Wownik „Koń Ferdynand i jego brzuch” (2)

ZakuŻona Planeta Fahrenheit Crew - 26 września 2013

– Ale jest piękny – powiedział ksiądz.

– Jak go nazwiesz, ojcze? – zapytał weterynarz Kacper [Żebyśmy przypadkiem nie pomylili go z jednym ze wspólników, przypomina nam się, jak ma na imię].

– Ferdynand – odparł Albert, po czym wrócił do ugniatania ziemi [Celem przygotowania miejsca dla źrebaka, taaak. W gotowej stajni ubite klepisko było tylko w miejscu, gdzie stała klacz. Ciekawe. A nie wystarczyło by słomy narzucić?] dla dzielnego [Urodził się! Ależ to bohater!] konia Ferdynanda [Oj tam, jak Ferdynand, to się rozumie samo przez się, że wspaniały!].

 

□   □   □

 

Młody źrebak [Dla odróżnienia od starych źrebaków] rósł w niewyobrażalnym tempie [Bo to był Obcy – pasażer klaczy w kamuflażu gatunkowym. Przy okazji dowiadujemy się między wierszami że niewypowiedziane imię matki to Nostromo]. Po kilku dniach dogonił już wzrostem swoją matkę [Ani chybi ksiądz-cudotwórca. Mnie tylko pozostaje mieć nadzieję, że cudownie szybki wzrost źrebaka będzie miał istotne znaczenie dla fabuły. Choć obawiam się, że nadzieja ta okaże się płonna]. Ksiądz Albert ze wszystkich zwierząt, które posiadał (a miał ich sporo) najlepiej traktował Ferdynanda. Codziennie podawał mu jedzenie z najwyższej półki [Co wymagało mozolnego wspinania się na drabinę i ryzykownych akrobacji z workiem w drodze powrotnej. Ale było po prostu konieczne, crème brûlée musiał trzymać na najwyższej półce najwyższego regału, bo inaczej niedokarmione zwierzaki wyżrą], wyprowadzał go na pobliską polanę [Polana na pustyni, grejt! Ojtam, może sobie zamówił rozkładaną trawę. A może po to jest księdzem, żeby otaczały go liczne dowody Boskiej łaski. Która, odmiennie od pańskiej, na pstrym koniu nie jeździ], gdzie czesał jego piękną, brązową grzywę [Reszty konia nie wyczesywał, bo po co. Pony miały tylko grzywy do czesania. Złe nawyki zostają na całe życie].

Inne zwierzęta bardzo zazdrościły Ferdynandowi, że jest tak dobrze traktowany [Zapewne z powodu francuskiego deseru]. Uznały, że skoro jest nowym członkiem stada, to ksiądz Albert nie powinien, aż dobrze o niego dbać [Wiadomo, jak wszędzie – każdego nowego kota należy ostro przycisnąć, fala rządzi! Wystarczyłoby dbanie o nowego aż przeciętnie]. Znielubiły, a nawet znienawidziły konia Ferdynanda [Dało się to wyczuć, bo atmosfera w stajni stała się gęsta. Od antypatii].

Pewnego dnia, zaraz po tym jak ksiądz Albert zabrał konia na polankę [Na tej pustyni to pewnie gdzieś bardzo daleko], wszystkie zwierzęta spotkały się w stodole [Ciekawe po co księdzu stodoła na pustyni, gdzie zboże i siano raczej są towarem deficytowym. Jak to po co? Żeby zwierzęta miały gdzie spiskować, ot, co], aby zdecydować o losach młodego konia.

– Witam – powiedział paw Maciej [Paw na pustyni. Że już ni wspomnę, iż w księżej stodole! A, to fantastyka], który był przywódcą zwierząt księdza Alberta. Kilka tygodni wcześniej został wybrany na drugą kadencję [Fala falą, ale demokracja musi być]. – Zebraliśmy się, aby zdecydować, co mamy zrobić z naszym biednym [Niby nienawidzą, ale potrafią mu współczuć, że sierść na grzbiecie nigdy niewyczesana] koniem Ferdynandem.

– Pozbyć się go! – krzyknęła jedna ze świń [A to nazistowska świnia! Od razu Ostateczne Rozwiązanie Kwestii Biednego Ferdynanda…].

Zwierzęta zaczęły gwizdać i wiwatować, ponieważ bardzo im się spodobała propozycja świni [Świnie].

– Musimy przeprowadzić głosowanie – powiedział T [Dobre, wręcz awangardowe imię. I słusznie, bo T-Rexa już bym nie zdzierżył], który był owczarkiem niemieckim. Odpowiadał on [Ten T, nie tamten T, żebyście przypadkiem nie pomylili] za porządek wśród zwierząt [Och, jak Niemiec, to już Ordnung muß sein i za porządek odpowiadać, tak? Oj tam, jak to pies pasterski. Twoje skojarzenia są krzywdząco stereotypowe. T to pewnie jakiś skrót, np. od Trzpiota, bo trochę sobie nie wyobrażam, jak ksiądz by to wokalizował. Chociaż, może po prostu: „Te, do budy!”].

