Adam Cebula „Bodzenie owiec”

Felietony Adam Cebula - 29 czerwca 2015
morda

Foto: Adam Cebula

Tak… Nie miałem pojęcia, jak będzie wyglądać ta przyszłość. Jedynie pewne przeczucia. Co wydawało mi się niemożliwe, to uporczywe powtarzanie błędów z przeszłości. Co będzie możliwe, to miałem świadomość, trudno przewidzieć.

Pomimo rozlicznych antyutopii wizja, że ludność będzie traktowana jak stado baranów, w społeczeństwie, które szykowało się do podboju kosmosu, wydawało się czymś zwyczajnie absurdalnym.

Wszelako… Przeczytałem sobie tekst pewnego politycznie poprawnego w sensie linii Unii Europejskiej albo wyobrażeń o tej linii, który musiał obrazić czytelników za to, że nie przyjęli z entuzjazmem pomysłu wyrzucenia z miast samochodów napędzanych benzyną. Pomysł świetny, albowiem w świetle ostatnich badań okazało się, że owe samochody emitują. Co? Jakieś straszne rzeczy. Na przykład tak zwane cząstki stałe, które, o zgroźna zgrozo, mogą prowadzić do nowotworów.

Co ludność na to napisała? Że oto pojawia się sposób, aby zmusić niepokorne stado ignorujące do tej pory drogie jak jasny gwint samochodziki na bateryjki, których zasadniczą zaletą ma być brak emisji, a wadą niewielką, że nie bardzo jeżdżą, do kupowania ich. Napisała, że ma gdzieś takie pomysły, że banda, granda i tak dalej. O wieszaniu na latarniach chyba nie było, ale sądzę także, że nie było też o paleniu plastykami.

Rzecz w tym, że poprawny politycznie pismak zarzucił ludności, że w gruncie rzeczy taką ma intencję: kompletnie zatruć środowisko, bo ludność to stado baranów. Jakoś tak. Był bardzo mocno oburzony, że ktoś ma czelność mieć własne zdanie w sprawie, w której zdanie mają już… No właśnie kto? Jakaś elyta, gromada mędrców jaśnie oświeconych.

Ludność, słysząc słówka „najnowsze badania naukowe” oraz „czynniki chorobotwórcze”, powinna była wpaść w panikę, zacząć porzucać swe ulubione samochody, dostrzegając w nich wroga siebie i ludzkości. Powinna wyjść na ulicę, żądając natychmiastowej likwidacji starych gratów, bo przecie mędrcy tak ustalili. W żadnym przypadku ruszyć własną łepetyną.

Niestety, kapitalizm w którym żyjemy, opiera się na autonomii myślenia, na reklamie zakładającej próby wpuszczenia w maliny; jest to ustrój kształcący wyjątkowo mocno takie cechy jak podejrzliwość i nieufność. Żyjący w kapitalizmie już nie raz słyszeli hasło „złoto w Dolinie Niedźwiedziej” i bynajmniej nie rzucą się tak chętnie po to złoto, zostawiając cały dobytek oszustom, dopóki nie sprawdzą przynajmniej, czy ta Dolina Niedźwiedzia naprawdę istnieje.

Przyznaję się do przynależności do owego tłumu niechętnych jedynie słusznym decyzjom mędrców, zasiadających w areopagach czy innych panteonach.

Wątpliwość jest zasadnicza w wielu kwestiach. Ot, czy na przykład faktycznie – jak to się mówi – mamy do czynienia z czynnikiem epidemiologicznym, albo bardziej po ludzku, czy wiemy, że taka emisja, jaką… emitują (a co tam, pobełkoczmy sobie ucieszną nowomową) samochody faktycznie prowadzi do wzrostu liczby zachorowań na cokolwiek. Może jeszcze raz po ludzku: współczesny samochód ma bardzo wyśrubowane normy na spaliny. Wypuszcza przez rurę wydechową, ale i „w ogóle” bardzo małe ilości substancji, które szkodzą człowiekowi… w dużych ilościach.

Jeśli twierdzimy, że porcje, jakie produkuje współczesny czysty samochód, szkodzą, to trzeba by pokazać, że choćby – gdzieś, gdzie nie ma owych zanieczyszczeń – jest mniejsza liczba zachorowań. Albo, jeszcze lepiej, dłuższe średnie życie, i to ludzi z genotypem „europejskim”, a nie wyselekcjonowanych przez bardzo ciężkie warunki górali. Jest gdzieś takie miejsce?

