Adam Cebula „Leczenie kompleksów”

Felietony Adam Cebula - 14 czerwca 2017

Foto: Adam Cebula

Co to jest fotografia uliczna? Street photo, jak wolą niektórzy, to nazwa pewnego gatunku (???) czy nurtu (?) w fotografii. Dla przeciętnego Kowalskiego „zabawa” wygląda tak, że fotograf szlaja się po ulicy z aparatem wyposażonym w obiektyw szerokokątny i łapie scenki uliczne. Że scenki, to… No właśnie, powiedziałbym, że to zbyt optymistyczne. Dla profana wygląda, jakby gostek szedł ulicą i cisnął migawkę, nie patrząc w wizjer.

Czy mówi ci coś nazwisko Henri Cartier-Bresson? Jeśli nie pasjonujesz się fotografią, pewnie nie. Zdjęcie mistrza, o którym bodaj najczęściej się pisze, to „Za dworcem Świętego Łazarza”, czyli fotografia człowieka skaczącego przez kałużę. Swego czasu opisywałem historię, jak na portalu fotograficznym ktoś wrzucił inne zdjęcie Bressona, dla fotografów równie ikoniczne, podstawowe jak Pan Tadeusz dla literatury polskiej. No i fotę odrzucono, bo za słaba… Pewnie na wiarę musisz przyjąć istnienie takich mistrzów jak nasz Tomasz Sikora, bo nie wierzę, że po obejrzeniu jego zdjęć na przykład tu padniesz na kolana ze słowami: „Mistrzu!”.

Mamy takie wyobrażenie, że „normalny” fotograf stara się, wyszukuje jakiś interesujący widok, zaskakującą scenę, dobiera ładne modelki, czatuje na egzotyczne ptaki, czeka na niezwykłe wschody i zachody słońca. Podejrzewamy, że nie będzie nas częstował widokami, jakie każdy codziennie widzi; tym bardziej efektem przypadkowego duszenia migawki, w wyniku którego nie sposób się często dopatrzeć, co gość chciał cyknąć.

Jest taki utwór muzyczny, mniejsza że ponoć dydaktyczny, który sprokurował słynny węgierski (albo austro-węgierski) kompozytor Béla Bartók. Jeden z moich znajomych, uraczony nagraniem dzieła, stwierdził, że zapewne artysta miał kota, kot chodził po klawiaturze, a że mistrz był nie lada mistrzem, zdążył spisać rzecz całą na pięcioliniach.

Kogo zachwycił ten… Słowacki? Ten właśnie, co wielkim poetą był, bo zachwyca? Nie ma chętnych? Proust? Robert Musil? Spuśćmy z tonu: Stanisław Lem?

Otworzył drzwi. Sterownia wyglądała jak sala tronowa. W szkłach martwych ekranów zobaczył się jak w lustrze kapelusz do reszty stracił fason od deszczu, z walizką, w jesionce, robił wrażenie zabłąkanego mieszczucha.

Głupia sprawa, że wielka sztuka jest zawsze w jesionce, zdefasonowanym, smutnym kapeluszu, i zmoknięta. Nawet gdy chodzi o kosmiczne przygody.

Generalnie mamy taki problem, że im większa sztuka, im większy Mistrz, tym trudniej z jego dziełami obcować. Trudno odróżnić coś, co ma rzeczywistą wartość, od kompletnego chłamu, malarstwo od paciania pędzlem po płótnie, fotografię od chaotycznego pstrykania bez żadnego porządku, namysłu i zastanowienia, pisanie od bredzenia, muzykę od łażenia kota po klawiaturze.

Jeśli przyjrzeć się mistrzom, to trudno znaleźć wyróżnik, który pozwoliłby przypisać dziełu jakiś kunszt czy chociażby wyjątkowość. Co najważniejsze, zawodzi nas podstawowe narzędzie do rozpoznawania sztuki: poczucie piękna. To, co widzimy, czytamy, słuchamy – jest brzydkie. Kontakt z tym czymś sprawia przykrość. Czy nie jest tak, że normalny człeczyna, stając przed obrazami Picassa, ma zgryz? Gdyby dzieł nie podpisano lub opisano, trudno stwierdzić, czy nie było tak, że może jakiś leszcz mazał na odlew po płótnie i jaja sobie robił albo dzieciarnia się bawiła.

Powstaje poważne podejrzenie, zwłaszcza w przypadku tak zwanej sztuki wysokiej, że jesteśmy robieni w balona. Artysta, odrzucając ludzkie kryteria, z których najważniejsze jest to, żeby się podobało, rżnie niezrozumiałą awangardę, a w rzeczywistości, nie mając zielonego pojęcia o obsłudze aparatu, wali na oślep wszystko, co się pod obiektyw nawinie, dorabiając później ideologię do dzieła. Nie podoba się, sprawia wrażenie chaosu? Ano, Kochany Widzu, nie rozumiesz Wielkiej Sztuki, jesteś niewyrobionym profanem, który powinien się wstydzić i  ciężko pracować nad sobą, by w końcu dostąpić wtajemniczenia i móc obcować z dziełami najwyższego wyrafinowania. Wysilasz się, a tu nadal nic? Ani trochę nie chce się ci podobać, unosić cię ku boskim błękitom? Ciągle widzisz, słyszysz chaos? Trudno! Znaczy, biedaku, żeś nie z tych Wybranych, nie z arystokracji artystycznej, pogódź się, że nie każdy dostąpi wstąpienia w szeregi kulturalnych elit.

