Adam Cebula „Jasio Rozpruwacz i wizja świata” (2)

Felietony Adam Cebula - 8 lipca 2019

Wynik mojego eksperymentu był dla człowieka znającego współczesne systemy operacyjne oczywisty. To znaczy… powinien być oczywisty. Jednak nigdzie nie przeczytałem, że to będzie tak wyglądać. Dodam, że dla eksperymentu gdzieś od półtora miesiąca próbuję złamać inne hasła, które zdawały mi się słabe. Cóż… chyba się jeszcze przydadzą.

Mogę stwierdzić, że nieprawdziwa jest często powtarzana informacja, że ze wzrostem mocy obliczeniowej musimy wprowadzać coraz bardziej skomplikowane hasła. Nie, inżynierowie znaleźli na to sposoby. Owszem, nie są do końca skuteczne, inna sprawa, ale dość skuteczne, że gdy mamy hasło trochę lepsze od „1234”, i jeśli nie nazywamy Julian Assange, prawdopodobnie możemy spokojnie spać.

Trochę zaskakujący wynik prucia hasła skłonił mnie do pokopania w sieci. Jak to jest dziś z bezpieczeństwem komputerowym? Konkluzja jest taka, że może być bezpiecznie. Może. A to, czy jest, zależy od użytkownika. Konkluzja jednak inna od oficjalnego biadolenia. Możesz zapewnić bezpieczeństwo, o ile nie popełniasz jakiś bardzo durnych błędów, jak instalowanie sobie trojanów.

W sytuacji, gdy systemy operacyjne zostały wyczyszczone z grubych błędów umożliwiających włamania, tak naprawdę jedynym problemem staje się głupota użytkownika. Kiedyś zasadniczym problemem był faktyczny brak zabezpieczeń w takich systemach jak Windows, w systemach uniksowych ciągle znajdowały się „dziury”, zazwyczaj procesy uruchamiane przez użytkownika, które pozwalały na uzyskanie praw administratora.

Dziś nie ma systemów operacyjnych niedostosowanych do pracy w sieci, a włamywacze zazwyczaj zatrzymują się na sprzętowych routerach, przez które przebić się nie daje. One także już stały się praktycznie zupełnie „szczelne”, choć kiedyś bywały podatne na ataki. Częste kiedyś wypadki „wejścia na maszynę” dziś są praktycznie nieznane. Czy zauważyliśmy, że tak naprawdę bezpieczeństwo w sieci mocno się poprawiło? Płacimy dość bezpiecznie za pomocą internetu, kupujemy bilety, załatwiamy sprawy w urzędach. To możliwe np. dzięki temu, że usługę z zamierzchłych czasów zwaną „telnet” zastąpił protokół ssh, czyli Secure Shell, protokół http szyfrowany https. I tak dalej. W sieciach Wi-Fi WEP zastąpił WAP2 obecnie WAP3, któremu podobno można ufać.

Niestety „nie wolno” tak tych spraw opisywać. To znaczy jeśli ktoś napisze, że w gruncie rzeczy problemem nie jest nawet znajomość narzędzi, ale głupota, to straci czytelnika. Tekst nie może się zaczynać od informacji, że „jest bezpiecznie”.

I to jest konkluzja, ku której zmierzam. Bo… no właśnie, nie warto pisać, gdy wszystko jest dobrze. Szczegółowe zagadnienie bezpieczeństwa komputerowego znakomicie ilustruje ogólny problem. Gdy nakaz straszenia rzuca się na kształtowanie opinii publicznej, to mamy problem.

Teraz panuje moda, aby widzieć w technice zagrożenie. Nie dostrzegamy faktów, że udało się zlikwidować problemy. Można odjechać daleko od komputerów i zauważymy to samo: jedynie biadanie się sprzedaje.

Nie wolno pisać, że to technologia załatwiła bardzo poważny problem zanieczyszczenia powietrza. Kiedyś w powietrze waliły ogromne ilości tlenków siarki, całkiem niedawno w miastach śmierdziało spalinami. Dziś, idąc ulicą obok korka samochodowego, czuję zapach rosnących obok krzaków jaśminu. Bo samochody mają sprawniejsze silniki i – co pewnie najważniejsze – katalizatory.

Z trudem do publiczności przebija się oczywista prawda, że praktycznie jedynym źródłem tak zwanego smogu w miastach są domowe piece, a nie silniki spalinowe. Ale jeszcze nie przyszedł czas na to, by ludzie zauważyli, że samochody elektryczne raczej zwiększą problem smogu, a nie zmniejszą go, bo kolejnym źródłem pyłów zawieszonych są opony, które same się ścierają i mielą na drobniutki pył nawierzchnię. A elektryki muszą by dużo cięższe od benzyniaków.

