O właściwej rzeczy równowadze…

ZakuŻona Planeta Fahrenheit Crew - 16 kwietnia 2014

Od Redakcji:
Ta edycja ZakuŻonej Planety jest szczególna. Nie mamy bowiem do czynienia z tekstem całkowicie złym, dennym aż do bólu i wnerwiającym niczym paznokcie drapiące po tablicy. Nie. Autor pisze po polsku, nie sadzi żenujących byków i nadstawia plecy na razy (czyli dał zgodę, na czasem bolesną, rozbiórkę tekstu). Autor odwalił sporo roboty we własnym zakresie i chce się uczyć dalej. Dlatego Małgorzata zrobiła wykład…

ODPUST

Dostałam ten tekst dawno temu, ale choć łatwo mi było się czepić, nie umiałam dostrzec, co właściwie jest źle… Wreszcie zrozumiałam. Ten tekst zgrzeszył nie brakami, lecz nadmiarem. Żeby to dobrze pokazać, pozwolę sobie na trochę spojlerów w omówieniu, inaczej chyba mi się nie uda wskazać, na czym polega błąd. Nie, żeby to jakoś szczególnie zaszkodziło – w tekście nie ma elementów zaskoczenia ani puenty. A mogły być…
No, ale do dzieła!

Sven Thorson, ze względu na brak zarostu i delikatną, nieco kobiecą urodę nazywany Gładkim Svenem [tutaj powinien być przecinek] jechał powoli Traktem Biskupim w stronę Gottburga, usiłując wymijać wlokące się ślimaczym tempem wozy i furmanki. Jego koń, rasowy, czarny ogier, kupiony dwa dni temu we Friedrichsteinie, nie był przyzwyczajony do takiej ślamazarności, toteż co chwilę wyrywał do przodu, próbując zębami utorować sobie drogę. Sven nie był wielkim miłośnikiem, [a ten przecinek jest zbędny] ani znawcą koni, jednak nie wahał się zapłacić za wierzchowca siedemdziesięciu złotych denarów. Do miasta jechał na osobiste wezwanie Guntara Magnussona, zwanego Czartem, a to oznaczało, że szykuje się poważna robota. W robotach załatwianych przez Guntara, rączy i wytrzymały wierzchowiec często był elementem kluczowym, wręcz niezbędnym do przeżycia, dlatego nie warto było na nim oszczędzać.

Po zapowiedzi, że koń jest elementem kluczowym i niezbędnym do przeżycia (Twoje słowa, Autorze), oczekiwać należy, że ów koń odegra w tej opowieści ważną rolę. Nie muszę dodawać, że tak nie jest, prawda? W kolejnych akapitach przyjrzymy się koniowi, ale potem zwierzę to szlachetne i drogie zniknie w fabularnej próżni. Zapytać należy zatem, po jaką zarazę musiałam czytać opis dotyczący rumaka?
Ach, podobny problem mam z wyglądem Svena, głównego bohatera. Uroda, dzięki której zyskał przydomek, winna stanowić element fabularnie istotny, skoro już na początku się o niej dowiaduję.
Niestety nic z tego. Obie kwestie nie mają żadnego znaczenia w dalszym toku zdarzeń…
Po co zatem cały ten akapit się pojawił?
To, obawiam się, pytanie retoryczne.

Z odpowiednio dużej odległości Gottburg prezentował się niezwykle imponująco, w pełni zasługując na nazwę Bożego Grodu. Strzeliste, czerwone wieże kościołów i katedr budziły zachwyt nie mniejszy, [przecinek zbędny] niż złociste i błękitne kopuły pałaców biskupich. Całe Górne Miasto, skąpane w promieniach południowego słońca, zdawało wznosić się do samych niebios. Jednak wjeżdżając przez Bramę Rzeźniczą, będącą [zbędny imiesłów] miejskim odpowiednikiem drzwi dla służby, Sven mógł zaznajomić się z mniej uroczą stroną metropolii, o której próżno było szukać wzmianki w pieśniach i trenach.

Z powyższego zdania wynika, że:
a. Sven nie znał mniej uroczej metropolii (bo mógł się z nią zapoznać);
b. o metropolii nie wspominały pieśni i treny (chociaż zwana była Bożym Grodem).
Trochę to zaskakujące…

Pozbawione jakiejkolwiek sensownej formy odprowadzania ścieków Dolne Miasto tonęło w brudzie i smrodzie. Śmieci, odpady z pobliskich rzeźni, martwe szczury, odchody ludzkie i zwierzęce zalegały w rynsztokach, tworząc trudną do zniesienia mieszankę aromatów, która na nieprzyzwyczajonych podróżnych działała niczym dobrze wymierzony cios obuchem między oczy. [Bo gdyby owa mieszanka aromatów była źle wymierzona, nie podziałałaby? Obawiam się, że to finezyjne porównanie nieco jednak oddala się od kwestii zapachowych => zapach (tu smród ironicznie nazwany aromatem) działa we wszystkie strony, co wyklucza konieczność dobrego celowania – wystarczy zgrubne wejście w zasięg i dostanie się w nos. Zawiodła spójność porównania, Autorze. Przez nadmiar słów.]

