Adam Cebula „Matrix, matrix wszędzie!”

Felietony Adam Cebula - 27 października 2017

Pewnie to już kilka razy pisałem: za młodych lat brakowało mi filmów fantastycznych. Literatura była jakoś tam dostępna, ale sieriozna doktryna socrealistycznej kultury nie dopuszczała marnowania państwowych pieniędzy na próżną rozrywkę. Filmy były ciężko-realistyczne, w ramach owej oficjalnej linii artystycznej nawet mocno antykomunistyczne – godzące w sojusze, w marksizm z leninizmem, prześmiewcze, psychologiczne, prorocze czy cokolwiek innego kto zapragnął, ale fantastyki było w dostępnej kinematografii co kot napłakał. No i jakby na złość babci – odwróciło się o sto osiemdziesiąt stopni.

Teraz w kinie, nie tylko fantastycznym, co rusz Obcy, niezwykłe wynalazki. No i nie tylko przesyt, ale i dojmujące poczucie braku. Czego? Chyba… fantazji. Prawie w każdym filmie nadziewam się na taką wkładkę fantastyczną, po której mnie zwykle trafia szlag, bo znalazła się ona tam, ponieważ komuś zabrakło pomysłów. Co gorzej – ba dużo gorzej – zarówno w filmach i literaturze fantastyka naukowa zaczyna udawać rzeczywistość, i to już najbardziej wq… znaczy… tego… denerwuje. To zabieg znany już od starożytności. Deus ex machina, czyli w oryginale spuszczany na sznurku aktor, który gra boga rozwiązującego zwykle zbyt zawikłaną akcję. Termin wprowadzony przez Eurypidesa. Autor może się tym posłużyć bardzo sprytnie i efektownie, ale zazwyczaj oznacza to fabularną katastrofę. Odbiorca, wyrywany brutalnie ze świata przedstawionego, może podejrzewać, że pisarzowi czy scenarzyście brakuje wiedzy, jak działa rzeczywistość lub (co najgorsze) zabrakło pomysłu, co dalej. Wyjątkowo irytuje nieoczekiwane złamanie konwencji, choć czasem jest ono dopuszczalne. Taki chwyt zastosował St. Lem np. w
Śledztwie”, gdzie z kryminału jesteśmy katapultowani do mocno filozoficznej SF. Podobnie dzieje się w „Katarze”.

Niestety, często ten zabieg przeprowadzany jest nieudolnie. Szczególnie zgrzyta taka przewrotka, gdy zaczyna się od konwencji czegoś, co nazywa się bodaj fabularyzowanym reportażem, i okolic tego gatunku. Wydaje się czytelnikowi czy widzowi, że będzie miał do czynienia z twórczością, której głównym walorem ma być realizm, przekazanie wiedzy o tym, jak na przykład działa policja albo szpital. A tu mamy luźne fantazje. „CSI: Kryminalne zagadki Las Vegas” to jedno z takich moich rozczarowań. W istocie możliwości, jakimi dysponuje prezentowane w filmie laboratorium, są bardziej Fi niż Sci. Ich analizatory (jak to nazwać?) są takie trochę ze Star Treka. Wydaje się, że po włożeniu do nich próbki farby powinny podać nazwisko i adres malarza. Podają tymczasem z niezwykłą dokładnością składy różnych bardzo dziwnych substancji i to niemal natychmiast i z niezwykłą dokładnością.

Skąd się biorą takie pomysły?

Gdy 15 stycznia 2009 roku lot US Airways 1549, którym dowodził Chesley Sullenberger, wodował szczęśliwie na rzece Hudson, to dzięki analizie DNA udało się określić nie tylko jaki gatunek ptaków spowodował katastrofę, ale nawet ich pochodzenie. Uniewinnione zostały gęsi z pobliskiej kolonii ptaków, winne były gęsi wędrowne aż Kanady. Niezwykłe. Ale o ile pamięć mnie nie myli, na wyniki trzeba było poczekać miesiące.

Wcisnąć w fotel może wynik analizy za pomocą tzw. spektrometru masowego. Można wziąć dwa kawałki metalu i stwierdzić, że na przykład pochodzą z tej samej partii gwoździ. Badanie to owszem, pozwala wyznaczyć z wielką dokładnością skład chemiczny tak, że stanowi on rodzaj unikalnego odcisku palca, bo wyłapiemy śladowe ilości pierwiastków i określimy ich wzajemne proporcje, które będą charakterystyczne dla jednego cyklu produkcyjnego. Piękne, wstrząsające, ale zadziała tylko czasami. Badanie wymaga, by materiał rozpylić na pojedyncze cząsteczki, co oznacza, że np. niektóre związki organiczne mogą się rozpaść na jakieś prostsze. Wielu substancji zbadać się nie da, dla innych potrzebne są specjalne techniki. Z badania nie wynikają informacje nawet typu „to jest węgiel”, i gdy się nie ma tzw. widma wzorcowego, wyznaczonego dla czegoś o znanym składzie, możemy się ostro pomylić.

