Adam Cebula „Jak coś nie działa”

Felietony Adam Cebula - 8 stycznia 2019

Foto: pexels.com

Czy warto pisać o tym, jak coś nie działa? Pomysł wydaje się absurdalny. Skoro tak, to nie działa, a opis nas nie powinien w ogóle – nawet na sekundę – zająć. Powinniśmy go wyrzucić, zapomnieć, tym bardziej że może narobić szkód jak znak drogowy ostrzegający przed zakrętem w lewo, że będzie ostry zakręt w prawo.

Tymczasem świat jest skomplikowany i nieprzewidywalny. Ludzie muszą sobie jakoś radzić z rozumieniem procesów, jakie w nim zachodzą. Trzeba przewidywać pogodę albo zmiany kursów na giełdzie. Skutki tych zmagań z wróżbiarstwem są różne. Jeśli chodzi o pogodę, podsumowaniem skuteczności meteorologii jest przysłowie „Parasol noś i przy pogodzie”.

Dla wprowadzenia w temat jeszcze taka obserwacja: półprawda to synonim sprytnego kłamstwa. Jeśli piszemy, że jakiś tekst zawiera półprawdy, to oznacza, że autor chciał czytelnika okłamać. Nie powiedział czegoś bliskiego prawdy, opowiedział coś, co przy niewielkich poprawkach pozwoli się nam samodzielnie zorientować, czy na przykład zabrać parasol, czy nie. Półprawda to nie coś częściowo prawdziwego, ale sposób zupełnego wprowadzenia w błąd, metoda łgania. Tam wsadzono jakąś informację, która ma oszukać odbiorcę całości przekazu. Cokolwiek wygląda w nim na prawdę, służy tylko temu, aby odbiorca uwierzył w bajdurę.

Konkurencja jest jednym z pojęć, które porządkują nasz świat. Nie możesz być obojętny wobec konkurencji: albo jesteś za nią, toś liberał, a jeśli przeciw, toś pewnie lewak. Ciekawostka: tzw. populiści mają do konkurencji niesprecyzowane chyba podejście. Za skomplikowane? W konkurencji pokłada się nadzieje na polepszenie świata „tak w ogóle”. Konkurencja rodzi emocje i… organizacje, które się nią zajmują. Mamy takie coś jak Światowa Organizacja Handlu, i jak pisze Wikipedia: ” Głównym zadaniem Światowej Organizacji Handlu jest liberalizacja międzynarodowego handlu…”. Czyli wspieranie działania konkurencji.

Konkurencja porządkuje nasz świat, bo… wydaje się nam, że wiemy, jak działa. Coś zawaliło, bo nie było konkurencji. Albo jakaś firma padła, bo nie wytrzymała walki konkurencyjnej. W jakimś kraju produkowane są fatalne towary, bo rząd uniemożliwił konkurencję firm zagranicznych. Tak sobie mówimy i zadowoleni, że rozumiemy, co się porobiło, przestajemy się sprawą zajmować.

Jak to – nie działa?

Zobaczymy dopiero wówczas, gdy – jak na Księżyc – spojrzymy z bliska. Może nam zniknąć sugestywna gęba, a zamiast niej ujrzymy efekty działania chaosu. Widok, powiedzmy sobie, nieciekawy. Lecz za to prawdziwy.

Oto taki nius z forum internetowego zajmującego się sprzętem fotograficznym. A mianowicie: firma A chce wyeliminować z rynku firmę B. Najbardziej znane, podstawowe zachowanie konkurencyjne. Oczywistość, gdy są dwie firmy A i B zajmujące się tym samym.

Możliwe? Możliwe. Możliwe że ma się to stać na skutek konkurencji. Bo to oczywiste, że firmy są dla siebie wrogami, i ta zdrowa, sprzyjająca nam konsumentom konkurencja właśnie na tym polega. Bo przecież firma chce maksymalizować zyski i zagarnięcie jak największej masy konsumentów jest drogą do osiągnięcia tego celu. Tak w ogóle to możliwe, tyle że nieprawdopodobne.

Czy firmy chcą konkurować ze sobą? Weźmy taką sytuację: na ulicy, na której mieszkamy, jest już piekarnia, ale w naszej chałupie jest także, tyle że nieczynna. Zdrowa ekonomiczna akcja: staramy się uruchomić interes. Cóż zaplanujemy, aby zmaksymalizować swoje zyski? Czy jeśli istniejący piekarz piecze chleby, wejdziemy z nim w ostrą konkurencję i zaczniemy od „lepszych chlebów”? Zdrowy rozsądek mówi, żeby wstrzelić się w coś innego, bułki, rogale, najlepiej coś, co się kupuje z zupełnie innego powodu i w innych okolicznościach niż chleb.