– A ona nic mu nie powie? – zapytał kogut Stefan wskazując na matkę Ferdynanda, która stała w samym rogu stodoły [Co ona robi w stodole, skoro ksiądz specjalnie dla niej wybudował zagrodę-stajnię w piwnicy swego domu? Nawet jeśli zwierzęta wybrały stodołę tylko jako miejsce swego zebrania, to po co holowały tu matkę Ferdynanda? Pałam nadzieją, że będzie to miało jakieś sprytne znaczenie dla fabuły. No, przecież jest demokracja. Musiały choćby dla pozoru dopuścić ją do głosu].

– Jest już stara i głucha [Ile lat minęło od chwili, gdy ksiądz znalazł klacz? Przecież źrebak w kilka dni wyrósł na dorosłego konia. Potem tylko bla bla bla: polanki, czesanie grzywy i crème brûlée. Trwało to lata całe, by zwierzęta z  zazdrości znienawidziły Ferdynanda? Do grzechów autora dochodzi kolejny – nie  panuje nad chronologią. Urodziła Obcego i wyssał z niej młodość. I tak ma dobrze, bo z życiem uszła] – odparł T. – Głosujemy. Kto jest za tym, aby pozbyć się Ferdynanda z naszego stada?

Nagle zwierzęta wydały z siebie okrzyki radości. Koty zaczęły miałczeć [Miał, miał, coś ty kotku miał? Miałem ja miseczkę mleczka, teraz pusta jest miseczka, a jeszcze bym chciał…], psy szczekać, koguty piać, krowy muczeć… [A gdzie świnie, kaczki, indyki, perliczki, osiołki, byki i reszta tałatajstwa? A paw? Jak robi paw Maciej?] wszyscy byli za tym, żeby wyrzucić Ferdynanda [E, ludzkie pany. Ja ich posądzałam o chęć dokonania kolektywnego mordu. Za dużo Pokłosia].

– A więc przegłosowane [Kiepski jednak ten Niemiec, a dla porządku zapytać, kto przeciw, kto się wstrzymał, to kto ma – mama   Ferdynanda? To się nazywa – przejście wniosku przez aklamację. Jesteś pewna, że matka Ferdka też była za? Za –głuszona.] – krzyknął T, i tym samym uciszył resztę zwierząt. – Tylko jak my to zrobimy? [Bezradność tego Niemca jest rozbrajająca. Obcego – jak udowadniają liczne filmy – niełatwo wyrzucić z pokładu. Tym bardziej z obejścia. Nooo, mogli ściągnąć Ripley. Z własnym kotem? Bez konsultacji z pawiem Maciejem? Poza tym może akurat była rozpuszczona. Czas akcji jest wszak nieokreślony

– Mam pewien pomysł – odparł paw Maciej, po czym zaczął opowiadać innym [Zwykle opowiadał o swych pomysłach samemu sobie, ale tym razem postanowił zrobić wyjątek] swój wspaniały plan [Nikogo nie zdziwiło, że miał go z góry na podorędziu. Bo że plan był wspaniały, to oczywiste – w końcu dotyczył eliminacji Ferdynanda Wspaniałego].

 

□   □   □

 

Koń Ferdynand właśnie wracał z polanki [gdzie chronił się przed toksycznym uczuciem księdza Alberta, bo już go grzywa bolała], kiedy zauważył, że T biegnie w jego stronę. Bardzo lubił T [T bardzo lubił T. Tetetka! T z pewnością bardzo lubił T. Wszystko, co o nim wiemy, wskazuje na samouwielbienie]. Brał go za mądrego, inteligentnego i sprytnego psa [W rzeczywistości T był głupi, głupi i jeszcze raz głupi. Co zostało udowodnione powyżej i… poniżej również]. Uważał, że mógłby się z nim zaprzyjaźnić [Gdyby tylko mu się zachciało, ale nie, co się będzie bratał z pospólstwem. Gdyby nie ta gęsta atmosfera antypatii. Wszyscy mamy swoje złudzenia].

Ściągnij tekst:
Strony: 123456

Mogą Cię zainteresować

Jacek Komuda „Czarna bandera, wyd.2”
Fantastyka Jacek Komuda - 20 maja 2010

Fabryka Słów Jak powszechnie wiadomo, polski szlachcic, prawdziwy Sarmata na morzu, to widok raczej…

Zapowiedź wrześniowego numeru Nowej Fantastyki
Aktualności Fahrenheit Crew - 3 września 2012

We wrześniowej Nowej Fantastyce, oprócz tradycyjnych zapowiedzi i recenzji, znajdziecie:   PUBLICYSTYKA JĘZYK EINSTEINA…

Konkurs apokaliptyczny – wyniki!
Konkursy Fahrenheit Crew - 18 listopada 2013

Konkurs apokaliptyczny już za nami, więc czas wyłonić zwycięzcę. Jednak zanim Wasza ulubiona Redakcja…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!