Adam Cebula „Jak coś nie działa”

Felietony Adam Cebula - 8 stycznia 2019

Skutki są chyba takie, że do – nazwijmy to merytorycznych – powodów pozostawania przy firmach dołączyła wiara w nie. Obiektyw, o którym ten sam portal napisał coś w stylu „nigdzie nie ostrzy”, czyli zwyczajnie ma jakąś projektową wtopę, bynajmniej nie zniechęcił użytkowników. Za naszym portalem fragment wypowiedzi: „Wyjątkowy charakter tego modelu można docenić dopiero wtedy, gdy przyglądamy się zdjęciom. Niewiele obiektywów przechodzi do historii jako »klasyczne«, lecz AF-S NIKKOR 58 mm f/1,4G zasługuje na to miano” (Zurab Kiknadze, menedżer produktu w dziale obiektywów, akcesoriów i oprogramowania firmy Nikon Europe).”

Klientela to kupiła. Nie wiem, w jakiej części, lecz wypowiedzi szczęśliwych właścicieli można spotkać w sieci. Co warto być może dodać – wtopa Nikona jest chyba jednak wyjątkiem dla tej firmy. Średnio oferują sprzęt wysokiej jakości, więc zaufanie klienta ma jakieś podstawy.

W tej materii naprawdę godne podziwu są wyczyny firm z logo np. Hasselblada czy Leiki. Co sprzedają, nie wiadomo, bo nie udostępniają sprzętu do testów, za to klienci daliby się za firmę i jej produkty pokroić. Testy czy pomiary swoją drogą, ale decyduje np. tzw. zeiss-look czy niemierzalny, ale oczywiście magiczny wygląd zdjęć, jaki nadaje im optyka legendarnej firmy Zeiss.

Czego się praktycznie nie pisze o konkurencji? Właśnie tego, że firmy wyskakują z piór, żeby jej uniknąć. Owszem, znamy problem monopolistycznych zmów rynkowych. Tak, to problem na tyle poważny, że państwa muszą generować prawo walczące z takimi praktykami. Ciekawe jednak, że gdy się pisze o hamowaniu konkurencji, to zazwyczaj tym hamulcowym w oczach publicystów jest państwo, a nie firmy.

O tym, że to firmy kombinują jak mogą, i że jedną z bardzo skutecznych technik w dziedzinie produktów wysokich technologii jest dzielenie rynku i specjalizowanie produktów – nikt nie pisze. Myślę, że warto dodać: to nie zadziała dobrze poza rynkiem hi-tech.

Znam takich, co zarzekają się, że nie tkną pieczywa z czarnuszką, lecz nie spotkałem jeszcze osoby, która naprawdę głodna nie zjadłaby bułki nią posypanej. W przypadku aparatów fotograficznych ten podział jest taki, że o ile zwolennik ciągnięcia z cieni nie popadnie w szczególnie nieprzychylne termina, nie wyda pieniędzy na sprzęt (w jego oczach) badziewnej marki. Powód jest taki, że zazwyczaj sprzęt „nowych technologii” nie jest niezbędny. Elektronika widoczna dla zwykłego użytkownika jest rozrywkowa. Radio w samochodzie pełni zupełnie inną funkcję niż na morskim kutrze, gdzie ratuje życie. Jego funkcjonalność nie jest dobrze mierzalna.

Jak nie działa konkurencja na rynku urządzeń wysokich technologii? Ano na przykład nie wymusza coraz większej funkcjonalności urządzeń. Nie ma czegoś takiego, co wydaje się oczywiste, że producent nam da, bo faktycznie nic nie kosztuje, byle tylko klient nie natknął się na niespodziewane ograniczenia. Ot, znowu przykład z dziedziny fotografii: jaki jest najprostszy tryb pracy lampy błyskowej? Że błyśnie w momencie naciśnięcia migawki. Nic prostszego chyba nie da się wymyślić. Pisałem już kilka razy, że w lampach wbudowanych w aparatach Canon (i pewnie nie tylko) nie ma takiej możliwości. Zawsze występuje przedbłysk. Czy pomiarowy, czy sterujący, to inna sprawa, ale nie można po prostu wyzwolić wbudowaną lampą np. żarówek błyskowych, czyli zewnętrznych lamp, które odpala błysk innej lampy. Jak nie kombinować, błysną przed błyskiem właściwym, ponieważ najprostszy tryb działania lampy w aparacie jest taki, że błyska dwa razy. Dopiero jeśli dopłacisz do interesu jakieś 2 tysie, czyli kupisz korpus „prawie profi”, dostaniesz tę najprostszą możliwość. Wreszcie można ustawić lampę wbudowaną na pojedynczy błysk.

