Dariusz Domagalski „Hajmdal 2. Księżyce Monarchy” – fragment

Czwartą godzinę jeździli po tym lesistym księżycu, na­potykając różnego rodzaju krabopająki, ssawkonogi, kolo­rowe płazy i gady. Wśród tych ostatnich przeważały ruchliwe osobniki z barwnymi grzebieniami na trójkątnych czaszkach. Biegały w stadach liczących kilkadziesiąt sztuk, ale gdy w pobliżu przejeżdżał transporter, zatrzymywały się jak na komendę i spoglądały z zainteresowaniem. Bishop miał wówczas wrażenie, że gapią się na pojazd jak na poten­cjalną zdobycz. Nie poprawiało mu to humoru.

Innymi przedstawicielami gadów na tym księżycu były majestatyczne olbrzymy o potężnym korpusie i długiej, wysmukłej szyi. Ich wzrost przekraczał dwadzieścia me­trów, dzięki czemu mogły żerować na najwyższych drze­wach. Przypominały Tobiasowi dinozaury żyjące na Ziemi przed milionami lat. W dzieciństwie ojciec pokazał mu hologram, który je przedstawiał. Wówczas myślał, że to tylko artystyczny wymysł, rysunek powstały na podstawie wyobraźni autora, ale potem dowiedział się, że takie stwo­rzenia rzeczywiście istniały. Jak się teraz okazało, nie tylko na Ziemi. Na słońcu wygrzewały się masywne gady z bladozielony­mi kolcami na grzbiecie. Wydawały się spokojne i łagodne, ale to były pozory, bowiem gdy tylko jakiś inny osobnik zbliżał się do nich, kolce nagle przybierały krwistoczerwo­ną barwę i gad natychmiast atakował. Zwiadowcy widzieli, jak dwa osobniki tego gatunku walczą ze sobą, i był to po­kaz, od którego włosy jeżyły się na głowie. Szybkość, siła i bezwzględność czyniły z tych istot doskonałych zabójców. Bishop objeżdżał ich leża szerokim łukiem.

Sporo również było gadów pokrytych łuskową skórą i posiadających dwie, a nawet trzy głowy. Siedziały przy wo­dopojach, czekając na ofiary. Tobias właśnie tak wyobrażał sobie legendarne smoki.

− Nie podoba mi się tutaj. – Wzdrygnął się, gdy przed wozem przemknął kolejny olbrzymi wij. Oczyma wyobraź­ni zobaczył, jak oplata go swoimi licznymi odnóżami i pró­buje pożreć. – Bardzo nie podoba.

Dwukrotnie zdarzyło się, że drogę blokowała kłoda drew­na i musieli się zatrzymać. Wówczas z tylnej części pojazdu wyskakiwali Funke, Ramos i Maharaj, żeby jak najszybciej usunąć przeszkodę. Nie chcieli zbyt długo pozostawać na ze­wnątrz. Nie tylko ze względu na parną atmosferę księżyca, przy której nawet zaduch panujący w transporterze był lep­szy, ale przede wszystkim obawiali się zagrożeń czyhających na tym tropikalnym globie. Tutaj wszystko mogło człowie­ka zabić: olbrzymie stwory o potężnych szczękach, jadowite owady, trujące rośliny i inne niebezpieczne zjawiska. Tobias nie zamierzał wystawiać nawet głowy z pojazdu.

− Niczego tu nie znajdziemy – marudził. Odyn wyraź­nie go ignorował. – Dlaczego dowództwo wysyła nas w ta­kie miejsca? Najpierw trafiliśmy na księżyc, który okazał się morzem żrącej wody. Potem na glob będący zupełnie wyja­łowionym pustkowiem, naszpikowany toksycznymi gejzera­mi. Naprawdę spodziewali się, że znajdziemy tam żywność, wodę czy jakiekolwiek zasoby?!

Pytanie było retoryczne, ale Bishop i tak zrobił pauzę, spoglądając na Odyna. Ten milczał z kamienną twarzą.