Technika za dobrze poradziła sobie z emisją pyłów. Spalanie już ich nie generuje, jest ich tak mało, że widać wpływ źródeł, które wcześniej nie miały znaczenia. Tak, czasami dociera do nas pył z Sahary. Z nim także trzeba wojować?

Z tego, że nie wypada dobrze pisać o tym, co wyszło laboratoriów, co wynika z nauki i techniki, mamy problem z antyszczepionkowcami. Że medycyna chroni nas przed takimi chorobami jak odra, nie wypada pisać, na medycynę wypada narzekać. Modnie jest straszyć koncernami farmaceutycznymi, eksperymentami w stylu doktora Wiktora Frankensteina, których nigdy nie przeprowadzano poza filmami SF. A ludzie już sami dojdą do tego, że może ich uratować jedynie tak zwana medycyna naturalna.

Mamy pasztet z GMO. Trzeba ponosić gigantyczne koszty na badania, tylko z tego powodu, że publiczność została przestraszona i nie rozumie, o co chodzi. A tak naprawdę rzecz w tym, że glikofosat stosowany do zwalczania chwastów może być stosowany w znacznie mniejszych dawkach od innych środków. Przez to uprawa jest nie tylko tańsza, ale potencjalnie bezpieczniejsza dla środowiska. Jest tylko ten problem, że załatwi on także rośliny uprawne. Wyhodowanie na drodze modyfikacji genetycznych kukurydzy odpornej na ten związek chemiczny rozpoczęło awanturę.

Dowcip w tym, że nie GMO jest potencjalnie niebezpieczne, ale ów glikofosat. Tymczasem publiczność wojuje z całych sił z GMO. Skutkuje to potencjalnie niewyobrażalnymi stratami w rolnictwie. GMO może być skutecznym sposobem na przykład na zanieczyszczenie środowiska metalami ciężkimi, na głód na świecie, ale o GMO wolno pisać tylko jako o straszaku.

Zagrożeniem są smartfony, zagrożenie stanowiła całkiem niedawno głośna muzyka, czyli technika Hi-Fi, o grach komputerowych wolno pisać jedynie źle, chyba że w pismach fanowskich. Plastik to dramat. Ostatnio modny stał się mikroplastik. Przy czym nie wiadomo jeszcze, czym grozi. Ale grozi.

Eksperyment z pruciem tego „1234” pokazał mi, jak daleko ten popularny obraz świata jest od rzeczywistości. Karmi się nas bajkami – po prostu. Nie kilka minut, ale kilkadziesiąt godzin. Tak, lepsze nawet tak głupie hasło, niż żadne, bo „oni i tak wszystko kontrolują”. Jeden ze skutków napuszonych tekstów o bezpieczeństwie jest właśnie taki, że zwykły użytkownik dochodzi do wniosku, że zabezpieczenie się jest tak trudne, że przekracza jego możliwości, i nie robi nic.

Obraz cyber(nie)bezpieczeństwa, jaki wyłania się z mediów, jest mniej więcej taki, że wiedzą o nas wszystko i wielkie rządowe organizacje, i wielkie korporacje. Banki śledzą wszystkie transakcje, strony internetowe rejestrują każde wejście, a nawet ruchy myszki (to akurat prawda), a ciemne, czające się w mitycznym DarkNecie gangi handlują danymi do naszych kart bankowych, numerami dowodów i bogi wiedzą, czym jeszcze. Jeśli podawane są rady, jak się chronić, to zwykle są one tak zawiłe i niezrozumiałe, jak ów wymóg używania znaków specjalnych w hasłach. I tak zwany zwykły user dochodzi do wniosku, że lepiej zaryzykować, a jak dojdzie do katastrofy, to będzie się martwił. Bo i tak nie rozumie, jakie to hasło ma być.

Ściągnij tekst:
Strony: 123

Mogą Cię zainteresować

Adam Cebula „Naturalizm zaskakujący”
Felietony Adam Cebula - 16 sierpnia 2019

Murzyni w środku Afryki starali się wskoczyć do wody kilka razy dziennie.…

Adam Cebula „Na początek pewna nudna przypowieść techniczna”
Felietony Adam Cebula - 15 czerwca 2016

Wbrew pozorom wcale nie chodzi o akumulatorki. Ani o bateryjki. Oto Adam Cebula i jego poszukiwanie…

Adam Cebula „Szlachetnie ciepło”
Para-Nauka Adam Cebula - 13 października 2014

W dawnej szkole wbijali, wtłukiwali nieszczęsnym uczniom do głów różnicę pomiędzy ciepłem a temperaturą. Ciepło…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!