Adam Cebula „Error displaying the error page”

Felietony Adam Cebula - 1 czerwca 2018

Kilka razy nie tylko w refleksjach o trollach przechwalałem się używaniem archaicznych lamp błyskowych jeszcze z epoki ZSRR. Ależ tak, w tymże kraju wyprodukowanych. Długo przed epoką komputerową. Lampy Łucz M1 były montowane w technologii przejściowej pomiędzy tak zwanym montażem na łączówkach a użyciem laminatu miedzianego, czyli tzw. obwodami drukowanymi. Dla pikanterii warto dodać, że obwody drukowane są stosowane gdzieś od II wojny światowej, owe lampy produkowano w okolicy lat 70. XX wieku. Elementy obwodu lutowano do nitów zamocowanych w tekstolitowej płycie, połączenia wykonywano drutami. To technologia tzw. pseudodruku, stosowana w amatorskich urządzeniach.

Jest to urządzenie proste jak od kowala. Zawiera tylko najniezbędniejsze elementy. Jedyny cymes nadmiarowy w stosunku do innych konstrukcji z tych czasów to możliwość ręcznego ustawiania trzech wartości energii błysku lampy. Poza tym bajerem nie ma już niczego, co nie byłoby niezbędne. Łucz M1 może tylko jedno: błysnąć synchronicznie z otwarciem się migawki aparatu.

Jak już wspominałem w innym tekście, współczesna lampa błyskowa ma wiele funkcji, w tym takie, które dla laika są dość tajemnicze. Zawiłe jest wytłumaczenie zarówno po co to jest, a tym bardziej, jak to działa. A Łucz M1 jest prostacka. Prymitywna jak młotek i… tak samo pożyteczna.

Podejrzewam, że wielu młodszych fotopstryków po obejrzeniu tego czegoś ogłosiłoby autorytatywnie jego całkowitą nieprzydatność. A jednak było używane, wciąż jest, i nie raz się przydało.

Dlatego, że automatykę da się zastąpić „sposobem”. Podobnie jak młotek trzeba umieć je trzymać i wyćwiczyć pukanie nim, by nie pogiąć wbijanych gwoździ. Tak jest nie tylko z lampami, ale z wszelkimi prostymi narzędziami.

Na czym polega geniusz wynalazku koła? Nie ma w nim mikrokomputera, nie ma mikroprocesora, może działać tylko w jeden sposób: kręcić się. Rzecz w tym, że na skutek koincydencji dość nieoczywistych zjawisk fizycznych mamy dobrze sprawdzone zastosowania w dobrze określonych sytuacjach. Koło nie jest oczywistym wynalazkiem. Podejrzewam, że lwia część społeczeństwa będzie zdziwiona tym, że nie chodzi o zamianę dużego tarcia ślizgowego, zwanego również posuwistym, na małe tarcie toczne. Dowcip tkwi w mechanicznej konstrukcji koła, która przenosi tarcie ślizgowe do osi koła. Ta, ponieważ jej średnica jest znacznie mniejsza niż naszego koła, powoduje, że praca potrzebna na przemieszczenie wozu z ładunkiem jest mała, ponieważ droga, jaką muszą pokonać części trące o siebie, jest tyle razy mniejsza od drogi, na jaką przemieszczamy wóz z towarem, ile razy mniejsza jest średnica osi od średnicy koła. Zawiłe? Ale tak właśnie działa koło.

Rzeczą wtórną jest, że możemy dobrze kontrolować wielkość owego tarcia ślizgowego w kole. Istotą pomysłu jest właśnie układ koło-oś, dzięki któremu możemy zbudować wóz i obciążyć go ciężkim ładunkiem. To powoduje, że możemy koła użyć o wiele bardziej efektywnie niż np. podkładanych pod ogromne głazy drewnianych kłód. Pomimo że kłoda toczy się całkiem bez tarcia ślizgowego, wóz na kółkach bije na głowę tę kłodę jako środek transportu. Geniusz wynalazku objawia się dopiero w momencie wpasowania konstrukcji w cale środowisko. Na przykład gdy koło założymy do wozu.

Zaś wóz zostanie użyty do transportu towarów. Diabli wiedzą, co było powodem, że cała Ameryka Przedkolumbijska (trzeba to chyba potraktować jak nazwę własną, bo Ameryka Pokolumbijska to było coś zupełnie innego) była pozbawiona wozów. Taka jest przynajmniej moja dość koślawa wiedza historyczna. No właśnie: koła odkryto w zabawkach dla dzieci. Były zaopatrzone w nie figurki zwierząt, ale nie było choćby taczek. Drogi w bardziej stromych miejscach zamieniały się w schody: nie było wozów, więc i przystosowanych do nich traktów.