− A tutaj? – kontynuował Tobias. – Wszystko może nas zabić! Mięczaki są większe niż moja ręka, gady są w stanie nas rozdeptać, a ssaki mają kolce jadowe. Założę się, że na metr kwadratowy przypada tysiąc trujących roślin. To jakiś koszmar!

Zamilkł na chwilę, pokręcił głową i mówił dalej:

− Przed wylotem medycy ostrzegali nas, żebyśmy bez po­trzeby nie wyłazili z pojazdu i uważali na wszelkie zadrapa­nia, bo każda rana może stać się mieszkaniem dla pasoży­tów. Gdy coś takiego dostanie się do organizmu…

− Bishop – przerwał mu Odyn, łypiąc na niego swoim jedynym okiem.

− Tak?

− Zamknij ryj.

Tobias obruszył się.

− Próbuję tylko podtrzymać konwersację, która umiliła­by nam podróż.

Odyn uniósł lekko brew.

– Panikujesz jak stara baba.

− Panikuję?! – prychnął Tobias. − Ja tylko dyskutuję z moim dowódcą o potencjalnych zagrożeniach czyhają­cych na tym księżycu.

− To nie jest żadna dyskusja, Bishop – odburknął męż­czyzna. – To monolog.

− Mam prawo do wyrażenia moich obaw co do tej misji.

− Cicho! – warknął dowódca. – Przez twoje gadanie nie mogę zebrać myśli.

Tobias zerknął na Odyna, zastanawiając się, nad czym ten tak rozmyśla, ale nic nie mógł wyczytać z wyrazu jego twarzy, więc wzruszył tylko ramionami i zamilkł. Skupił się na prowadzeniu pojazdu.

Wlekli się niemiłosiernie. Opancerzony transporter roz­poznawczy, pomalowany w zgniłozielony kamuflaż, zlewał się z otoczeniem i przez postronnego obserwatora mógłby być postrzegany jako kolejne dziwne stworzenie, należące do fauny tego tropikalnego księżyca. Niezgrabnie przedzie­rał się przez leśną gęstwinę i Bishop kilkukrotnie musiał zatrzymać pojazd, zawrócić i szukać nowej drogi, klucząc między drzewami.

Silnik wył niemiłosiernie, gdy przebijali się przez zielo­ną ścianę paproci. Odpowiadał mu ryk dochodzący z głębi dżungli. Tobias wolał nawet sobie nie wyobrażać, do jakie­go zwierzęcia należał.

Po godzinie dżungla zaczęła rzednąć i między rozłoży­stymi liśćmi przebiło turkusowe niebo. Wtem ujrzeli równi­nę pokrytą wysoką trawą, która miała tutaj niebieski kolor. Bishop zatrzymał pojazd. Z osłupieniem spoglądał na ekran.

Nad trawą unosiły się dziwaczne, skórzaste kokony wiel­kości ludzkiej głowy. Zwisały z nich jakby parzydełka, lek­ko kołysane wiatrem. Workowate kokony bujały się w ciszy, w hipnotyzującym rytmie. Trudno było określić, czy to roś-liny, czy jakiś rodzaj stadnego zwierzęcia. Kolonia musiała liczyć tysiące osobników, a może nawet dziesiątki tysięcy, bo ciągnęła się aż po horyzont i nie widać było jej końca.

Zwiadowcy tak byli zafascynowani tym niesamowitym widokiem, że zupełnie nie zwrócili uwagi na ekran detek­tora ruchu, na którym pojawiła się zielona kropka, szybko zmierzająca w ich stronę. Nie zwrócili również uwagi na delikatne drgania, które coraz bardziej przybierały na sile.

− Co jest? – Bishop wreszcie się zaniepokoił.

Odyn przełączył widok na boczne kamery. Pobladł.

− Ruszaj! – krzyknął. – Natychmiast!

Ale było już za późno.

Ziemia zatrzęsła się.

Ściągnij tekst: