ale. Przy okrągłym stole siedzieli członkowie Argenta Lupus <Wykład z marnej łaciny będzie później.>, liczni bracia i kompani, stado, awanturnicy i biesiadnicy, najemnicy, wesoła ferajna. <W ogromnej restauracji stał jeden ogromy okrągły stół, przy którym siedzieli wszyscy goście i wspomniane stado. Normalnie aż z krzesła spadłem. Poruszająca wizja!> Tak się składa <A zmiana czasu narracji: czemu?> , że krasnolud Rogrim miał tylko dwóch najemników: człowieka i pół szczura pół gnoma. <Gnom przeleciał szczurzycę czy może szczur gnomicę?>

Restauracja <No, miała trzy gwiazdki w „Przewodniku po średniowiecznych zajazdach, karczmach i gospodach” Michelina.> mieściła ponad trzy setki miejsc, zaś < „zaś” to nie to samo co „i”, Autorze…> wszystkie były zajęte. Otóż tego dnia rozpoczynały się zawody w arenie, więc kraj odwiedzili uczestnicy, widownia i turyści. Bohaterowie z całego świata zebrali się tutaj, aby zawalczyć o puchar.

Marvin, roześmiany krasnolud z monoklem, filtrował listę na papierze i dokonywał licznych zapisków. <W wolnym czasie także listował zapiski na filtrze i papierował liczne dokonania.> Pełnił służbę zarządcy organizacyjnego oraz bukmachera <I nie miał własnego biura, tylko siedział kątem w knajpie???>, jako iż prawdziwy szef koloseum był bardzo zajętym osobnikiem. <Szef tego przybytku nie był zajęty, tylko był idiotą, skoro odpuścił najbardziej dochodową działalność.> Zapukał miedzianym kuflem o stół próbując uciszyć głośny tłum. <Totalnie musiało zadziałać! I nikt mu nie powiedział: „Spadaj palancie, wynajmij se kantorek!”>

Rogrim oparł się o krzesło, na którym siedział <wygimnastykowany facet…>, i zamyślił się przez chwilę.

– O ile dobrze zrozumiałem, bratku – zasmarkał <i zaglutał> Marvin dłubiąc palcem w dziurze w zębach <Albo miał bardzo małe palce, albo bardzo duże zęby> – stawiasz dziesięć tysięcy guldenów na siebie w tym turnieju? Interesujące. To tyle samo, ile dają za ciebie na listach gończych. Forsa na zakład była w tej sakiewce, którą właśnie zabrał jakiś niewidzialny gościu?

– Cholera – poderwał się Rogrim i rzucił się <pod tramwaj> wybiegając z restauracji za człowiekiem widmo.

Znowu mnie okradają – pomyślał Stoneheart. – Ostatnio było to samo i skończyło się na rozbiciu Rady Przymierza. <O której to radzie, jak i o samym zdarzeniu, nie wiemy absolutnie nic.>

– Niewidzialny złodziej – krzyknął jakiś kupiec wyskakując zza straganu. – Łapać go!

– Co tu się dzieje – mruknął Rogrim pod wąsem. – Fantomy napadły na to miasteczko?

– Liga Profesorów – odparł schorowany mędrzec pojawiając się znikąd obok Stonehearta. <Wspominałem już wcześniej o oryginalnej, dla tego opka, usłudze, czyli o staruszkach-informatorach pojawiających się z powietrza koło bohatera celem doinformowania go?> – Przynajmniej tak każą siebie nazywać. Dla mnie to zwykli kieszonkowcy, których nie widać. Grasują tu już od dawna.

– Od jak dawna? – zainteresował się myśliwy krasnolud – chętnie na nich zapoluję.

– Od dwóch stuleci – odpowiedział mędrzec. – Nie zapolujesz. Złota, które ci skradli, też raczej już nie odzyskasz.

