neularger i A.T. „Egzekucja” (8)

ZakuŻona Planeta Fahrenheit Crew - 7 stycznia 2016

Niewzruszony golem kroczył między walczącymi i od czasu do czasu wymachiwał swoimi wielkimi skalnymi dłońmi odrzucając gladiatorów za arenę. Gwar widowni nie cichł, okrzyki zachwytu i żarliwości <Czego?> nie ustępowały. Spektatorzy oczekiwali krwi i ją dostali. <Spektatorzy to w sumie juchy oczekiwać powinni. Jak archaizować, to archaizować.)

– Hej, co wyprawia ten parszywiec? – wściekł się jeden z widzów wskazując paluchem na północną część areny, na wychudzonego pirata w piżamie z laskami dynamitu przy pasie <I rogerem w tyłku>, który opierał się o ziemię i z uśmiechem na twarzy delektował się widowiskiem.

– To ten gnojek od bzduromancji! – krzyknęła rozsrożona <Okazuje się, że i słownik można czytać bez zrozumienia takich skrótów jak „daw.”arch.”> kobiecina. – Dlaczego z nikim nie walczy? Dlaczego nikt go nie atakuje? Wynoś się stąd, ignorancie! <Jak śmiesz nie dawać się zabić!>

Pirat każący się zwać kapitanem Mystralem <Totalnie musiałem to wiedzieć.> leżał na ziemi rozkoszując się licznymi utarczkami, jakie miały miejsce na arenie. Nikt nie brał go na poważnie, dlatego też został całkowicie zlekceważony. <A nie to, że zostałby zabity od razu, na rozgrzewkę?… Swoją drogą, dlaczego ten ma być traktowany niepoważnie? Reszta też wygląda i zachowuje się jak pacjenci okolicznych szpitali psychiatrycznych.>

– Niech się sami wykończą – myślał w swoim łbie <Dodał zniesmaczony pacyfizmem pirata narrator.> – można uznać, że już wygrałem te zawody.

***

Nad areną latały niewidzialne wróżebne gnomy, wartko wymachując swoimi malutkimi skrzydełkami. Za pomocą swoich mikrourządzeń <Mikrourządzenia. Głęboko przemyślane to uniwersum.> robiły <swoje> zdjęcia poobijanym i opadniętym z sił gladiatorom. Minęło już dwadzieścia minut od rozpoczęcia. <Czego? Kto zajumał dopełnienie?> Z jedenastu gladiatorów na arenie pozostało pięciu. <To w ogóle ktoś tam zginął?>

To był odpowiedni moment. Wielka farsa niedostrzegalnych wróżek <Się zastanawiałem, jak to skomentować. Nic nie wymyśliłem.> miała się rozpocząć, uknuli bowiem zamach na koloseum, który sami prowadzili. Zebrać największych awanturników świata do jednego miejsca, a następnie ich wszystkich złapać, schwytać, ukraść, przywłaszczyć dla siebie, jak każdą inną wcześniej skradzioną rzecz. Cwane gnomy zabierają wszystko, co chciałyby zabrać, nawet żywe istoty. <Oczywiście sensu nie ma to za grosz. Miasto terroryzowane od 200 lat (albo od 700) przez niewidzialnych złodziei, którzy teraz zamierzają poszerzyć działalność o kidnaping. Po jakiego? Jakim cudem, ktoś tam chce jeszcze przyjeżdżać? Dlaczego nikt nic z gnomami nie robi? I gdzie są te hale pełne zrabowanego złota i kosztowności? Czemu nikt ich nie szuka?>

Pluskając w powietrzu wróżki zanurzyły się. <W cierpieniu? Ja się nurzam w nim od początku tego durnego tekstu.> Nagle ogromny blask światła oślepił je zaduszając <Aż rzęziły strasznie.> ich zamiary. Uciekły w popłochu. <Na miejscu zamiarów też bym podał tyły.> Błyszczące postacie upadły na arenę <Wybijając całkiem duże dziury.> skoczywszy ze szczytu koloseum <Gdzie koloseum ma szczyt?> po czym każda z nich uniosła swoją prawą dłoń.

– W imię Światłości – spojrzeli na arenę będąc zupełnie niezauważonymi. <Spojrzeli na arenę niezauważeni. Jakim cudem, Autorze, skończyłeś podstawówkę?!>

Blask ich zbroi nikogo nie zachwycał. <Bo nikt, jak sam napisałeś, Autorze, nie zwracał na nich uwagi. Co w sumie jest mało prawdopodobne, skoro zstąpili z nieba jak małe słońca.> Gladiatorzy byli za bardzo zajęci obijaniem sobie mord, zaś publiczność była zbytnio pochłonięta bitwami <Bitwami. A gladiatorów było raptem już tylko pięciu. Co daje w sumie maksymalnie dwie bitwy.>, jakie rozgrywały się na pobojowisku, aby zwrócić uwagę na trzech zakonników.

