Wownik „Koń Ferdynand i jego brzuch” (4)

ZakuŻona Planeta Fahrenheit Crew - 26 września 2013

– Przestań! Po prostu jesteś zazdrosna, że chcą mnie przyjąć do siebie.

Ooo, to ciekawe! Bo przecież właściwie dlaczego matka miałaby być znielubiona przez resztę zwierząt? Ksiądz nie traktuje jej przecież lepiej od nich. Na polankę nie prowadza, grzywy nie czesze, crème brûlée dostała tylko raz… Ale porodziła Syna… Guilty by association

– Nieprawda. Oni cię nienawidzą za to, że Albert tak o ciebie dba.

– Kłamiesz! – krzyknął Ferdynand i nie mogąc dłużej słuchać matki, wybiegł przez bramę prosto w stronę najbliższego dębu [Jak każdy młody koń, kontestował wszystko, co mówili rodzice, dla samej zasady].

Przynajmniej tak mu się wydawało [Dawno nie pił i był mocno odwodniony, dlatego zaczynał mieć zwidy. Myślisz, że ksiądz mu tym razem nie zaserwował kaktusowego Chateuax Laffite ’48 do kolacji?].

 

□   □   □

 

Ferdynand biegł przez ponad godzinę [Sprawdził na zegarku przystosowanym do pustynnych warunków – prezencie od księdza Alberta]. Chciał się znaleźć jak najdalej od osób, które go nie rozumieją [To Albert też go nie rozumiał? A może gospodyni księdza plebana? No przecież, że tak – nie znają końskiego]. W końcu zaczął odczuwać zmęczenie i głód [Ale dopiero zaczął, nie ma strachu]. Schronienie znalazł pod drzewem, które rosło pośrodku wielkiej pustyni [Może to jest Pustynia Błędowska?].

Koń od razu odskoczył, gdy tylko jego ciało dotknęło tego jedynego drzewa [Tak się rozpędził, że mimo narastającego zmęczenia nie zdołał wyhamować i zaliczył czołówkę].

– Dziwne. Kłuje – odparł [Wiem, odparł to drzewo! Jego atak!] Ferdynand, po czym spojrzał na niebo pełne białych kropek – Chciałbym mieć prawdziwego przyjaciela [Kłujące drzewo + białe kropki na niebie = potrzeba przyjaźni. Niektórzy widują wieczne truskawkowe pola, inni Lucy na niebie, a świat ma, Ferdynandzie, tylko kłujące drzewa i białe punkciki dla ciebie].

 

□   □   □

 

Następnego dnia Ferdynanda obudził potworny ból brzucha [Nie jadł kolacji. A nie deklarował zamiaru spożycia przed wyprawą? Kiedy to było…]. Żałował, że nie ma nigdzie w pobliżu księdza Alberta [Eee tam, godzinka drogi do zagrody], który przyszykowałby mu pyszne jedzenie [Nie powiem, crème brûlée też bym wciągnął]. Ledwo wstał na nogi i ruszył w dalszą drogę przez pustynię [Mięczak, parę godzin nie jadł i już ledwie żyje. Drobnomieszczańskie nawyki, ot, co].

Po kilku godzinach zdał sobie sprawę, że nie wytrzyma dłużej bez porządnego jedzenia [Bo nieporządne żarcie mu nie odpowiadało – słusznie, też bym nie chciał podróżować na diecie składającej się z piasku, kaktusowych kolców i pustynnych robali].

– Mógłbyś przestać! – krzyknął Ferdynand na swój brzuch. – Chcę się skupić na drodze [Ale się łatwo rozprasza! Ten etap halucynacji, gdy już zaczyna się gawędzić z częściami własnego ciała!].

Koń przeszedł jeszcze kilka kroków, po czym padł na piasek z głodu [Pomyliłem się jednak, to Pustynia Głodowska, zrobiona z piasku, a piasek… zrobiony z głodu. Dobrze, że nie z pragnienia].

– No proszę… przestań.

– Postaram się.

– Co to? – zdziwił się Ferdynand. – Kto tu jest? Mówić! Natychmiast! [Ferdek w chwilach wielkiego stresu mówi bezokolicznikami

– Tu, na dole – odparł głos.

Koń zaczął rozglądać się dookoła [Gdybyż tylko autor się też rozglądnął, niekoniecznie dookoła, wystarczyłby ten wycinek rzeczywistości, który mieści w sobie słownik. Teoretycznie mógł się rozejrzeć tylko w jedną stronę, nie? W dół i tak nie popatrzył, mimo sugestii interlokutora. Jeżeli chodzi o trudności komunikacyjne protagonisty, autor jest konsekwentny. Do bólu] jednak nic, ani nikogo nie widział.

