Adam Cebula „Miłość bubla”

Felietony Adam Cebula - 25 września 2013

Miłość bubla.

Kilka dni temu odbyłem chyba dość emocjonalną rozmowę na temat czegoś, co dla tak zwanego normalnego człowieka jest prawie niezauważalne, a nawet, śmiem twierdzić, średnio rzecz biorąc, w ogóle nie do dostrzeżenia. Byt abstrakcyjny, coś jak dobro ludzkości, wiemy, że jest, ale jak wygląda? To coś nazywa się Network Menager i występuje w dystrybucjach Linuksa. Jedna z cech owego – niewątpliwie genialnego – rozwiązania jest taka, że pilnie jest poszukiwana odpowiedź na pytanie : „Jak to cholerstwo wyłączyć?”.

Dla tak zwanego zwykłego użytkownika dziś zapewne nie istnieje za bardzo problem kompatybilności lamp błyskowych w aparatach „level entry”. Bo używa ów user lampy wbudowanej. Aliści, miałem okazję sprawdzić, starczy takiemu pokazać jedną małą sztuczkę, a zaczyna się martwić. Zauważa biedny foto-amator, że dał się na coś naciągnąć. Tamten może, a ja niekoniecznie. Tamten ma standardową stopkę, ja, niestety, jakąś super-duper, która, owszem, super-duper, ale nic do niej nie pasuje.

Co z tym network-menago? Ano, za starych dobrych czasów, po wklepaniu parametrów sieci, kilkoma prostymi poleceniami odpalało się na przykład tak zwaną masquardę. Dziś każdy normalny user ma w domu sprzętowy router i to mu nie jest potrzebne. To co jest, służy temu, aby mógł nic nie rozumieć z ustawień sieci, aby wystarczyło zakliknąć „dhcp”. Takie jest założenie przy programowaniu. Bo jak user natrafi na jakiekolwiek trudności przy instalacji, to ucieknie do innego systemu operacyjnego.

Stopka służy do tego, żeby pasowały jedynie nasze lampy. To znaczy… tak wyszło. Coś mi się zdaje, że tematu: „czy to do czegoś pasuje” nie było, ponieważ dawno z firmy wylecieli inżynierowie znający się na sprzęcie fotograficznym. Powodem było uznanie ich za typ określany „mister no”. Czyli faceta, który notorycznie krytykuje pomysły marketingu oraz szefostwa firmy jako głupie i obniżające faktyczną wartość produktu. Ci inżynierowie jeszcze zdawali sobie sprawę z tego, że istnieje jakiś standard. Niekoniecznie spisany na papierze, ale przestrzegany. No i że dobrze byłoby jednak go przestrzegać, bo może się okazać, że fotoamator zauważy, iż osobnik z aparatem konkurencji może, a on nie. I zacznie ostrzegać innych, by nie kupowali produktów firmy specjalizującej się w plazmach i konsolach do gry.

Istnieją obecnie samochody, w których w celu wymiany żarówki trzeba odkręcić przednie koło. Operacja do wykonania na warsztacie. Nie mogę zrozumieć, jak to coś dostało dopuszczenie do ruchu.

Nie wiem, czy to kwestia wieku, ale moje odczucia sprowadzają się do pytania „jak to można było aż tak spie…?!” Mam wrażenie, że to pytanie coraz częściej się pojawia. Owszem: są pomysły kontrowersyjne, ryzykowne, są eksperymenty technologiczne, rynkowe, można ryzykować, że coś wyjdzie albo nie, ale coraz częściej mamy do czynienia z sytuacją, w której pojawia się produkt oferujący w pewnych kwestiach rozwiązania BEZNADZIEJNE. Ewentualnie beznadziejny jako całość.

Konto w banku: kiedyś było to takie rozwiązanie dla bogatych. W dawniejszych czasach, o czym może nie pamiętamy, osobnik z gazrurką albo chcący nam sprzedać cegłę był zjawiskiem o wiele częstszym. Z drugiej strony, banki oferowały znośne oprocentowanie, było to korzystne dla obu stron.. Obecnie pani w kasie chciała mnie namówić na to, abym płacił z pomocą karty, płacąc dodatkowo za płacenie. Nie potrafiła mi odpowiedzieć, gdzie tu zysk, jeśli zauważymy, że wymachiwanie kartą przez obdartusa świadczy o nim raczej źle, obniża jego prestiż, bo to rozgłaszanie wszem i wobec, że dał się nabrać, że nie zauważył, że po pierwszej transakcji ewentualny zysk z oprocentowania zjedzą opłaty za kartę. Gdzie tu sens i logika? Jest jedna zasada, jaka zawsze występuje przy beznadziejnych produktach: może znajdzie się głupi, co kupi łzy Świętej Weroniki czy szczebel z drabiny, co się śniła św. Jakubowi, albo nabierze się na „produkt firmy ubezpieczeniowej”, której zasadniczą cechą jest to, że obiecanych sum nie wypłaca.

