Adam Cebula „Majsterklepka czyli groźny haker”

Felietony Adam Cebula - 29 stycznia 2013

Kim jest haker? W tak zwanym medialnym pojęciu to groźny osobnik, który coś tam robi i wyłączają się światła na ulicy, wariują komputery, a hydranty wystrzelają niczym rakiety na Księżyc.

Haker jest zapewne osobnikiem narodzonym gdzieś na początku tej nowszej informatyki, gdy bywała ona jeszcze cybernetyką i nie bardzo chciała się zdecydować, czym tak naprawdę ma być: poważną technologią czy nurtem pop-artu, jakim jest właściwie dzisiaj. Informatyka popularna, komercjalna, zajmuje się dostarczaniem gadżetów; nie rozwiązuje problemów, raczej ich dostarcza.

Złośliwe rzeczy przedstawienie służy wyjaśnieniu zawiłości postaci hackarza, którego kiedyś wymyślił Piotrek Surmiak. Ów nasz hackarz, nie ten z powieści, ale rzeczywisty, wychodzi z założenia, że pomimo wszystko komputra da się użyć do różnych przydatnych rzeczy i często-gęsto są to zadania, których producent nie przewidział. Na przykład możesz na tak zwanym domowym pececie zainstalować ów dziwaczny system Linux i wtedy na przykład silniejsza maszyna może służyć za serwer, zaś kiepściejsza za terminal. Możesz udostępniać moc obliczeniową choćby na terenie swojego domu, i w ten sposób opóźnić kupowanie kolejnych płyt głównych i procesorów.

Po wielekroć już pisałem, że taki był plan. Komputer to maszyna budowana dla ludzi, którzy na komputrach się znają. Zadaniem projektanta maszyny jest nieograniczanie użytkownika. W rzeczy samej, hackarz to user, który próbuje korzystać z maszyny zgodnie z jej przeznaczeniem. Może odrobinę więcej: dość często haker dostrzega możliwości, których nie zauważył (albo chciał wręcz je usunąć) producent urządzenia.

Tak naprawdę hakerom zawdzięczamy nową klasę produktów: „superkomputery” na bazie kart graficznych. To oni zauważyli, że to coś, co zostało zaprojektowane pod bardzo wąską klasę zadań, pomimo wszelkich ograniczeń daje się jednak zastosować poprzez odpowiednie oprogramowanie do prowadzenia złożonych równoległych obliczeń.

Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że ludzie zajmujący się bezpieczeństwem systemów komputerowych wykonują robotę, którą przypisuje się – jako najbardziej charakterystyczną – hakerom. Szukają sposobów na złamanie systemów. To oni bardzo często pokazują, że firmy nas zwyczajnie nabierają, że zabezpieczenia, które nam oferują, są często prymitywną ściemą. Jedna z najśmieszniejszych historii dotyczy np. szyfrowania dokumentów w pewnej flagowej suicie biurowej. Okazało się, że owszem, do otwarcia pliku potrzebne jest hasło, ale tylko w produkcie tej firmy. Wystarczyło użyć innego programu, a nie tylko ukazywał się cały dokument, ale i to tajne hasło.

Kim w rzeczywistości jest haker? To ktoś, kto się zna i nie dowierza firmowym zapewnieniom. Ktoś, kto miesza w obrazie świata zbudowanym przez speców od marketingu. Ktoś, kto w istocie chroni nas przed oszustami i brakorobami. Ktoś, kto pokazuje, że można pomimo nadętych min tak zwanych fachowców zrobić coś całkiem inaczej, taniej, że owi eksperci są często samozwańcami. Że robią nas w konia. Oraz jak się przed tym strzec.

Włamań komputerowych dokonują crakerzy. Jak ich zwał, to inna sprawa, ale to też całkiem inna kategoria ludzi. Craker jest biernym konsumentem wiedzy wyprodukowanej przez hakera. Craker żywcem kopiuje skrypty i używa ich do włamań, często produkuje narzędzia do prostych tricków, takich jak łapanie ludzi na oszukańcze strony internetowe. Lecz nie jest typem poszukiwacza, dociekliwym eksperymentatorem. Jego wiedza jest zwykle mizerna. Sukcesy są przypadkowe, rzadko bywają podparte jakąś solidną i zorganizowaną robotą. Różnica jest taka, że o prawdziwych hakerów biją się koncerny, aby ich zatrudnić, czasami tylko dla prestiżu, że stać ich na taką gwiazdę, zaś crakerzy to ludzie, których wywala się ze szkół i z roboty. Ale to haker budzi grozę. Choć w rzeczywistości to facet, który pokazuje drogę, jaką prawdziwi włamywacze mogą się dostać.