– Czuję się zupełnie zlekceważony – szepnął templariusz Keythian Semua.<A przecież zainwestowałem w nową pastę polerską!>

– Wydawało mi się, że komtur Dominus skoczył z nami – odparł jego kompan, zakonnik Lathan de Larck.

– Nigdzie nie widzę tego przestępcy Stonehearta – rzekła paladynka Hannika rozglądając się po całym stadionie. <Trzeba było najpierw patrzeć, czy gość jest, a potem skakać, a najlepiej złapać faceta przy wyjściu z areny.>

Zrezygnowani westchnęli, aby zostać po chwili powalonymi przez kroczącego golema i jego gnomiego pana. <Golemy ciężko czasem zauważyć…>

***

Rogrim Stoneheart siedział przy stole w „Rio Olimpia”, bogatej <Raczej „luksusowej”.> restauracji prowadzonej przez Marvina. Właściciel lokalu był także bukmacherem turnieju. Poprawił swój monokl, liznął palec i odliczył sporą sumkę zielonych banknotów. <Oczywiście, że to nie były żadne dolary, to tylko zbieg okoliczności.> Stoneheart przysunął do siebie swoją dolę.

– Dobry układ, Marvin – powiedział do kompana licząc zdobytą sumkę raz jeszcze. – Opłacało się tutaj przyjeżdżać.

– Gdybyś wygrał turniej, miałbyś jeszcze więcej – charknął Marvin wymachując rękami. – Musze jednak przyznać, że nieźle to sobie wymyśliłeś. Wciągnąłeś się do turnieju, zaś w międzyczasie twoi ludzie rozbili bank mafijny niewidzialnych wróżek. <One miały bank? Instytucję oficjalną? Normalnie nikt od 200/700 lat nie wpadł na pomysł, by w ten sposób odzyskać ukradzione przez gnomy pieniądze? To jest syndrom sztokholmski większy niż Himalaje. I co takiego nieźle wymyślonego jest w tym, że Rogrim bierze udział w turnieju, a jego ludzie napadają na bank, przecież nawet to nie daje mu alibi, bo ludzie wiedzą, że Rogrim ma ludzi od napadów (nawet podczas turnieju krzyczą, że jest hersztem najemników)…> Czekaj, jak oni mieli… łasica w przebraniu szczura i ten z dwoma warkoczami Krokodyl w przebraniu węży boa.>, nie pamiętam imienia.

– Dokładnie – odezwał się szept z nieznanego miejsca. <Z tyłka?> – Nie powinieneś pamiętać.

– Kiedy wszyscy byli zajęci glorią w amfiteatrze, ty mnożyłeś zyski za kurtyną <Rogrim był akurat przed kurtyną.> – Marvin nadal zwracał się do Stonehearta. <Tylko ich dwóch tam siedzi, do kogo miałby innego mówić?>

– To były kradzione pieniądze – parsknął Rogrim. – Po prostu teraz zmieniły właściciela. Mogę wyniuchać każdy okaz złota wiedząc skąd pochodzi. <Aż do kopalni-matki? A jak się przetopi, to co?> Czy to sztabki, puchar, order czy biżuteria, nic co złoto nie ujdzie mej uwadze. <Dobra, wiem, co Autor sugeruje, że złoto wróżek Rogrim wyniuchał (a jak się zorientował, że to kradzione złoto wróżek, a nie jakiś legalny skład, pozostanie tajemnicą chciejstwa autorskiego). Ciekawe, że owego niuchu nie użył, żeby odnaleźć złodzieja z restauracji, tylko poleciał do straży, przecież jeszcze wtedy nic nie wiedział o wróżkach i nie mógł planować napadu.> Jednakże tym razem zaśmierdziało na kilometr i to tym z najgorszej stajni.

Ściągnij tekst:

Mogą Cię zainteresować

A. W. „Geneza”
ZakuŻona Planeta - 3 czerwca 2014

Zacznijmy od beczki dziegciu. Złe lub, w najlepszym razie, niedobre jest w tym opowiadaniu wszystko.…

Dariusz Sprenglewski „Lubię ssać”
ZakuŻona Planeta - 11 października 2017

Ostatni tekst, który miałem… przyjemność dla Was odkuŻać, był zły. Okropnie, dramatycznie…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!