Magiczne metody działają raczej wyjątkowo i nawet w sytuacjach, w których w powszechnej świadomości problemu nie ma. To jest kłopot i to w bardzo typowych i powtarzających się sytuacjach. Na przykład trudno jest wykryć wszelkie ładunki wybuchowe domowej produkcji, bo zawierają substancje normalnie obecne w naszym otoczeniu, takie jak np. saletra amonowa (popularny nawóz). Trudno zrobić wykrywacz, który nie dawałby na okrągło fałszywych alarmów.

Lista kantów fabularnych w sensacyjniakach jest bardzo długa. Nie da się odzyskać z dysku danych po wydaniu komendy shred, nie da się magicznie wyostrzyć obrazu poniżej progu rozdzielczości obiektywu, złamać hasła do serwera nawet potężnym superkomputerem NSA, o ile to hasło nie jest idiotycznie proste. Nawet robienie zdjęć ludziom, gdy odległość przekracza 300-400 metrów, robi się trudne z powodu falowania powietrza. Pomimo że niby satelity to robią. Zaś mikrofony kierunkowe dobrze nadają się do nagrywania śpiewu ptaków, ale zdecydowanie gorzej do podsłuchiwania rozmów ludzi.

Fabularna wpadka, którą zapamiętałem na całe życie, pochodzi z na pozór bardzo porządnego pod względem faktograficznym serialu „07 zgłoś się”. W jednym z odcinków występuje gang fałszerzy złotych monet. Byłoby prawie w porządku, gdyby na końcu nie okazało się, że owe monety zostały wykonane ze szkła ołowiowego – i jak stwierdził sam porucznik Borewicz – idealnie dobrano ich wagę. Aż jęknąłem, ponieważ jako czytacz „Młodych Techników” doskonale pamiętałem, skąd się wzięło prawo Archimedesa. Próba opierała się na tym, że złoto ma największy ciężar właściwy z materiałów dostępnych zwykłemu śmiertelnikowi. Jedyna substancja, jaką dałoby się złoto zastąpić, to zubożony uran, który w czasach peerelu zapewne leżał sobie na Bazarze Różyckiego w obniżonej cenie. Szkło ołowiowe ma kilka razy za małą gęstość. Różnica jest nie do ukrycia.

Sprawny pismak, wiedząc takie rzeczy, podskoczyłby z radości, bo filmowa wszechmoc w literaturze jest śmiertelnie nudna. Dobra akcja opiera się na tym, że nie jest łatwo, i trzeba sobie jakoś z tym poradzić. Czytelnik fantasta ma w głowie zbiór prawdziwych zazwyczaj ciekawostek ze świata nauki i bardzo mile go łechce dodawanie czegoś do (z?) tej kolekcji. Bardzo zgrzyta mu, gdy autor okazuje się nie znać jakichś anegdot.

Science fiction to elitarny gatunek unoszący się w niewielkiej odległości od realnego świata. Inne nurty – ot, choćby fantasy i wszelkie mutacje urban fantasy, horror (który wprowadził w swojej formie do literatury Edgar Allan Poe), fantastyka grozy (którą uprawiał Howard Phillips Lovecraft) miały jeden chyba zasadniczy atut, który dał im powodzenie: fantazja autorów rozsadzała ustalone w innych gatunkach światy. Oni zwyczajnie wymyślili coś całkiem nowego i ta egzotyka ratowała czasami nie do końca spójną fabułę, bo mocą dowolnego nurtu fantastyki jest oczywiście fantazja.

Ściągnij tekst:
Strony: 123

Mogą Cię zainteresować

Adam Cebula „R20”
Para-Nauka Adam Cebula - 25 maja 2018

Czy ktoś pamięta baterie R20? A owszem, tym czymś jeszcze się handluje. Lecz to jedynie wywołanie…

Adam Cebula „Net na głodzie”
Felietony Adam Cebula - 29 lipca 2016

Adama Cebulę nawiedziła wizja netu jako misia wypchanego bezwartościowymi pakułami. Przerażająca była…

Raphael Klyme „Toma i P.S.O.T. Omanoid”

Książka, która wyprzedza przyszłość. Wydawnictwo Skrzat zaprezentowało właśnie powieść science fiction, która…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!