– Tu ty koński łbie! [A, to jednak koń ma łeb, a nie głowę! I diabli wzięli konsekwencję… W kontekście późniejszej wymiany zdań stwierdzam, że głos solidnie Ferynandowi dosrał] – tym razem głos był znaczniej głośniejszy [Dostrzegam wzmożoną emisję… a może to tylko pogłos? Wyraźniej słyszalny nie mógł być. Najwyraźniej].

– Nie widzę cię – powiedział koń, choć sam nie wiedział do kogo [Nie widzę generała! Nie widzę zbójników. Muszę widzieć generała! Muszę widzieć zbójników. Uważam was za bandytów i nie mogę wam wierzyć. A jaką mam gwarancję? Żadnej. W każdej chwili mogę ich sam uwolnić. A wtedy dwór cesarski będzie w żałobie po wielkim generale i jego dzielnym adiutancie. Cytat nie do końca adekwatny, mniej więcej odzwierciedlający logiczną strukturę tekstu. I – w przeciwieństwie do niego – fajny].

– Och no weź [Tu wstaw wulgaryzm. Albo: bitch, please]. To ja. Twój brzuch.

Koń Ferdynand zrobił zdziwioną minę i pochylił głowę, żeby spojrzeć czy to rzeczywiście jego brzuch [A tu niespodzianka, to brzuch jego mamy! Na powitanie wychyliła się główka kolejnego Obcego].

– Ale jak to?

– No normalnie – powiedział brzuch [Co, gadającego brzucha nie widziałeś? Prowincjonalna chabeto o ciasnych horyzontach, co nie sięgają poza żłób! I poza francuskie desery, oczywiście. Których nie serwuje się wszak w żłobie, zagalopowałam się]. – Ciągle krzyczałeś, że jesteś głodny no to musiałem zareagować [Nudne to już było. Choć nawet w przybliżeniu nie tak bardzo jak ten tekst].

– To jest możliwe?

– Nie durny koniu! To tylko twoja posrana wyobraźnia [Głos rozsądku. Pewnie się posrała z głodu. Choć to podobno jeszcze nikomu się nie przydarzyło, jak mówi mądrość ludowa. Ale w końcu to fantastyka].

– Dlaczego się wyrażasz?

– Bo jesteś głodny.

Ferdynand nie mógł uwierzyć, że rozmawia ze swoim brzuchem. Wymienił z nim jeszcze kilka zdań, tak aby się upewnić [I z każdym słowem imaginacja nabierała realności], i ruszył w dalszą drogę.

Przez cały czas rozmawiał ze swoim brzuchem, dzięki czemu zapomniał o tym, że jest głodny i zmęczony [Nakarmił się frazesami? Brukselki to tam nie było. Jak się nie ma, co się lubi, to się łudzi, że się ma]. Brzuch opowiedział mu, ze tak naprawdę zawsze był przy nim. Od początku jego narodzin [Od pierwszych skurczy porodowych], aż po dzień dzisiejszy.

– To pomożesz mi znaleźć liść dębu? [Jak wiadomo, szukaj okiem, a nie brzuchem, ale kto by się przejmował logiką? Na tym etapie?] – zapytał się Ferdynand.

– Stary, oni cię wychujali. Chcieli się ciebie po prostu pozbyć. Byli zazdrośni. Musimy tam wrócić, bo inaczej umrzemy z głodu.

– Ojej… a mama próbowała mnie powstrzymać. Wy wszyscy wiedzieliście, a ja się nie słuchałem. Dzięki… a tak właściwie, to jak ty masz na imię? [Pół dnia nawijamy, a ja nie wiem. To może brudzia? Logistycznie może być ciężko. Logistyka, logika, jeden czort

Ściągnij tekst:
Strony: 123456

Mogą Cię zainteresować

Premiera „Doktora Strange”
Film i muzyka MAT - 26 października 2016

Dzisiaj na ekrany kin trafia kolejny obraz będący adaptacją klasycznej serii komiksowej z Uniwersum…

Dzień Darmowego Komiksu 2018
Komiks MAT - 5 maja 2018

W pierwszą sobotę maja przypada Dzień Darmowego Komiksu (Free Comic Book Day).…

Michał Gołkowski „Bogowie Pustyni”

Zapowiedź kolejnej książki Michała Gołkowskiego pt. „Bogowie Pustyni”.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!