Adam Cebula „Litości dla zaradnych!”

Felietony Cintryjka - 3 września 2015

Lodówka artystycznaW życiu trzeba sobie jakoś radzić, powiedział baca, zawiązując buta dżdżownicą. Adam Cebula zasadniczo się z nim zgadza, choć wolałby, żebyśmy radzili sobie mądrze.

 

Jest coś, co mnie ciągle popycha do konfliktów z tak zwanym otoczeniem. Czyli ludźmi, z którymi się spotykam. Kiedy analizuję okoliczności, to niespodziewanie dochodzę do wniosku, że mam pewną cechę, która prawdopodobnie leży w zasadach gatunku zwanego Science Fiction. Może przesada, ale…

Idę sobie kiedyś w pracy z butelką PET z zamrożoną wodą. Pewien człowiek pyta: po co to? Ano… Mam pomysł. Jak są upały, stawiam tę butlę u wylotu zasilacza komputera. Aby nieco schłodzić otoczenie. Cel jest co najmniej dwojaki: bezpieczeństwo sprzętu i w mniejszym stopniu trochę własnego komfortu.

– Bez sensu! – prawie krzyczy mój rozmówca. Bo? Bo lodówka, zamrażając wodę, wydziela ciepło, znacznie więcej ciepła, pomieszczenia się ogrzewają jeszcze bardziej… Po prostu kompletnie bez sensu. Mówię, że lodówka stoi w innym pomieszczeniu, oddzielonym korytarzem, w którym hula wiatr. Nie ma szans, by to pomieszczenie ogrzało pokój, w którym stoi komputer.

– Bez sensu…

Przyznam szczerze, że się trochę przejąłem. Ustawiłem termometr. Pomiary nie wykazują sensu działania, niestety, jedynie zmiany temperatury. Bez cienia wątpliwości oddalają podejrzenie, jakoby procedura miała ogrzać pomieszczenie, które chcę ochłodzić. Bez cienia wątpliwości pokazują, że otoczenie zasilacza bez lodu jest cieplejsze, a z lodem zimniejsze. Różnica jest, jak na takie operacje, znaczna: ciut ponad 1 (1,2) stopień Celsjusza. Ale bez sensu. Co mi tu będzie taki mierzył?!

Uznałem, że jesteśmy na etapie problemu psychologicznego. Prosta kalkulacja pokazuje, że operacja się może opłacać. Butelka liczy sobie 1,5 litra pojemności. Ciepło topnienia lodu wynosi w kaloriach 80 Kcal/kg. Czyli przyniesienie takiej butli działa, jakbyśmy wnieśli do pomieszczenia beczkę 120 litrów wody o temperaturze w okolicy 0 stopni i pozwolili się jej ogrzać o 1 stopnień Celsjusza. Kto w upał miał dostęp do beczki piekielnie zimnej wody, ten wie, że to chłodzi.

O ogrzewaniu przez lodówkę czegokolwiek mowy nie ma, bo część okien w budynku jest dziurawych i takie ilości ciepła, jakie może wyprodukować chłodząca butelkę z wodą maszyna, ulatują w przestrzeń bez śladu. Zwłaszcza że woda mrozi się w nocy, gdy jest zwykle nawet o kilkanaście stopni zimniej , a komputer jest wyłączony.

Czy różnica 1 stopnia Celsjusza ma znaczenie? Kto walczył z upałami, wie, że wyczuwa się zmiany nawet w granicy 0,1 stopnia, a gdzieś w okolicy trzydziestu trzech, trzydziestu czterech stopni Celsjusza chłodzące właściwości wentylatora przekręcają się na grzanie. W tej okolicy 1 stopień ma po prostu zasadnicze znaczenie.

Psu na budę pomiary, argumenty, powiedzmy, przemawiające do wyobraźni w postaci beczki 120 bardzo litrów zimnej wody. Puknij się w łeb, chłopie, co ty wyprawiasz?

Jeszcze goręcej oprotestowano mój pomysł z tego samego cyklu, mianowicie – jak sobie zrobić indywidualną klimę. W upał wyjątkowo źle się myśli. Że dopadła mnie konieczność wysmarowania pewnego dzieła w czasie, gdy temperatura przekraczała 33 stopnie Celsjusza, a myśli koncentrowały się jedynie na gorącu, wykoncypowałem sobie, że wystarczy schłodzić powietrze, którym człek oddycha. Konstrukcji z użyciem inhalatora nie mogę polecić. Natomiast mogę stwierdzić z całą pewnością: to działa i to dobrze. Wystarczy parę sztachów powietrza o temperaturze w okolicy 20 stopni, by przestać czuć te panujące na zewnątrz plus trzydzieści.

Zasadę działania takiej klimy łatwo wyjaśnić: człowiek, wdychając powietrze, ogrzewa je do jakiś trzydziestu sześciu stopni, tym sposobem poprzez oddychanie traci mnóstwo ciepła. Ten efekt prawdopodobnie sprawia, że w mrozy można dość bezpiecznie walnąć szklankę samogonu (dobra, nie próbowałem, ale po wielekroć słyszałem opowieści) i po przejściu dwóch, trzech kilometrów nawet nie czuć tego. Organizm w tych warunkach musi spalić wszystko, co może, by utrzymać temperaturę wdychanego powietrza.