Od czasu do czasu lekki wietrzyk od strony rzeki wzbogacał ten wyjątkowy bukiet o nie mniej atrakcyjny zapach gnijących ryb i wodorostów. Efekt powodował natychmiastowe łzawienie oczu oraz obłażenie emalii z rycerskich tarcz i zbroi. Sven nie po raz pierwszy pomyślał, że gdyby zapach można było zapakować w jakieś pojemniki i przetransportować na pole bitwy, armia Gottburga nigdy nie zostałaby pokonana. [Armia jednak została pokonana, co nie ma absolutnie żadnego znaczenia dla fabuły, podobnie jak przemyślenia Svena…]
Przyjrzyjmy się przeczytanemu akapitowi. Zawiera opis miasta, zwłaszcza tej biednej części. Malowniczy, nie powiem. Znaczy, po przedstawieniu rumaka (niezwykle istotnego dla przeżycia) oraz bohatera (który za owego konia zapłacił sporo, pewnie żeby przeżyć i ocalić swoją gładką skórę i równie gładkie lico) zapoznajemy się z miejscem akcji…
Ach, nie. Przepraszam. Dolne Miasto (śmierdzące czy nie) w dalszym ciągu opowieści już nie wystąpi. Zatem po co, Autorze, zapoznajesz mnie tak dokładnie z miejscem, które nie ma absolutnie nic wspólnego z akcją rozgrywającą się nieco dalej?
To też – niestety – pytanie retoryczne.

On sam nie zwracał na wszechobecny smród najmniejszej uwagi. Urodził i wychował się właśnie tutaj, w jednym z zaułków Dolnego Miasta. Matka, której nigdy nie poznał, miała na tyle dobre serce, że po porodzie podrzuciła go na próg przytułku, zamiast zwyczajowo udusić pępowiną i wyrzucić do rynsztoka. Sierociniec prowadzony przez braci zakonnych okazał się, co prawda ekskluzywnym burdelem dla klientów gustujących w niedojrzałych owocach, jednak nawet zakonnicy nie zmuszali do prostytucji dzieci poniżej pewnego wieku, a Svenowi udało się zwiać, zanim skończył siedem lat. Od tamtego czasu żył na ulicy, żebrząc, kradnąc lub naciągając przyjezdnych, osiągając w tym prawdziwe mistrzostwo. Zręczność i szczęście opuściły go tylko raz, gdy postanowił odciąć sakiewkę czarnobrodemu marynarzowi, który pewnego dnia pojawił się w porcie. Był to właśnie Guntar. Zasadniczo, na ulicach Gottburga złodziej mógł się pomylić tylko raz. Pospolity ulicznik nie mógł sobie pozwolić na kosztowny odpust, a zwyczajową pokutą za kradzież było obcięcie obu dłoni. O dziwo, przybysz, który w krytycznym momencie złapał Svena za rękę nie zatłukł go na miejscu, ani nie wydał straży świątynnej. Powiedział tylko, że taki talent nie powinien marnować się w dokach i zabrał chłopca ze sobą.

Dowiadujemy się, że miasto opisane wcześniej było miejscem dorastania bohatera. Plus trochę elementów biograficznych, z których wynika, że bohater to mistrz kradzieży, naciągania i żebractwa. Świetnie. Czy choć jedna z tych umiejętności będzie miała znaczenie w fabule? Łatwo domyślić się odpowiedzi, prawda?

Ściągnij tekst:
Strony: 12345

Powiązane wpisy

Znów to nasze geopolityczne położenie…
Recenzje fantastyczne - 26 listopada 2012

Tomasz Kołodziejczak Czerwona mgła Wydawca: Fabryka Słów Data wydania: 23 listopada 2012 Stron:…

Konkurs Filmowy Dni Fantastyki
Konkursy - 12 kwietnia 2013

Organizatorzy Dni Fantastyki we Wrocławiu ogłosili konkurs filmowy o statuetkę Smoka na najlepszy film pt. „Projekt…

Kregulcowe Dni: Uczta Bogów
Aktualności - 12 kwietnia 2019

Kregulcowe Dni są imprezą zrodzoną z inicjatywy Klubu Fantastyki Kregulec, którego mottem…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!