ISSN: 2658-2740

25 lat Fahrenheita – Adam Cebula

Ćwiara

Niewątpliwie ćwara. Kto czytał Sołżenicyna, wie, że to był standardowy wymiar wyroku w czasach ZSRR za działalność wywrotową. Cóż, okres czasu jednak nie tak długi. Da się przeżyć.

Tematem fantastyki naukowej jest wpływ techniki na życie. Świadomie opuściłem słówko „rozwoju” czy coś podobnego. Rozwój to jedna ze składowych zagadnienia. Rzeczy bowiem się mają tak, że pewne rozwiązania funkcjonują i ludzie nie mają ochoty z nich skorzystać, albo nie mają pomysłu: co tym zrobić?

Fahrenheit to sieć komputerowa. Sieć, to Unix. O tym systemie operacyjnym już mało kto pamięta. Czasy wielkich komputerów, czarnych ekranów pracujących w trybie tekstowym. Pamiętacie miękkie dyskietki? Tak? No to… jesteście dojrzali. I pewnie wychrzaniliście je na elektroniczne śmieci. Aliści na mnie i otoczeniu do dnia dzisiejszego zachowały się ślady czasów komputerowej prehistorii, to np hasła czy charakterystyczne loginy. Ktoś pamięta ograniczenia, zwłaszcza ograniczenia do ośmiu znaków?

Mam wrażenie, że Fahrenheit jest wynikiem, dzieckiem, owocem, można wymyślać jeszcze wiele określeń, fascynacji postępami otaczającej nas techniki. To była taka przygoda, jak by wejść w akcję któregoś z opowiadań Sci-Fi. Próby, wynalazki, nowe urządzenia, zupełnie nowa technologia. Rakietami nie lataliśmy, ale te fragmenty nowego świata, które się pojawiały, wykraczały momentami mocno poza to, co ledwie kilkanaście lat wcześniej pisarze w odlotach od rzeczywistości wymyślali.

Ten galopujący postęp techniczny w naszym życiu zbiegł się z rewolucją polityczną. Do roku 1989 tzw. przeciętny Kowalski mógł zapomnieć o publikowaniu. A tak, już w owych czasach technika drukarska pozwalała na mikrusie nakłady, na rodzaje drukarskiego chałupnictwa, ale to było bez uzyskania fury zezwoleń, w szczególności pieczątki prewencyjnej cenzury, przestępstwem.

Po upadku komuny wszystkie administracyjne szlabany zostały połamane. Wszyscy powtarzali, że co nie jest jawnie zabronione, można praktykować. Wydano niemal hurtem w ciągu dwu, może trzech lat wszystkie dzieła zatrzymane i przez cenzurę, i redaktorów, także takie, które wydania nie były warte. Lecz proszę mi wierzyć, wrażenie wypuszczenia nas na dzikie pola literackiej wolności nie mijało przez lata. Myślę, że potrzeba było czasu, aby do tej wolności, którą nazwałbym polityczno-literacką, doszła inna. A to pewnie ciekawe zadanie, jak ją nazwać. Chodzi o to, że literat może sobie odpuścić górne i chmurne, nie musi walczyć, za waszą i naszą, upamiętniać cierpienia, wieść lud ku… No nie wiem czemu, ale czemuś na horyzoncie, nieosiągalnemu, po drodze do czego trza ponosić ofiary.

Więc potrzeba było najmniej kilku lat, by to dotarło. Otóż powiem, że nie komercha. Że pisarz ma zarabiać, to poniekąd przyszło z reformami Balcerowicza. Nie kochani, to nie było tak, ze komercjalizacja była wynikiem ochoty po prostu napchania sobie portfela. Tak, jeszcze za czasów podziemnej Solidarności podziemne drukarnie się KOMERCJALIZOWAŁY. Bo komercja była elementem walki z komuną. Tak wierzyliśmy.

Dlatego do dnia dzisiejszego uważam, że komercjalizacja literatury, w szczególności fantastyki, to był fragment tej drogi ku czemuś na horyzoncie, oczywiście i ciernistej, i wyboistej. Bo wydawcy bankrutowali i nie płacili. A to z tego powodu, że słusznie zupełnie uważali, że pisarz pisze nie dla pieniędzy, tylko dla spełniania misji zwanej komercjalizacją. Zapłacą, czy nie, napisze znowu. Oczywiście dla idei komercjalizacji.

Fahrenheit dla swego powstania wymagał jeszcze jednego kroku. Uświadomienia sobie, że wzniosłe wartości mogą sobie być wzniosłe, wolność jak najbardziej, ale że wreszcie żadna cenzura nie przeszkadza, aby było fajnie. Przyjemność jest dozwolona. Musiało minąć trochę czasu, pewnie konieczne było, by z patriotycznych balonów uleciało powietrze, by bawienie się, robienie sobie frajdy, przyjemności, a nie choćby interesów, stało się dozwolone.

