Adam Cebula „Error displaying the error page” (4)

Felietony Adam Cebula - 1 czerwca 2018

Cyfryzacja i informatyzacja urządzeń to jedynie kolejna z wielu technologii, jaką ludzie opracowali. Koło, kompas, optyka – to wszystko trzeba stosować… gdy trzeba. Wybór właściwej technologi i rezygnacja z tej niewłaściwej są warunkiem sukcesu i zabezpieczeniem przed klęską.

Starzy mechanicy (a może w ogóle ludzie zajmujący się techniką) znają powiedzenie „einfach ist gut”. Co w wyobrażeniu Polaków znaczy, że Niemcy, którzy przecież wynaleźli i zbudowali lwią część maszyn, uważają, że proste jest dobre. A skomplikowane oczywiście gorsze. Niezależnie od problemów lingwistycznych, dobre zasady inżynierskie mówią, że wszelkie komplikacje urządzeń zawsze prowadzą do kłopotów. Im mniej ma części, im prostsza budowa, tym lepiej. Skrzynia biegów na każdej ruchomej części traci energię silnika, układy elektroniczne tym krócej żyją, im więcej mają elementów. Pierwsze lampowe maszyny liczące pracowały czasami minuty od awarii jednej lampy do przepalenia się następnej. Komplikujemy urządzenia tylko wówczas, gdy jest to konieczne. Odwrotnie: gdy mamy pomysł, jak uprościć budowę, prawie zawsze należy to jak najszybciej zrobić.

Tymczasem zasady te zarzucono, komplikowanie stało się modne.

Tak! Z pewnością nad granicami komplikacji warto się zastanowić, zwłaszcza gdy dostajemy komunikat „error displaying the error page”. O ile pamięć mnie nie myli (nie sprawdziłem tego), w łaziku sondy Mars Pathfinder zastosowano prosty procesor 8-bitowy Z80 lub nawet 8080, bo to są ostatnie procesory, dla których znane są wszystkie stany. Mówiąc inaczej, potrafimy przewidzieć, jak się one zachowają.

Nie, żadnej efektownej katastrofy jak z filmów cyberpunkowych nie będzie. Sądzę jednak, że przyszłość może mocno zaskoczyć i inżynierów, i pisarzy SF. Od dawna bowiem obserwuję, że sensowne pomysły na zatrudnianie technologii komplikacji urządzeń się kończą. Pojawiają się też pierwsze – moim zdaniem – objawy wysycenia rynku, odwrotu konsumentów od niej. To się widzi, gdy obserwujemy z bliska pewne dziedziny techniki.

Akurat zaobserwowałem to na technologicznej niszy fotografii. To właśnie chyba są chińskie lampy błyskowe opisywane jako manualne, które zapewne dla oszczędzenia kosztów produkcji nie mają „obowiązkowych” trybów współpracy z automatyką aparatu. To, że tego typu urządzenia, które pod względem możliwości stoją tylko ciut wyżej od wspomnianych Łucz M1, najwyraźniej dobrze się sprzedają, to sygnał dostosowania się znacznej części klienteli do koncepcji uproszczenia. Ludzie sobie mówią, które usprawnienia się nam przydają, np. owe chińskie „manualne” lampy mają używalną regulację energii błysku, lecz widzą już, co jest zbędne.

Do myślenia dał mi wysyp tak zwanych manualnych obiektywów. Poniekąd może to świadczyć o inwazji taniej „chińszczyzny” (w cudzysłowie, bo akurat firmy, choć azjatyckie, to pochodzą z innych krajów). Zaskoczyło mnie, że ludzie się przekonali do technologii, którą chyba z dużą ulgą żegnali ich dziadkowie. Tak zwana automatyczna przesłona weszła do użycia gdzieś w okolicy połowy lat 40. XX w. Bez tego wynalazku przed wykonaniem zdjęcia trzeba ręcznie domknąć przesłonę do potrzebnej wartości. Alternatywą jest kadrowanie z przymkniętą przesłoną. To praktycznie może uniemożliwić precyzyjne ustawienie ostrości. Czy ktoś coś jeszcze rozumie? W każdym razie aparatem z podpiętym „manualem” nie da się pracować w trybie paparazzi (nie można wykonywać szybkich zdjęć z zaskoczenia).

A jednak okazało się, że jest wystarczająco wielka grupa fotopstryków, którzy potrafią wymyślić zastosowanie dla archaicznej konstrukcji. Przyzwyczailiśmy się do pewnych ułatwień, w pewnym momencie zdaje się, że coś, co jest ich pozbawione, przestaje nadawać się do użytku. Lecz gdy pojawia się takie niby nadmiernie uproszczone urządzenie, to się okazuje, że jednak się da, wystarczy ruszyć głową. Ruszyć głową, a staje się jasne, że rozwiązania, bez których nie potrafimy żyć, okażą się średnio potrzebne.