Wyłazimy ze skóry, aby uniknąć… czego? Konkurencji! Jest nam potrzebna jak dziura w moście. Tak, nawet jeśli wiemy, że potrafimy piec lepszy chleb, to prosty biznesowy rozsądek mówi, że zanim wejdziemy w tę produkcję, trzeba rozważyć wszystkie możliwości, aby uniknąć konkurencji, ponieważ może się okazać, że na ten przykład stary piekarz ma dość „twardego elektoratu” ludzi, którzy mieszkają blisko, albo takich, którym pod drodze, którzy są przyzwyczajeni, i odbierzemy mu jedynie część klienteli, możliwe, że za mało, by samemu przetrwać. Może też zacząć piec chleb jeszcze lepszy niż my potrafimy, może obniżyć cenę, jest sto niebezpieczeństw, jakie niesie taka bijatyka. A tak – pieczemy, ale każdy co innego, i obaj mamy spokój.

Konkurencja działa tak, że przede wszystkim, trzeba jej uniknąć. Ze swej zasady przynosi straty konkurentom. Pewnie dla tzw. publiczności analizy rynku fotograficznego są trochę z kosmosu, ciekawe jak ta powierzchnia Księżyca oglądana przez silną lunetę, ale akurat tę działkę odrobinę znam, i jak mi się widzi, potrafię wskazać wiele niepokojących obserwacji. Najpotężniejszą jest tu chyba nie za bardzo znana firma Canon. Szacunki jej udziałów są podawane różnie w zależności od tego, kto i jaki segment analizuje, ale mówi się nawet o udziale w rynku na poziomie 60%, licząc prócz aparatów fotograficznych skanery czy inne urządzenia biurowe jak drukarki, kamery itp. W segmencie aparatów z wymienną optyką drugim koncernem jest Nikon, który ma tu mniej więcej połowę tego, co Canon. Następna firma to Sony z udziałami na poziomie (wedle danych internetowych, pewnie za rok 2017) na poziomie 9% rynku.

Na pierwszy rzut oka tandem Nikon i Canon czyli NiC muszą ze sobą mocno konkurować, bo jako jedyne produkują obecnie lustrzanki cyfrowe adresowane do zaawansowanych amatorów i zawodowców. Oferta na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo podobna. Weźmiesz do ręki aparaty – wydadzą się wręcz identyczne. Na dodatek zasadniczo różnią się np. od aparatów Fuji Olympusa czy Sony. Czarne, obłe. Z bardzo podobnymi obiektywami, z archaicznym wizjerem optyczny. Bijatyka o dominację na rynku zdaje się nieunikniona. Lecz coś mi się zdaje, że raczej nastąpił, nazwijmy to, „subtelny podział rynku”. Na poziomie, który czasami sam klient nie do końca sobie uzmysławia. OK, stało się coś takiego, że Nikon, który jeszcze w czasach filmów był utożsamiany z zawodowcami, chyba stracił rynek na rzecz Canona. Być może. A być może jednak Canon zebrał to, co zostało po takich molochach jak Kodak, który nie zdołał przejść przez rewolucję cyfrową.

Dwie firmy, które faktycznie produkują coś, co wydaje się niemal identyczne, podzieliły rynek, i to w taki sposób, że wejście w sektor konkurencji byłoby dość kłopotliwe, a nawet niszczące.

Wiele razy o tym pisałem, że rolą literatury SF jest opisywanie świata z technologią w roli głównej. Literatura głównego nurtu generalnie przegrywa na tym polu, bo przynajmniej piszący musi mieć coś wspólnego z techniką i technologią. Takie pisanie staje się interesujące, gdy zaczyna cokolwiek wyjaśniać. Lecz niestety, aby się wyjaśniało, tłumaczenie nie może być – jak chciał tego A. Einstein – prostsze niż to możliwe. A właśnie, wymogi tej literatury głównonurcianej są takie, że też nie za proste tłumaczenia nie przechodzą. Ponieważ musimy się pochylać nad irytującymi technicznymi szczegółami. Żaden humanista nie wytrzyma, gdy zaczniemy opowiadać na przykład o dynamice obrazu.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234

Mogą Cię zainteresować

Urodziny Adama Cebuli
Aktualności Fahrenheit Crew - 8 marca 2019

Dziś 60-te urodziny obchodzi Adam Cebula, 1/4 Karety Wrocławskiego, podpora redakcji i…

Adam Cebula „Jeszcze starsze ludy”
Para-Nauka Adam Cebula - 13 października 2017

Jestem sceptykiem, niedowiarkiem. Mój światopogląd, jeśli takowy da mi się przypisać, jest…

Adam Cebula „Pophistoria, czyli sos z uralskiego bombowca”
Para-Nauka Adam Cebula - 11 lipca 2016

Gdyby nie zginął kierowca bombowca, gdyby Niemcy mieli więcej samolotów, gdyby III Rzeszy nie opanowało szaleństwo, gdyby……

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!