Wownik „Koń Ferdynand i jego brzuch”

ZakuŻona Planeta Fahrenheit Crew - 26 września 2013

Jak można się domyślić i sprawdzić, jeśli ktoś nie wierzy, do ZakuŻonej Planety arcydzieł nie bierzemy. Wolimy je za grubą kasę spylać bogatym hamerykańskim wydawnictwom. Mimo to poniższy tekst na swój sposób (ten sam, co pozostałe odkuŻane teksty) jest arcydziełem. Bo jest dogłębnie i kompletnie do niczego. By jednak niepotrzebnie nie zniechęcać… do rzeczy.

By nieco zachęcić, pozwolę sobie nadmienić, iż moim zdaniem jest to dramat hipisowsko-hippiczny z dyskretnymi odwołaniami do aktualnych skandali obyczajowych z udziałem duchowieństwa oraz – last but not least – zgrabnymi nawiązaniami do klasyki kina sf.

 

Koń Ferdynand i jego brzuch

 

Ksiądz [Mam złudną nadzieję, iż fakt, że bohater jest księdzem, będzie miał istotne znaczenie dla fabuły] Albert szedł po pustyni w stronę zachodzącego słońca [Wściekle dobry, awangardowy początek – zwykle fabuły kończą się odjazdem w stronę zachodzącego słońca a tu buch! – początek], gdy nagle [Sic – ale o tym za chwilę] spostrzegł pięknego, białego konia, który stał na pagórku [Sic], obok jednego z niewielu kaktusów w okolicy [W okolicy jest niewiele kaktusów… znaczy, pustynia, tak? Konia (ale nie tego) z rzędem temu, kogo zaskoczy na pustyni widok konia stojącego na szczycie pagórka, czyli widocznego raczej ze sporej odległości. Obrazowanie siada już w pierwszym akapicie. I dobrze radzę, nie nastawiajcie się na to, że wstanie przed końcem. Czepiasz się, ksiądz idzie po pustyni i widzi konia. W dodatku zaparkowanego koło kaktusa. Pierwsze, co mi przychodzi na myśl, to fatamorgana. Drugie – przedawkowane wino mszalne].

Mężczyzna podszedł do niego i pogłaskał po jasnej grzywie. Koń parsknął z radości, po czym zaczął biegać wokół księdza.

Tu po raz pierwszy pojawia się w mej głowie myśl, że autor na koniach zna się tak, jak ja na frezowaniu na maszynach numerycznych CNC. I że bohatersko zaniechał pogłębienia swej wiedzy, omijając szerokim łukiem takie hasła jak kłus, galop lub cwał. Myśl ta ściśle związana jest z wizją konia biegającego na dwóch nogach (dla ułatwienia, tylnych). Dla ludzi, którzy nie mieli styczności z końmi, jest oczywistym, że koń zachowuje się tak samo jak pies.

Po krótkiej chwili, spędzonej na zabawie [Ksiądz się zabawia z koniem, taaaak], mężczyzna zabrał konia do swojego domu [Przerywając tym samym sielski spacerek w stronę zachodzącego słońca i porzucając myśli samobójcze – teraz miał dla kogo żyć! Wiadomo, z koniem raźniej na plebanii. A dlaczego nie? Z braku kobiety dobry i koń]. Przygotował dla niego specjalną zagrodę [W domu! Pewnie skoro hojni pustynni parafianie złożyli się na sporą hacjendę dla padre, to i padok da się zorganizować. Najlepiej w salonie] i zrobił mu pyszne jedzenie [Na przystawkę tościki z grzybami i niebieskim serem, krem z borowików, placek po węgiersku i na deser crème brûlée – konie to po prostu uwielbiają! Antropomorfizacja konia, która postępuje, umacnia mnie w poglądzie, że wszystkiemu winien celibat].