Na własnej skórze odczuwamy skutki dość powszechnego zjawiska, że działanie przeróżnych czynników na organizm ludzki zależy bardzo silnie od, nazwijmy to umownie, dawek. Wirus eboli jest faktycznie śmiercionośny, ale czy brak wirusów i bakterii jest zbawienny dla organizmu? Jeszcze w początku XX wieku sądzono, że tak (trudno mi powiedzieć, jak powszechnie), lecz dziś zaczynamy się już z tym godzić; na skutek bardzo skutecznie działających środków dezynfekujących mamy mnóstwo alergii, czyli chorób polegających na atakowaniu organizmu przez jego własny układ odpornościowy.

Zaczynamy się już godzić także z tym, że promieniowanie jonizujące, to straszliwe w skutkach, które ma być wynikiem awarii elektrowni atomowych, w pewnym przedziale jest czynnikiem prozdrowotnym. Generalnie mamy takie zjawisko, że w biologii zależności są zawiłe: coś w jednych okolicznościach szkodzi, w innych leczy, albo znacznie częściej na jedno pomaga, na inne szkodzi. Odpowiedź na pytanie, co zrobić, by było lepiej, jest sprawą bardzo złożoną. Szczególnie trudno cokolwiek stwierdzić, gdy mamy do czynienia z bardzo małymi, jak to się mawia, narażeniami.

Nie wiemy, jak zbadano ów szkodliwy wpływ, z czym go porównano. Przy tak skąpych informacjach tyle wystarczy, by rewelacje zwyczajnie wywalić do kosza.

Kolejna sprawa: wyobraź sobie, czytelniku, że jesteś Najgłówniejszym Księgowym, i przychodzi do ciebie osobnik, który ma pomysł. A mianowicie: jak wyeliminować straszliwe wypadki złamania nóg na chodnikach i ulicach, biorące się z tego, że człowiek se idzie i se zawadzi nogą o jakiś występ. Ów działacz wymyślił, że wszystkie drogi i chodziki w kraju się wyrówna z dokładnością do milimetra, i wtedy już nie będzie okropnych złamań nóg. A ty liczysz, liczysz i mówisz:

– Dobrze, możemy tak zrobić, ale wydamy na to wszystkie pieniądze. Drogi będą równe, nie starczy już na żadne leczenie. Jak ktoś złamie nogę, bo źle stanie, to kiszka. Umrze albo zostanie kaleką.

– Hura, hura – odpowiada aktywista – więc równamy drogi.

Tak, moim zdaniem, może wyglądać praktycznie pomysł z wyrzucaniem samochodów z miast. Do tej pory stać Cię było na prywatną służbę zdrowia, dla jego polepszenia kupisz se samochodzik na bateryjki, i już nie będzie. Na tę okoliczność mamy nawet stosowne powiedzenie „wylać dziecko z kąpielą”.

Koronnym argumentem w sporach pomiędzy ciemnym ludem a mędrcami powinny być zawsze konkretne wyliczenia i pomiary. Zerknąłem do norm dla samochodów i okazuje się, że dopuszczają one pojedyncze miligramy cząstek stałych wyrzuconych w powietrze na przejechany kilometr. W przypadku spalania węgla w zwykłym piecu mamy stężenia rzędu 500 miligramów pyłu na metr sześcienny powietrza. Porównanie może jest trochę nie wprost, ale łatwo zauważyć, że jeden piec węglowy załatwia nam zapylenie i zanieczyszczenia za kilkaset, kilkanaście tysięcy samochodów. Przy kiepskim spalaniu nawet 20% paliwa może ulecieć w komin w postaci sadzy i gazów.

Piece są rzeczywistym problemem dla środowiska, ale pojawiają się w mediach o wiele rzadziej, niż samochody. Dlaczego zaatakowano samochody, skoro na oko widać, że różnica jest dramatyczna? Dlaczego zajmujemy się czymś, co truje (o ile truje w ogóle) setki czy tysiące razy mniej, a to, co gołym okiem widać, jak dymi, i co w powietrzu naprawdę czuć, jest w tym dramacie postacią trzecioplanową?

Ściągnij tekst:
Strony: 12

Mogą Cię zainteresować

Adam Cebula „Jak coś nie działa”
Felietony Adam Cebula - 8 stycznia 2019

Czy warto pisać o tym, jak coś nie działa? Pomysł wydaje się…

Adam Cebula „Marzymy marzeniami dziadków”
Para-Nauka Adam Cebula - 22 września 2017

Często różni dziennikarze publicyści używają sformułowania „marzenie ludzkości”. W istocie chyba jest…

Adam Cebula „Rzeczywistość niepotrzebna, czyli przepis na grunwaldzką”
Felietony Adam Cebula - 21 października 2015

Rzeczywistość skrzeczy, więc lepiej jej nie zauważać. Taaaa, jasne. Ale przepis na grunwaldzką (kilo cukru, cztery…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!