Można przypuszczać, że poziom wymiany towarowej zatrzymał się tam gdzieś na poziomie dla Eurazji odpowiadającym kilkunastu tysiącom lat przed naszą erą. Być może Inkowie czy Majowie nie budowali wozów, bo ich nie potrzebowali, mieli za mało towarów. To rozważania dla tych, co znają się na historii, dla wynalazców ważne jest, że nie samo koło, ale zastosowanie go do wozu, rydwanu czy taczki daje epokową kombinację. Właśnie to jest czymś, co popcha cywilizację do przodu.

W odniesieniu do technologii upraszczającej komplikację urządzeń rozważania mają takie znaczenie, że każdy przedmiot, jakim ludzie się posługują, musi mieć swój kontekst, otoczenie, aby dobrze pełnił swoją rolę. Ten kontekst wyznacza znaczenie wynalazku. Można na chwilę puścić wodze wyobraźni i zanalizować, jakie znaczenie miałby kołodziej pracujący gdzieś w w okresie wczesnego kamienia łupanego, jeszcze przed epoką rozwoju rolnictwa. Byłby zbędny, o ile ludzie w tamtych czasach nie mieliby potrzeby wozić na większe odległości np. brył obsydianu.

Prawdopodobnie koło bez kontekstu towarowego nie ma sensu. Nie sprawdziło się wybitnie w innych dziedzinach ludzkiej działalności. Np. gdy chodzi o technikę wojskową, to rydwany przegrały w końcu z kawalerią. Jeśli chodzi o transport osobowy, to karoce wyparły lektyki jak mi się zdaje dość późno – gdy pojawiło się resorowanie. Dopiero wówczas wyprawy pojazdami kołowymi przestały zagrażać odgnieceniem tyłka. Wydawać by się mogło, że koło jest wynalazkiem ważnym w każdej dziedzinie, pełno kółek w zegarkach, każda maszyna to koła zębate pasowe, łańcuchowe, bez kół nie zadziałają żurawie, bez wielokrążków nie wciągnie się żagla na maszt. To wszystko prawda, lecz powyższe zastosowania to już ciąg dalszy, późny okres historii. Gdy się wszystko zaczynało, zakres okoliczności, w których koło dawało się poznać jako epokowy wynalazek, był dość wąski. Zapewne karawany kupieckie – oto główne zastosowanie. Nie transport osobowy, nie wojenny, także nie budowa maszyn, która zaczęła ciągnąć do przodu technologię dopiero gdzieś w okolicy wieku XVI, nie transport towarowy w ogóle, bo tu dominowała żegluga. Bez wozu i koła nie mogłyby istnieć jedynie karawany kupieckie poruszające się na całej długości Szlaku Bursztynowego czy pomiędzy Chinami a Europą.

Tyczy się to każdej technologii, każdego wynalazku. Zdawać by się mogło, że oto przewróciliśmy wynalazkiem świat, tymczasem ma on swój zakres zastosowań – zaskakująco wąski – i poza nim zaczyna się już sprawdzać bardzo średnio. Dotyczy to takoż technologi informatycznych, w ogólności technologii komplikowania konstrukcji maszyn. To się świetnie sprawdza w przypadku komputerów i ich różnych odmian (jak konsole do gier), lecz gdy wchodzimy na inne poletka, ta rzeczywista przydatność okazuje się bardzo różna.

Genialność wynalazku to bardzo często (nie wiem, czy nie zawsze) idealne wstrzelenie się w środowisko, w jakim on ma pracować. I tu pewna refleksja. A tak, chodzi o możliwość konfiguracji, ten cymes, który umożliwiają procesory. Tak, piknie, że można na przykład dostroić zachowanie programu do swoich potrzeb. Piknie, bo gdyby nie to, moduł zwykłego procesora tekstu z Libre Office byłby dla mnie zupełnie nieprzydatny. Ponieważ to bydlę na przykład potrafi włączyć z zaskoczenia, znienacka, perfidnym podstępem, już to autokorektę wyrazów, która genialnie działa jako samoprzedrzeźniaczka czy autoprzekręcaczka, czy choćby przejście do (psiakrew, psiakrew!) trybu wypunktowania. Dopiero obezwładnienie tych wszystkich genialnych wynalazków, drastyczne uproszczenie sposobu działania programu do postaci edytora tekstu powoduje, że wynalazku zwanego biurową suitą daje się użyć.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345

Powiązane wpisy

Kobieta bardzo fatalna
Opowiadania - 5 kwietnia 2019

Co ta miłość robi z człowiekiem… wystarczy chmurka wysoko wydajnych feromonów, a…

Adam Cebula „Moralny pion i fantastyka, czyli poligrafia a poziom”
Felietony - 27 marca 2015

Przyznaję się, nie broniłem kolegi. Mam nadzieję, że nie był to akt tchórzostwa, lecz raczej rozpaczliwej rezygnacji.…

Adam Cebula „Marzymy marzeniami dziadków”
Para-Nauka - 22 września 2017

Często różni dziennikarze publicyści używają sformułowania „marzenie ludzkości”. W istocie chyba jest…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!