Ta zmiana najprawdopodobniej wymaga napisania linijki (kilku linijek?) kodu w oprogramowaniu aparatu. Konkurencja, jak się chyba w praktyce okazuje, wymusza, żeby jej nie było. Konkurencja nie działa tak, jak nam się wydaje – że zawsze klient jest jej beneficjentem. Bynajmniej. Można to opisać tak, że owszem trwa konkurencja na możliwie najskuteczniejsze oskubanie tego klienta. Ta forma, która opracuje najlepsze metody, ma się najlepiej na rynku.

Jak to może działać w tym wypadku? Firma wie, że jakieś 99% użytkowników nigdy nie dojdzie do poziomu, w którym opcja pojedynczego błysku okaże się potrzebna. Jeśli dojdą, zapewne trzy czwarte nieszczęśników nie zrozumie, co się naprawdę dzieje.

Nie chodzi o ten ułamek procenta, który się połapie, że nabito go w butelkę, ale o tych „zaawansowanych”. Im się na starcie wybije z głowy kupno bardzo tanich, choć wcale nie prostych modeli. Nieszczęście producentów jest takie, że współczesna technologia, jeśli jej się tylko nie przeszkadza, z palcem tu i tam zaspokoi potrzeby nawet wymagającego odbiorcy, w tym wypadku fotografa. Wielu wymagających fotopstryków może się opędzić bardzo tanim sprzętem. Zdjęcia wykonanego najlepszym aparatem i „najcieńszym” – ale za to dobrym – obiektywem i na niskiej czułości (coś to znaczy, ale się nie przejmujmy) nie da się odróżnić. No i właśnie, trzeba znaleźć sposób, żeby sobie taki delikwent nie przyoszczędził.

Jeśli na bazie medialnego przekazu wyobrażasz sobie, że konkurencja jest zawsze, ba, wystarczy, że „prawie zawsze” dobra dla klienta, to ona tak nie działa. To także, a czasami przede wszystkim, metody możliwie najskuteczniejszego strzyżenia baranów.

Nie sądzę, że dla miłośników literatury fantastycznej opowieści o tym, jak nie działa jeden z tych mechanizmów świata, które uznaje się za najważniejsze w jego funkcjonowaniu, były specjalnie ciekawe. Jednak warto chyba zauważyć, i to już jest niepokojąca obserwacja, że nasz obraz rzeczywistości – można powiedzieć fundament wiedzy o świecie – jest tak budowany, jak budowali go sobie Grecy. Wiedzę zastępowali mitami. Porządek świata wynikał z pewnych wyobrażeń. Pioruny biły, bo się Zeus zdenerwował (mniej więcej), los człowieka był zdeterminowany, musiało się wypełnić przeznaczenie. Przeciwstawianie się mu było beznadziejne.

W naszych wyobrażeniach jest nieco więcej odniesień do rzeczywistości. Sęk w tym, że te byty, o których myślimy, nazywając je choćby „konkurencją”, nie działają tak, jak sobie wyobrażamy. Ot, choćby ten prosty fakt, że media malują nam obraz „drapieżnego kapitalizmu”, w którym bezwzględni finansiści niemal rzucają się sobie do gardeł, podczas gdy w rzeczywistości mogą się równie dobrze rzucić na klienta – i tego już popularny obrazek nie przewiduje.

Zarówno mity greckie, jak i współczesne opisy mechanizmów rządzących światem, mają bardzo podobny powód powstania.

Zauważmy, że to półprawdy. W wyobrażeniu Zeusa owszem, jest fragment rzeczywistości, bo pioruny naprawdę biją. W domniemaniu, że trafiają kierowane gniewem Zeusa, jest tyle prawdy, ile w przekonaniu, że konkurencja zawsze robi nam dobrze, nawet wówczas gdy widać, że jej skutki są paskudne.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234

Powiązane wpisy

Adam Cebula „Tarcza ze Star Treka, czyli o produkcji kitu naukowego”
Para-Nauka - 12 stycznia 2015

  Wystarczy czytać popularne portale internetowe, by… no właśnie. Chciałem napisać: mieć…

Adam Cebula „Leczenie kompleksów”
Felietony - 14 czerwca 2017

Co to jest fotografia uliczna? Street photo, jak wolą niektórzy, to nazwa…

Adam Cebula „Error displaying the error page”
Felietony - 1 czerwca 2018

Nie jest to jakaś fantazja, nie cytat z kabaretu czy też filmu SF. To prawdziwy komunikat, który można przeczytać,…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!