Wownik „Koń Ferdynand i jego brzuch” (5)

ZakuŻona Planeta Fahrenheit Crew - 26 września 2013

– Ja? – zdziwił się brzuch Ferdynanda. – Ja, mam na imię… Brzuch.

– Miło cię poznać Brzuch. Jesteś moim prawdziwym przyjacielem, choć za dużo bluźnisz.

– Spierdalaj [To jest naprawdę, ale to naprawdę najlepszy tekścior w całym… tekście].

Koń Ferdynand wiedział, że w końcu odnalazł prawdziwego przyjaciela. Pragnął tylko znaleźć się już w domu, żeby wraz z Brzuchem zjeść obfitą kolację [Każdy pozbawiony przyjaciół koń może nawiązać bliską relację z własnym narządem! Normalnie Cohelo Folwarku Zwierzęcego!].

 

□   □   □

 

Następne trzy dni minęły na zabawie w skojarzenia.

Nawet się cieszę, że autor nie rozwinął tej jakże głębokiej i adekwatnej do sytuacji myśli. Jeszcze bym się dowiedział, że z braku wody pił te skojarzenia… Zaraz, zaraz. Biegł najpierw ponad godzinę, potem ledwo się wlókł jeszcze kilka, a wraca trzy dni? Coś tu się, z przeproszeniem, kupy nie dzierży… Bo on nadal liścia szuka. Misja droższa żarcia!

 

□   □   □

Podczas piątego dnia tułaczki [Ja rozumiem, że rozmowa z Brzuchem była tak fascynująca, że głód i pragnienie poszły w zapomnienie. Ale powyżej jest napisane (dość nieporadnie), że cztery dni temu koń z głodu padał z nóg. A potem znów wędruje?] Ferdynand przypomniał sobie o bolącym brzuchu [Dziwne, gada z nim non stop, a dopiero teraz sobie o nim przypomina? Bo on z nim gadał jak równy z równym. Ignorował jego podrzędność wobec swego jestestwa, póki mógł. Tak, wiem, to bez sensu].

– Boli – poskarżył się swojemu przyjacielowi.

– Nic już na to nie poradzę [Wcześniej poradził? Zagadał go. Ale to działa tylko przez jakiś czas. Najwyraźniej maksymalnie 120 godzin].

Chodzili jeszcze przed kilka godzin, gdy nagle dostrzegli drzewo.

Ciekawe są implikacje stwierdzenia, że brzuch chodził i brzuch dostrzegł drzewo… Brzuch jest na tym etapie głodowych halunów bytem odrębnym

– Jest! Widzę! – krzyczał [Długo tak krzyczał?] koń Ferdynand, i od razu pobiegł [Czyli niedługo] w jego stronę.

– Nie! Nie dotykaj tego!

– Dlaczego? – zdziwił się koń?

– Bo to jest kaktus. To samo drzewo [Kaktus jako drzewo. Dobrze, że koniec już się zbliża], które cię pokuło pierwszego dnia podróży – oznajmił Brzuch.

Nagle Ferdynand coś sobie przypomniał.

– Już wiem!

– Co wiesz? [Wiesz tyle, co zjesz, czyli najwyraźniej, hm, niewiele] – zapytał Brzuch, podczas gdy Ferdynand biegł co sił w kopytach [Autorze, kopyta nie są końskim rezerwuarem energii. Nie każdy jest takim specjalistą od końskiej anatomii, żeby wiedzieć, czym są, na ten przykład, pęciny. Research zaś jest dla słabych. A słownik frazeologiczny dla ostatnich mętów].

Po prawie godzinie znalazł to czego szukał.

– Czy to jest… – zaczął Brzuch.

– Tak! – przerwał mu Ferdynand. – To tutaj ksiądz Albert znalazł moją mamę [Bo odnalezienie tego miejsca było niemożebnie istotne dla zakończenia dębowolistnej misji].

Kiedy koń znalazł się na samym szczycie pagórka usłyszał ludzki głos.

– Ferdynandzie! Czekaj!

Weterynarz Kacper, który od kilku dni pomagał księdzu Albertowi w poszukiwaniach jego ulubieńca [Urzekła mnie twoja historia, księże Albercie. Ksiądz porzucił cały inwentarz i ruszył łapać zbiegłą ofiarę swego afektu…] gdy tylko spostrzegł konia, od razu do niego podbiegł i zaprowadził do domu swojego przyjaciela [Czyli to nie jest pierwszy lepszy weterynarz z okolicy, tylko przyjaciel! Nic tak nie cementuje więzi, jak wspólne odebranie porodu!].

 

***

 

Ferdynand był w niebo wzięty [Ja zasadniczo jestem p rzera żony]. W końcu znalazł przyjaciela. W końcu znalazł dom. W końcu był szczęśliwy.

Ksiądz Albert rzucił się na szyję Ferdynanda i wplótł swojej dłonie w jego piękną, brązową i pełną piasku grzywę [Eee, tyle dni nie czesał, to chyba jednak nie taka piękna, co? Fetysz zawsze jest piękny w oczach fetyszysty. Przynajmniej tak słyszałam].

Zaprowadził go do stajni i przygotował wspaniały posiłek [No, na-re-szcie! Pieczywo czosnkowe, rosołek, pieczeń z pustynnego dzika i crème brûlée! A jakie wina!]. Ferdynand długo się nie namyślając zaczął jeść. Jadł przez kilka minut, by w końcu upić łyk wody z drewnianego wiadra [Pięć dni nie pił. To jednak twardziel! Kultura przede wszystkim].