Niestety opowieści o tym, jak doszło do powstania naszego dzielnego pisma, nie będzie. Żadnych efektownych anegdotek. Owszem mogę dorzucić jeszcze trochę technicznych szczegółów. A że za sprawą stoi potrzeba łączności komputerowej między uczelniami i że zrealizowanie tego pomysłu dało techniczne możliwości by, jak to się w informatycznym żargonie mówiło (mówi?), „postawić stronę”. Zatem jakieś 6 lat przed powstaniem Fahrenheita powstaje zespół koordynacyjny Naukowej i Akademickiej Sieci Komputerowej. Mała dygresja: rzuciłem hasło spuścizny po Uniksie. Właśnie te akronimy, ze sprytnie wsadzonymi samogłoskami, które da się wymawiać czytane jak wyrazy. Wiesz, co to było PZPR? Upiór z przeszłości, ale wymawiało sie to pe-zet-pe-er, a NASK można i mówi się po prostu „nask”. To spadek po epoce włochatych programistów słuchających The Rolling Stones i czytających Stanisława Lema, ale także Władcę Pierścieni i Ursulę Kroeber Le Guin. To ta mieszanka twardej technologicznej wiedzy i poczucia humoru dawała wynik w postaci swego rodzaju humanizacji piekielnie odczłowieczonej technicznej rzeczywistości.

Przed postawieniem strony z naszym dzielnym pismem musiał być ów „nask”, musiały się zdarzyć modemy telefoniczne, łącza na koncentrykach i „tepsa” wchodząca w obsługę transmisji cyfrowej. No i jak Gieniu z Ziemskim się ugadali, że tworzą Fahrenheita, to Wrocek zalała woda zdarzająca się pono raz na tysiąc lat. Prawda o tej wodzie wylazła dość szybko na wierzch i okazało się, że gdyby kilku baranów nie postanowiło zalać Nysy przez otwarcie tzw. upustu dennego, to we Wrocku niewiele, a nawet nic by się nie stało.

Z opowieściami ta dygresja ma tyle wspólnego, że jak się dowiedziałem, trafił mnie szlag. A trafiony nim człowiek wymaga raczej pomocy, z pewnością nie będzie ani dobrym świadkiem, ani nawet gawędziarzem. Wrzeszczy, trzęsie się, nie bardzo wie, co się wkoło dzieje. No i tak przeżyłem początek naszego dzielnego pisma. Suszyłem się, suszyłem rzeczy, wyrzucałem muł, klepki parkietowe, a na literaturę i okolice przyszedł czas znacznie później.

Nie, nie sądzę, żeby ktokolwiek podjął jakąś skuteczną decyzję co do tzw. linii pisma. Konieczne regulacje tyczyły sfery technicznej. Na przykład wersji HTML-a, technologii java – script, udostępniania wpisów czytelników. Fantastyczny charakter nadali pismu ludzie, którzy się wokół niego skupili. Tak ja to widzę. Sam pisałem i pewnie będę pisał o tym, co mnie akurat zainteresowało czy zbulwersowało. Tyle że ów fantastyczny, czy fantastyczno-naukowy kontekst siedzi w ludziach, co i piszą i czytają, i tak właśnie tworzy się charakter Fahrenheita.

Jedno, co pamiętam, to że nazwę działu „paranauka i obok” wymyślił Eugeniusz Dębski.

O konfliktach, personalnych decyzjach chętnie pisze „plotek”czy „pudelek”. Jak ich tam zwał, akurat nie mam pamięci detalicznie, co i jak się działo. A nawet gdy coś niecoś wiem… Trzeba sobie zdać sprawę z tego, że działalność pisma jest całkowicie niekomercyjna. Członkowie redakcji składają się na koszty serwera. Dochodów na przestrzeni tych wielu lat nie zanotowałem żadnych.

No właśnie: jeszcze słowo o komercjalizacji. Mam wrażenie, że u samych początków były jakieś plany. To pewnie było jeszcze za czasów, gdy uważaliśmy to za ten patriotyczny wręcz obowiązek. Musiało minąć trochę czasu, musiałem dostać po głowie od ludzi, których poważałem. Aż doszło do mnie, że komercjalizacji, jak pieprzu w rosole, musi być w miarę. Zwłaszcza w okolicach popularyzacji nauki, literatury, gdy, niestety, chodzi nam o teksty pisane na jakimś poziomie, lepiej sobie dać ze staraniem o kasę spokój.

Lepiej korzystać z tej cudownej właściwości technologii cyfrowej, że koszty publikacji są właściwie żadne, zasięg ograniczony tylko chęciami czytelników, nie ma też rzeczywistych ograniczeń co do rozmiarów zwłaszcza tekstów. Z innymi typami plików związane były techniczne restrykcje, p.. zdjęcia na liście dyskusyjnej zwanej „fifką”mogły mieć bodaj najwyżej 64 kilobajty.




Pobierz tekst:
Strony: 123

Mogą Cię zainteresować

Adam Cebula „Szlachetnie ciepło”
Para-Nauka Adam Cebula - 13 października 2014

Kolejny artykuł alarmistów klimatycznych owszem, wkurzył mnie, ale skłonił do napisania czegoś w rodzaju przytyku…

Adam Cebula „Houston, mamy problem”
Felietony Adam Cebula - 13 lutego 2017

Ludziska bez mózgów plenią się bez opamiętania, czyli Adam Cebula i jego…

Red-Akcje 1.09.2015

Błoto, deszcz czy słoneczna spiekota, wszędzie słychać wesoły bredni szum, to panoszy się…

Fahrenheit