Kim jest majsterkowicz? Ostatnimi czasy postać obśmiewana. Samoróba jest symbolem czegoś kiepskiego czy wręcz niebezpiecznego. Jakoś tak się porobiło, że w ostatnim czasie taki pan „zrób to sam” staje przedmiotem kpin, symbolem zacofania, dziwaczenia i do tego przedstawia się go jako kogoś stanowiącego zagrożenie dla społeczeństwa. Bo na przykład weźmie i coś naprawi, a samodzielna naprawa czegokolwiek z definicji grozi. Nie za bardzo wiadomo czym, ale przyjęło się mówić i pisać, że grozi. Naprawiać powinien tak zwany fachowiec. W ogóle społeczeństwo dzieli się na fachowców, ekspertów i całą resztę. Reszta ma słuchać i wynajmować tych pierwszych.

Najgorzej, gdy owa reszta zaczyna się zajmować tym, co wolno tylko fachowcom. Przykro, do tej pory pisałem o rzeczach prawie socjologicznych, uniwersalnych i zrozumiałych. Zrozumieć musisz, że wiedza o świecie współczesnym bez wiedzy o technologii jest niczym ów cymbał grzmiący albo miedź brzęcząca. Aby cokolwiek była warta, trzeba nie tylko odróżniać samochód od konia (był taki kawał o bacy w zoo), ale też konia mechanicznego od kilowata, i to pomimo tego, że są dość do siebie podobne… Taka przykrość: aby wypowiadać się o roli auta w życiu współczesnego człowieka, przydałoby się zajrzeć po maskę, umazać łapska w towocie i zrozumieć, czym jest pojemność skokowa, oraz wyliczyć suwy i ich funkcję w silniku, a jakże, czterosuwowym. Musi być coś o technice, jeśli nie chcemy tylko czystego popisu gadulstwa.

W roku 2012 Polcon odbywał się we Wrocku. Zostałem zaangażowany do zaopiekowania się częścią wykładów. Uznałem, że dobrze byłoby wykonać kilka zdjęć. Dokumentalnych. Dokumentalne to znaczy wyraźne. Nie jakieś artystyczne, czyli rozmazane, nie, każdy powinien się na nich rozpoznać.

Fotografia, taka artystyczna, ludziom się kojarzy z wernisażem. Ściszone głosy, ważenie opinii, to panie kolego wyszło, tamto chyba by można inaczej. Fachowość, co oznacza zgodę co do kanonu wiedzy, powściągliwość w wyrażaniu opinii.

Focistą jestem jak najbardziej amatorskim. Aliści pochodzę z czasów (ha, wypada o sobie mówić, pochodzę z czasów, gdy człek z wolna staje się zabytkiem), gdy wypadało ciut na fotografii się znać. Więc wiedzy tyle, że gdy spojrzałem na miejsce, które trza obpstrykać, zauważyłem problem. Jak ludzie na zdjęciu, to przez to, że żywi ludzie się ruszają, czas najlepiej jakby był gdzieś około 1/400. Nie można zejść poniżej 1/50, bo zaczną wychodzić zdjęcia artystyczne. Jednocześnie muszę użyć dość dużej przesłony, bo będę chciał sfocić salę z ludźmi, a ta jest długa i szeroka. Nie mogę użyć wysokich czułości ISO, bo na ciemnych ubraniach powyłażą kolorowe plamy.

Dobrze by było mieć sporo światła. Na taką okoliczność firmy mają gotowe rozwiązanie: systemowe lampy ze sterowaniem podczerwienią. Lampa systemowa, czyli lampa firmy Canon do aparatu Canon, i taka, która nie jest atrapą, owszem atrapę też można nabyć, taka co daje dużo światła, kosztuje jakieś półtora kafla do dwóch. Do tego przydałby się sofbox i statyw do światła. Lamp potrzebuję dwu, co najmniej, statywu z softboxem nie ma gdzie ustawić.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234

Mogą Cię zainteresować

Fantazmaty. Tom I
Aktualności Fahrenheit Crew - 18 kwietnia 2018

Zespół Fantazmatów upublicznił pierwszy tom antologii, w której znalazło się dwadzieścia opowiadań.

Fahrenheit nr 21
Archiwum Fahrenheita Fahrenheit Crew - 1 marca 2001

FAHRENHEIT NR 21 03-2001 / 04-2001 DZIAŁY STAŁE SPIS TREŚCI WSTĘPNIAK – Gin…

Dwa w jednym
Recenzja fantastyczna nimfa bagienna - 31 października 2017

Dawno, dawno temu, w tej samej Galaktyce, była sobie pewna cywilizacja (nie będę tu wchodził…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!