<Od dwóch stuleci miasto ograbiają niewidzialni złodzieje. Doprawdy nie rozumiem, jakim cudem ktokolwiek tam jeszcze chce z forsą przyjeżdżać. I dlaczego Stoneheart nic o tym nie wie?>

Emeryt <No, ten ZUS to jednak ma przeszłość… > skinął głową i odszedł. Rogrim nie dając za wygraną przeczesał jeszcze kilka uliczek. Zrezygnowany skierował się z powrotem w kierunku restauracji „Rio Olimpia”. Z lekka zbulwersowany <i troszkę nadąsany>, tuż przed wrotami do lokalu usłyszał odgłos rechoczących niewidzialnych małych ludzi. <A po czym poznał, że mali, skoro nie widział?> Odwrócił się na pięcie i pośpieszył nigdzie indziej jak do kwatery milicji.

Sierżant straży miasta kazał się nazywać kroczącym czołgiem. <Subtelnie, a gustownie.> W zamierzchłych czasach zdobył swoją pozycję i popularność poprzez zwycięstwo w Koloseum. <Skąd, jak wiadomo, wywodzą się najlepsi gliniarze.> Tego właśnie pragną mieszkańcy tego miasta: chleba, krwi i igrzysk. <Oraz regularnych kradzieży.> Rogrim Stoneheart stanął hardo przed sierżantem straży domagając się zadośćuczynienia.<Na milicję (straż) to najwyżej można zgłosić zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. I to na pewno nie w realiach pseudośredniowiecza.>

– Czego tu? – zakrzywił nos <w prawo> wysoki strażnik. Jego broda wydłużała się w kształcie licznych warkoczy, zaś na głowie nosił długi hełm z kolcem. <Całkiem jak C.K Armia…>

– Duchy grasują wam w mieście, panie Dogger Tank <Zna nazwisko gliny, a o niewidzialnych złodziejach nie słyszał…> – powiedział Rogrim. – Podejrzewam, że to chochliki, które przebywają pod iluzoryczną ścianą. <Gdzie???> Napadły już na karawanę i oskubały dziadka z warzywniaka. <Eee… Było coś wcześniej o jakimś warzywniaku i karawanie?> Coś z tym robicie?

– Ha! – wyśmiał go sierżant sprawujący porządek w mieście. <Dostaje się tron i pałkę. I się sprawuje porządek.> – Toć od razu widać, żeś nowy. To nie chochliki, jeno wróżebne gnomy. <Wróżą liczne i częste kradzieże?> Oczywiście, że grasują. Tym się zajmują, więc co innego miałyby robić? <Aaa… To w porządku. Przepraszam za zamieszanie.>

– Pozwolicie, żeby siały zamęt na ulicach, sierżancie?

– A macie żółte papiery? <Nie, bo tomograf się u zielarki na rogu zepsuł.> Słuchajcie no myśliwy. Te baśniowe istoty <Jakie baśniowe, skoro są realne?> są w każdym kącie Bangaleszu. Doliczono się ich kilka setek <Pierwszy niewidzialny gnom, drugi niewidzialny gnom, trzeci…>, a bytują od niepamiętnych czasów. Właściwie to mieszkały tutaj zanim trybunał patrycjuszy pod wodzą przyszłego króla Awentusa <Trybunał to po prostu uroczysta nazwa na sąd. Sądy założyły to miasto?> założył kolonię pod rozbudowę przyszłego Bangaleszu. To były ich ziemie od samego początku. Po siedmiuset latach <A wcześniej było od dwóch stuleci, ale nie przejmuj się, Autor, pilnowanie szczegółów jest dla lamerów.>, jak widać, nie mają najmniejszej ochoty je <go> opuszczać. <Miasta to w ogóle cięgiem się zakłada na wulkanach ruchomych piaskach lub miejscach pełnych niewidzialnych złodziei. Nie ma to jak codzienna porcja adrenaliny.>

Ściągnij tekst:

Powiązane wpisy

A. W. „Geneza”
ZakuŻona Planeta - 3 czerwca 2014

Zacznijmy od beczki dziegciu. Złe lub, w najlepszym razie, niedobre jest w tym opowiadaniu wszystko.…

Dariusz Sprenglewski „Lubię ssać”
ZakuŻona Planeta - 11 października 2017

Ostatni tekst, który miałem… przyjemność dla Was odkuŻać, był zły. Okropnie, dramatycznie…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!