W historii jest bez liku przykładów na to, że coś, co początkowo było odrzucane, uznawane właśnie za kit, udawanie czy właśnie nieudacznictwo, coś, co ludzi odrzucało zamiast przyciągać, zostawało w końcu uznane za arcydzieło. Jak drogi czytelniku powinieneś pamiętać z lekcji polskiego, tak właśnie było z Mickiewiczem i jego dziełami. Wytykano mu na początku pospolitość, nieumiejętność rymu (cokolwiek to znaczy). Beethoven został opisany przez jakiegoś krytyka jako „dzikie zwierzę”. Zapewne najlepszy jaki po kuli ziemskiej chodził kompozytor, Jan Sebastian Bach, został za życia praktycznie zapomniany, a jego dzieła odkryli na nowo romantycy. Pasja według św. Mateusza (BWV 244) została przedstawiona światu po prawie stu latach (bez miesiąca). Wydobył ją z archiwum i zapomnienia Feliks Mendelssohn.

Jeśli się rozejrzeć, to odrzucenie jest jednym z niemal koniecznych atrybutów wielkiej sztuki. Grozę i zamęt budzili i impresjoniści, i to, co przyszło w malarstwie po nich. Kubizmy, abstrakcjonizmy, i co tam jeszcze wymyślono. Jeśli do terminu „nowoczesne malarstwo” dodamy jeszcze słowa „tak zwane”, to wiadomo, że chodzi o coś, czego oglądać się nie da. Franz Kafka, jak powszechnie wiadomo, został odkryty po śmierci. No… nie do końca prawda, bo jego twórczości nie spotkało to, co się stało z poezjami Norwida, który zmarł w Domu św. Kazimierza na przedmieściu Ivry na peryferiach Paryża, czyli w przytułku. Pisma Norwida miała spalić usługująca tam zakonnica, która widziała w nich rękę diabła. Kafka jednak za życia – przynajmniej w swoim środowisku – był uznany za być może nawet geniusza, Max Brod nie zniszczył zgodnie z życzeniem jego dzieł, bo wiedział, ile są warte. Prawdą natomiast chyba jest to, że „należną sławę” Kafka uzyskał dopiero długo po śmierci.

Rozgłos to coś innego niż sława. Wielu artystów zaczynało od tzw. „taniego rozgłosu”, który dopiero po ich śmierci zmieniał się w sławę. Rozgłos towarzyszył Matejce – podobno nawet nieporównywalnie większy niż Andy’emu Warholowi. Owszem ten drugi miał o wiele większą rzeszę odbiorców swej sztuki, ale wokół Matejki rozgrywały się (ponoć…) sceny histerycznego uwielbienia. A jednak „Bitwa pod Grunwaldem” dopiero wiele lat po śmierci artysty, po przetrwaniu miażdżących krytyk, historycznych niedoli, kilku przewrotów w malarstwie i po pogodzeniu się żarliwych obrońców wysokiej sztuki ze słabościami dzieła, stała się dziedzictwem narodowym, dobrem pokoleń i co tam jeszcze da się wymyślić i otytułować.

Skąd się wzięła Mona Lisa w kulturze świata? No… namalował ją Leonardo z Vinci – odpowie prawie każdy. Otóż namalował i przez kilka wieków była jednym z tysięcy obrazów z czasów Renesansu w posiadania Francji. Sławę zapewne zawdzięcza panu zwącemu się Walter Horatio Pater, który w chyba eseju (sądząc po przydługich cytatach w Wikipedii) obiecał oglądającym dzieło niemal mistyczne doznania. Otóż jego dzieło sławiące Giocondę miało powstać około 1869 roku. Jeśli przyjąć, że obraz był malowany w latach 1503-1506, to na należną chwałę czekało – bagatela – jakieś 363 lata.

Ściągnij tekst:
Strony: 12

Mogą Cię zainteresować

Adam Cebula „Politpunk, czyli dlaczego katastrofa musi się zdarzyć”
Felietony - 12 czerwca 2019

Mamy akurat taki czas, że poprzez tak zwane media przelewa się fala…

Adam Cebula „Matrix, matrix wszędzie!”
Felietony - 27 października 2017

Pewnie to już kilka razy pisałem: za młodych lat brakowało mi filmów…

Adam Cebula „Wernyhorzenia ciąg dalszy”
Felietony - 1 września 2014

Tak sobie pomyślałem, że gdybym miał napisać na cito jakiś tekst w konwencji fantastyki naukowej, i na dodatek tak,…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!