– Ale się najadłem – oznajmił Ferdynand. – A ty jak?

Ferdynand nie usłyszał żadnej odpowiedzi.

– Brzuch, co jest? Ty się nie najadłeś?

Bez odpowiedzi.

– Brzuch! Nie rób mi tego! Proszę, powiedz coś. Zabluźnij [On to chyba lubi], proszę. Brzuch!

Jednak Ferdynand już nigdy nie usłyszał głosu swojego najlepszego przyjaciela [I bańka prysła. Nawet jemu samemu odechciało się z nim gadać. Nie żebym była zaskoczona].

 

Głównym bohaterem powyższego tekstu nie jest bynajmniej koń Ferdynand, jego brzuch, jego matka, ksiądz Albert, weterynarz Kacper ani nawet crème brûlée.

Jest nim leniwa świnia. Czemu?

Składnia leży i kwiczy. Frazeologia leży i kwiczy. Interpunkcja leży i kwiczy. Znajomość tematu przez autora (pustynie, konie) leży i kwiczy. Znajomość znaczeń słów (i to tych łatwych, codziennych, powszechnie znanych) leży i kwiczy. Budowa zdań, styl, logika, obrazowanie, konstrukcja fabuły, chronologia – wszystko leży i kwiczy. Ortografia też pokwikuje.

No to może fabuła? O czym to jest? Porównajmy treść z tytułem. Opowiadanie jest o emocjonalnej więzi nieparzystokopytnego z jego brzuchem. Do tego docieramy po wstępie, który stanowi połowę objętości tekstu. Mamy tam masę odwracających uwagę kwestii: głównego ludzkiego bohatera, który, nie wiedzieć dlaczego, jest księdzem – dla fabuły nie ma to żadnego znaczenia; cudowne znalezienie klaczy na środku pustyni (cud ten, poza tym, że jest, nie ma żadnego znaczenia dla fabuły); cudownie szybkie dorośnięcie Ferdynanda również nie niesie ze sobą żadnych wątków fabularnych, Ferdynand nie jest później żadnym cudownym koniem; wydumany konflikt z pozostałymi zwierzętami gospodarskimi, potrzebny jedynie do tego, by uzasadnić, dość mizernie, wędrówkę przez pustynię.

Aż wreszcie docieramy do najważniejszego: do rozmowy z brzuchem. Czego się dowiadujemy? Że brzuch bluzga i bawi się z Ferdynandem w skojarzenia. Po pierwszym zaspokojeniu głodu nadprogramowy bohater znika i… koniec.

O czym to jest? O Fabule, która również leży i kwiczy.

A taaaki fest pomysł się pojawił w środku, ten z wampirem pijącym krew źrebiąt! Że też autor go porzucił… Cóż, może następnym razem.

Ja bym powiedziała, że to wstrząsająca historia o syndromie sztokholmskim. Ale nie rozwinę tego, bo znowu hyr pójdzie, że my, w Cintrze, obrzydliwe są, w skojarzenia gramy i niemożliwa jest ta, no, kołogzystencja. Niechętnie przyznam się natomiast do skrywanej obawy, że autor mógł inspirować się „Folwarkiem zwierzęcym”. Implikacje ewentualnej słuszności powyższego domniemania, wobec logicznej, stylistycznej, ortograficznej, geograficznej, zoologicznej i psychologicznej mizerii efektu, byłyby bowiem zatrważające. I to nawet bardziej niż interpunkcja w omawianym tekście – a to by już było nieliche osiągnięcie. Pierwsze na koncie autora, ale raczej nie takie, o jakie by zabiegał. Poszukiwania jakiegokolwiek pozytywu w historii Ferdynanda zakończyły się porażką. Próba identyfikacji przesłania, czy choćby sensu, dała rezultat identyczny. Mówiąc brutalnie, jest to tekst o głupim, odtrąconym przez innych z racji afektu opiekuna źrebaku, który zgłodniał. Z głodu zaczął myśleć na szczątkowym poziomie, co umożliwiło mu powrót do domu (z kilkoma objazdami czasoprzestrzennymi) i najedzenie się, ale bynajmniej nie rozwiązało jego problemów społecznych. Konkluzja? Micha to nie wszystko? Z michą źle, ale bez michy jeszcze gorzej? Koń odkrywa piramidę Masłowa? Radość pisania nie przekłada się na radość czytania, mówiąc łagodnie. Papier wszystko przyjmie. Ale czytelnik niekoniecznie.

Ściągnij tekst:
Strony: 123456

Mogą Cię zainteresować

Zbiórka zabawek na Avangardzie
Aktualności Fahrenheit Crew - 29 czerwca 2009

Avangarda już za parę dni – organizatorzy przypominają o jednym z ważniejszych punktów programu konwentu.…

Jakub Ćwiek w Cieszynie
Aktualności Fahrenheit Crew - 27 marca 2017

Jutro (28 marca 2017 roku) o godzinie 17.00 w Bibliotece Miejskiej w Cieszynie (ul. Głęboka 15) rozpocznie się spotkanie…

Udany powrót do Thornu
Recenzja fantastyczna Fahrenheit Crew - 10 stycznia 2013

Aneta Jadowska Bogowie muszą być szaleni Wydawca: Fabryka Słów 2012 Stron: 454…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!