Gdy temperatura wdychanego powietrza wynosi 33 stopnie, potrzebuje ono jedynie minimalnej ilości ciepła by osiągnąć fizjologiczną temperaturę. Obniżenie temperatury do 20 stopni zwiększa to zapotrzebowanie, bagatela, ponad 4 razy. Dlatego schłodzenie wdychanego powietrza jest niezwykle skutecznym i efektywnym sposobem. Jak w poprzednim wypadku, wystarczy kilogram lodu, by zrobić sobie dobrze na jakąś godzinę.

Gdzie tkwi cymes pomysłu? W tym, że moc cieplna maszynerii wytwarzającej chłód może być drobnym ułamkiem tego, co normalnie musi dać z siebie regularna klima. Łatwo to wyliczyć. Człowiek potrzebuje około 6 do 8 litrów powietrza na minutę. Oznacza to zapotrzebowanie na schłodzenie 0,1–0,2 grama masy powietrza o powiedzmy 10 stopni Celsjusza. Potrzebna moc cieplna to kilka, może kilkanaście watów, w zależności od sprawności maszynerii. Czyli da się coś takiego zrobić, na przykład na elementach Peltiera, i będzie to żarło tyle mocy, ile potrzebuje mała żarówka do lampki nocnej. Dlatego niewielka ilość lodu starczyła mi na wykonanie roboty.

Moc cieplna „prawdziwych” klim to od kilku do kilkunastu kilowatów, od 100 do 1000 razy więcej…

Szczerze mówiąc, kilka razy zamierzałem się na zrobienie porządnej maszynerii, trzeba by tylko jakoś rozwiązać tę maseczkę na twarz, aby nie przeszkadzała, reszta to pryszcz, nie trzeba nawet wyprowadzać ciepłego powietrza z mieszkania, takich ilości ciepła zwyczajnie się nie poczuje. Niestety efekt cieplarniany nawala coraz bardziej i nim gorąc zmusi mnie do wysiłku, to słupek rtęci spada do wartości, w których chciałoby się, wręcz przeciwnie, dogrzać. Owszem, ze dwa, trzy razy wypróbowałem metodę z sukcesem i mogłem się przekonać, jaką grozę potrafi u niektórych wywołać.

Problem psychologiczny wyczuwam przy innych moich rozwiązaniach. Kilka razy pisałem, że do fotografowania używam lamp błyskowych, oczywiście fotograficznych. Cóż w tym niestosownego? Bo to na przykład są „ruskie sieciówki”. Bo wykonałem samodzielnie układy synchronizacji błysku. Bo do fotografowania lampy muszą mieć tak zwaną automatykę. Jak nie mają, to są… no… chyba, nieważne.

A jak zrobiłem zdjęcia i wszystko jest git, to co?

Od dawna zachodzę w głowę, jak to zjawisko funkcjonuje. Czy to coś ze mną, czy wręcz przeciwnie? Dlaczego akurat mnie się zdarza nadziewać na takie sytuacje? Szukam guza?

W przypadku choćby fotografii nie mam najmniejszych wątpliwości: tak robią tak zwani zawodowcy. Tu rzecz polega na tym, że wiemy dokładnie, jaki chcemy uzyskać efekt: niczego nie zostawiamy przypadkowi. Nie ma znaczenia, jakich lamp używamy, bo wiemy dokładnie, co chcemy uzyskać, i gdy jest coś nie tak, widzimy, poprawimy, dopieścimy do stanu pożądanego.

Dlaczego nie wolno mi używać ruskich sieciówek? Bo to zamach na ład tego świata. Nad widzeniem rzeczywistości przez pewnych ludzi unosi się porządkujące wszystko fatum, może przeznaczenie, zwać można różnie, ale chodzi o to, że jest to coś, co przekracza ludzkie moce i zmysły. Jak byś nie kombinował, Odyseuszu, d… z tyłu, jak miał napisać w wypracowaniu pewien przejęty lekturą uczeń technikum, dając tym wyraz głębi zrozumienia greckiej wizji porządku rzeczy.

Ściągnij tekst:
Strony: 12

Powiązane wpisy

Adam Cebula „Szlachetnie ciepło”
Para-Nauka - 13 października 2014

Kolejny artykuł alarmistów klimatycznych owszem, wkurzył mnie, ale skłonił do napisania czegoś w rodzaju przytyku…

Red-Akcje 1.09.2015
451 Fahrenheita - 1 września 2015

Błoto, deszcz czy słoneczna spiekota, wszędzie słychać wesoły bredni szum, to panoszy się…

Adam Cebula „Prawie”
Felietony - 22 sierpnia 2014

Zebranie większej liczby obserwacji w jednej dziedzinie często prowadzi do uogólnień, które dotyczą czegoś…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!