W środku nocy księdza Alberta zbudziły dźwięki, które dochodziły [Zaczynam podejrzewać, ze autor nie lubi, albo nawet nie zna, imiesłowów] ze stajni [Wyrosła w nocy, pewnie z kaktusa, a koń, wiadomo, lunatyk. Nigdzie nie jest napisane, że ksiądz nie miał wcześniej stajni. Obowiązuje zasada domniemania niewinności. To znaczy architektonicznej spójności obejścia. Jak docierałby z sakramentami do parafian? Piechotą przez pustynię? Hm, tak właśnie poruszał się w chwili, kiedy go poznaliśmy…]. Mężczyzna z przerażeniem zbiegł na dół [Stajnia… była pod ziemią? Nie, to willa była piętrowa. Pewnie wybudowana przed nastaniem kościoła ubogiego papy Franciszka] i dostrzegł leżącego na ziemi konia [Grzybki były nieświeże?]. Kiedy podszedł do niego bliżej, zdał sobie sprawę, że koń bardzo ciężko oddycha [Nie dość, że w trymiga zbudował koniowi zagrodę… tfu, stajnię, nie dość, że wkopaną w ziemię, to jeszcze na tyle wielką, że musiał do konia podejść bliżej, by zauważyć, że ciężko oddycha. Fiu-fiu, toż to nie ksiądz, a anioł wszechmocny jakiś. Może po prostu w pośpiechu zapomniał z góry okularów. Raczej aparatu słuchowego]. Pośpiesznie zadzwonił do pobliskiego weterynarza [Wody może i na pustyni brak, ale weterynarzy ci u nas dostatek. I zasięg też jest], który [Jeno przecinków jakoś skąpo. Kryzys. Mam koncepcję – autor unika imiesłowów świadomie, bo przerażają go zasady interpunkcyjne z nimi związane] słysząc historię księdza [Ha ha, mówiłem? Pal licho konia, historia księdza o tym, jak magicznie wyczarowuje stajnię, a zapewne również o jego dawniejszych wyczynach…], przyjechał najszybciej jak tylko się dało [… była o wiele ciekawsza, to właśnie skusiło weterynarza do odwiedzin!].

Weterynarz Kacper [Wykonujący zawód w spółce partnerskiej z Melchiorem i Baltazarem, nazwisko do wiadomości redakcji] zbadał konia i ustawił się tuż za nim. [Żeby koń mógł mu wypłacić kopa za usługę. A może wyświadczyć mu w zamian usługę innego rodzaju?] Ksiądz Albert był nieco zdziwiony całą sytuacją [My też jesteśmy]. Kacper wytłumaczył mu, że koń jest w ciąży i zaraz urodzi źrebaka.

Świat mi się wywrócił. Normalnie do góry nogami. Cóż za nieoczekiwany zwrot fabularny, zamiast konia – konica. Klacz, znaczy się. Niesamowite. Ależ mnie autor zrobił w konia!

Księżulo na zwierzętach się zna, bo dalej stoi, że miał ich sporo. Znajduje konia i zabiera do domu. Koń przyjazny, a chłop ani mu w zęby nie zajrzy, ani kopyt nie sprawdzi. Nie dziwota, że nie zauważył, że koniowi pod słabizną nic męskiego nie wisi, za to zwierzę ma podejrzanie spory brzuch, o wielkości wskazującej na istnienie lokatora. No dobra, Albert jest księdzem, nie zna się, nie rozumie. Wiadomo, celibat i te sprawy, ksiądz ma po prostu zasadnicze braki informacyjne. Ale weterynarz?! Wchodzi, widzi leżącego konia z wielkim brzuchem i musi go zbadać, by ustalić, że to źrebiąca się klacz?

Jest jeszcze jedno rozwiązanie. Autor zna się na koniach tak dobrze, jak ksiądz Albert. Ja bym na nie postawiła. Poza tym, może weterynarz zobaczył już główkę?

Kąciki ust księdza Alberta uniosły się do góry ukazując równe, białe zęby [Łał, hippo-wampir pedofil. Będzie wbijał kły w szyję źrebaka i spijał jego krew! A może zęby księdza wcale nie mają żadnego znaczenia dla fabuły, hmmm? W trudnych pustynnych warunkach przynajmniej mógł je codziennie piaskować].

Po dłuższej chwili oczekiwań [Innym klaczom cała nocka na tym schodzi… ale to pewnie cudowny wpływ księdza], na świat przyszedł mały, brązowy źrebaczek. Kacper i Albert zaczęli szykować dla niego miejsce tak, aby mógł leżeć obok mamy.

Ściągnij tekst:
Strony: 123456

Powiązane wpisy

Mija 30 lat od premiery filmowej „Akiry”
Film i muzyka - 16 lipca 2018

30 rocznica premiery filmowej adaptacji mangi „Akira” autorstwa Katsuhiro Ōtomo.

Andrzej W. Sawicki „Aposiopesis”
Ksiażki fantastyczne - 29 czerwca 2014

Autor: Andrzej W. Sawicki Tytuł: Aposiopesis Seria: Horyzonty zdarzeń Wydawca: Rebis, lipiec…

Eugeniusz Dębski „Raptowny fartu brak”
Ksiażki fantastyczne - 12 maja 2009

Fabryka Słów Fartu brak? Czarta znak! Bywa, że przeznaczenie, na autostradzie losu rozbija się…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!