Nic mądrego nam nie przyjdzie z dostępu lodówki do internetu. Przynajmniej dopóki się tego rozsądnie nie zorganizuje. Słuchawki nie muszą się komunikować z odtwarzaczem za pomocą łącza bluetooth. Zwykły kabel też działa dobrze… a nawet lepiej. Bo słuchawka nie potrzebuje bateryjki.

Czy czeka nas powolne „pss” (uchodzenie powietrza z nadętego balona) cyfryzacji? Obowiązujące dziś prognozy na przyszłość przewidują nieustanny, niczym niepohamowany postęp tej technologii. Trudno sobie wyobrazić, że to się może rozmyć, tak jak trudno było sobie wyobrazić, że z Paryża mogą zniknąć konie. W XIX wieku przewidywano, że w przyszłości rozwój miasta zostanie zatrzymany z powodu pokładów końskich kup, jakie będą zalegać na ulicach. Za portalem http://www.wiz.pl „W 1898 r. zorganizowano w Nowym Jorku pierwszą międzynarodową konferencję urbanistyczną. Nie rozmawiano jednak o planowaniu nowych dzielnic, wytyczaniu szlaków komunikacyjnych, użytkowaniu terenu czy też o miejskiej infrastrukturze technicznej. Dyskusję zdominował jeden temat, a mianowicie koński nawóz. Pod koniec XIX w. ten problem domagał się pilnego rozwiązania. W największych aglomeracjach szybciej przybywało koni niż ludzi.”

Podejrzewam, że podobnie nikomu nie śniło się, że rozlezie się potęga kolei żelaznych. Do dnia dzisiejszego nie ma lepszego sposobu na przewożenie na lądzie masowych ilości towaru. Jednak technologia doszła do kresu potrzeb. Telewizja w latach 80.90. wydawała się tak potężna, że doczekała się poczesnego miejsca w antyutopijnych wizjach, poczynając od George’a Orwella. Wówczas już mało kto pamiętał o innych potęgach, które odeszły w zapomnienie: radiu i prasie. Cyfrowa rewolucja i internet zrzuciły z piedestału zjawisko medialnych potęg, które są w stanie kreować postaci i kierować emocjami całych społeczeństw. Trend, który wydawał się nieodwracalną przyszłością (że ludzką zbiorowością będą kierować pozostający poza wszelką kontrolą prasowi magnaci) odszedł w przeszłość wraz z nastaniem epoki internetu. Nawet nie portale społecznościowe, ale banalny html spowodował, że każdy może publikować i docierać ze swoimi przemyśleniami do dowolnej liczby ludzi.

Z technologią cyfrową już się chyba dzieje podobnie, tak jak ze wszystkim, co było poprzednio. Owszem, kolej ciągle się rozwija, ale nie ma powrotu do czasów wielkich kompanii kolejowych, które trzęsły światem (a w transporcie towarów ponoć dramatycznie ciągle dominuje archaiczny transport wodny). Tylko że gigantyczne kontenerowce pływające dziś po morzach nie kształtują oblicza cywilizacji. Pełnią swoją dobrze określoną rolę. A do innych zadań, np. transportu ludzi przez Atlantyk, stosuje się technologię lotniczą. No i tak chyba zaczyna się dziać z informatyką: zaczynamy dostrzegać, że pewne rzeczy potrafi załatwić, pewnych nie, i są do nich potrzebne inne rozwiązania.

Nie wiem, co będzie dalej. Mogę powiedzieć, że od czasu do czasu zdarzają się rewolucje, które przewracają życie ludzi do góry nogami. Tak się stało po wynalezieniu koła garncarskiego, koła do wozu, znalezienia sposobu wytopu brązu, a potem żelaza. Po takich wynalazkach bardzo szybko zachodzą zmiany, nowa technologia opanowuje dziedziny życia, które wydawały się zupełnie do niej nieprzystające. Przeżywamy rewolucję, ale po niej następuje czas, gdy posuwamy się do przodu małymi kroczkami. Człowiek siedzi nad prostym schematem, jakimś kołem na ośce, i łamie sobie głowę, jak zrobić, żeby to coś zachowywało się odrobinę lepiej.

Adam Cebula

Ściągnij tekst:
Strony: 12345

Powiązane wpisy

Adam Cebula „Myśli heretyka przed Wielkanocą”
Felietony - 17 kwietnia 2019

Mam wątpliwości, czy to dobry okres, by wypisywać takie rzeczy, ale zawsze…

Adam Cebula „Wykluczenie elektryczne”
Felietony - 6 kwietnia 2015

Naszła mnie kiedyś pewna bardzo zatroskana kobieta. Zadała kilka pytań i oznajmiła, że jestem…

Adam Cebula „Wizja klockowa”
Para-Nauka - 29 maja 2015

Mądrej puenty nie będzie, konkluzja jest ta sama, co zawsze. Wmawiają nam, że wykształcenie…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!