Do części kretyńskich pomysłów już się przyzwyczailiśmy i nikt nawet ich głupoty nie zauważa. Na przykład: dokąd nie ma sprawy, że komputer szumi, a nawet wyje, to problemem są najwyżej dodatkowe koszty, jakie ponosimy w związku z koniecznością zasilania wentylatorów. Aliści, gdy ludzie zauważyli, że komputer może służyć za urządzenie do odsłuchiwania muzyki, to pomysły, by produkować jakieś niezwykle ciche, aczkolwiek nie całkiem, zasilacze i niezwykle ciche, choć nie całkiem, coolery czyli zestawy wentylatora z radiatorem do procesora, zaczynają wyglądać dziwacznie. Dziwacznie, bo moglibyśmy zrobić zupełnie bezgłośne. Zwłaszcza gdy zauważymy, ileż to mamy za to zabulić.

Ktoś dawno temu, produkując zasilacz do komputera, nie martwił się o ciszę, bo hałas nawet podnosił prestiż maszynerii. Owszem, założenie, że maszyna ma być grzebalna dla usera, znaczy sam może do niej wkładać karty rozszerzeń, wymusiło, by ów zasilacz był useroodporny. Także całkiem zamknięty w metalowej obudowie, uniemożliwiającej wywołanie pożaru.

Dość banalne rozwiązanie, drobiazg który kiedyś był, wymagany przy budowie urządzeń elektronicznych, a mianowicie zasada, by do mocy strat cieplnych około 200 watów stosować wyłącznie grawitacyjne chłodzenie radiatorów, odeszła w niepamięć. To kiedyś uważano za objaw dobrej inżynierskiej praktyki: sięganie do czegoś, co może i niezbyt efektowne, ale na przykład polepszało dramatycznie bezpieczeństwo działania urządzenia, albo eliminowało z niego element hałasujący, wymagający obsługi czy choćby kontroli, jak wentylator. Eliminowało coś zawodnego, bo może się przestać kręcić. Coś zbędnego. Skoro da się zbudować całkiem bierny radiator, to zasady inżynierskie mówią, że budujemy go.

No cóż: gdyby producenci kompów stosowali się do powyższych zasad, to nie sprzedaliby zapewne milionów zasilaczy i procesorów do maszyn, których wentylatorki stanęły.

Czy to rodzaj „zmowy zarówkowej”?

Myślę, że jest znacznie gorzej: to nie zdrada, to niekompetencja. To powiedzenie przypisywano panu znanemu jako Charles-Maurice de Talleyrand, o którym Napoleon miał powiedzieć: „Jesteś łajnem w jedwabnych pończochach”. Zapewne jest ono jakąś parafrazą wypowiedzianej oceny egzekucji Ludwika, księcia Enghien: „To gorzej niż zbrodnia – to błąd”. Otóż musimy sobie zdać sprawę z pewnego faktu: niekompetencja to jedna z najgroźniejszych rzeczy, z jakimi człowiek musi się potykać. Z pewnością groźniejsza od potencjalnych spisków żarówkowych. Powód jest prosty: zmowy monopolowe rozbijają odpowiednie instytucje. Kiedy jednak na przykład ludzie z braku refleksji zaakceptują głupie, szkodliwe rozwiązania, ci nieliczni, którzy usiłują przekonać, że to niedobre, są albo – w najlepszym razie – ignorowani, albo traktowani jak wariaci czy wichrzyciele, anarchiści starający się zburzyć porządek. Spiskowcy boją się odkrycia spisku, zwykle są jakieś wyraźne oznaki jego zawiązania, takie, które nie pozwalają mieć jakichkolwiek wątpliwości, że chodzi o obłowienie się czyimś kosztem. Niekompetentni dadzą się pokroić za swoje pomysły. Spiskowcy działają na szkodę, głupi, o zgrozo, dla powszechnego dobra.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234

Mogą Cię zainteresować

Jubileuszowa wystawa „Nowej Fantastyki”
Aktualności Fahrenheit Crew - 10 sierpnia 2017

Jedną z atrakcji tegorocznego Polconu (który rozpocznie się w Lublinie już za dwa tygodnie, 24 sierpnia) będzie…

Michelle Zink „Proroctwo sióstr”
Ksiażki fantastyczne Fahrenheit Crew - 19 października 2009

Wydawnictwo TELBIT Czy stanie się coś potwornego? Coś, czego nie można już będzie odwrócić?…

Goście Festiwalu Fantastyki Pyrkon 2018 – ciąg dalszy II
Aktualności MAT - 7 kwietnia 2018

Bartosz „Zioło” Zioło w Strefie Fabularnej Początki jego kariery dotyczącej gier, to rok 1989.…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!