ISSN: 2658-2740

Adam Cebula „Mnóstwo” (2)

Felietony Adam Cebula - 10 lipca 2020

Tym niemniej wszystko wskazuje, że obaj wielcy władcy, których imiona przetrwały lekko licząc trzy tysiąclecia, zrozumieli. Mnóstwo. Zawsze ktoś przetrwa najazd na wioskę, w bitwie nie wytniemy wszystkich, ktoś wróci, gdzieś za wydmami rozmnoży się i pojawi się już za chwilę, może za kilkanaście lat, ale cóż to w skali historii. W skali historii za mgnienie oka zobaczymy kolejną hordę idącą na nas. Jak nie wytłuczemy wszystkich pcheł w swoim barłogu, much latających nad stołem z jedzeniem, kojotów kradnących owce ze stad, tak nie wybijemy tamtych, choćbyśmy się nie wiem jak starali.

Humaniści raczej nie znają liczby „mnóstwo”. Ile razy czytam o wyższości pokoju nad wojną, nigdzie nie znajduję o niej ani wzmianki. Jest jak napisałem wyżej: bicie w srebrne dzwony dźwięczące o pięknie na przykład koegzystencji, o wartościach – w szczególności europejskiej kultury śródziemnomorskiej. O mnóstwie nie udało mi się przeczytać. Rzecz zasadnicza, gdy humanista pisze o dogadywaniu się – czy to wysokich stron okładających się pod sztandarami, czy o zażegnywaniu awantur pomiędzy dzielnicami miast – można (czy wprost, czy między wierszami) wyczytać, że to kwestia wyboru. Że można ogłosić pokój lub wojnę, znieść dyskryminację czarnych albo homoseksualistów, zrobić pięknie albo brzydko.

To zasadnicza sprawa: gdy w grę wchodzi mnóstwo, nie ma wyboru. Ewentualnie jeśli się kto uprze, mamy wybór między przedłużeniem łomotania się po łbach albo tym upokarzającym wszystkich porozumieniem, po którym trzeba wykuwać wielkie pisane hieroglifami billboardy, którymi będziemy leczyć moralnego kaca. Można jedynie przedłużyć beznadziejną łomotaninę, która nie ma szans skończyć się inaczej niż konstatacją, że tamtych jest mnóstwo. To może trwać ćwierć tysiąclecia, nawet dłużej, ale w końcu wnuki wnuków naszych wnuków, a może o jeszcze jedno lub dwa pokolenia dalej dojdą do prostego wniosku, że tkwią tu jak ostanie gwizdki na pustyni. W nocy zimno, że zęby szczękają, w dzień upał, aż język wysycha na wiór, i choćby nie wiem jak dzielnie maczugą wywijał, nic się nie zmieni. A można by leżeć w cieniu, żłopać zimne piwsko i oddawać się łaskotaniu w pięty przez niewolnice. Ceną jest jedynie trochę wstydu, konieczność kłamania swoim, że to porozumienie, to nasz tryumf, w gruncie rzeczy nic w porównaniu z siedzeniem na pustyni i wypatrywaniem kolejnych hord, które zza wydm w końcu znowu wylezą.

Nigdzie o tym nie wyczytałem, że racji banalnego zwiększenia się liczby ludności oraz kilku innych okoliczności (zasiedlenia nowych terytoriów, postępu technologicznego, zwłaszcza w rolnictwie, ale też w technikach komunikacji miedzy ludźmi, wynalezieniu druku, a po nim internetu) nie ma innego sposobu zakańczania awantur niż porozumienie. Bo nigdy się „tamtych” nie wyrżnie do nogi.

Polecam obserwację wypowiedzi różnych czy to polityków, czy publicystów, trybunów ludu usiłujących kształtować oblicze świata: przekonamy się, jak ekskluzywną matematyczną wiedzą jest znajomość liczby mnóstwo. Równania operatorowe, krzywe eliptyczne, twierdzenie Stokesa (cyrkulacja pola wektorowego po zamkniętym i zorientowanym konturze gładkim jest równa strumieniowi rotacji pola przez dowolną powierzchnię ograniczoną tym konturem, wcale się nie wygłupiam, tak jest!) – to wszystko wysiada. I nie dziwota, wszak rozumienie mnóstwo to rozumienie rachunku prawdopodobieństwa we wcale niepodstawowym przypadku. Posłuchajmy, jak często owi współcześni wodzowie odwołują się do schematu wycinania co do nogi. Przełamanego przez genialnych Ramzesa i Muwatallisa, obu pewnie przypadkiem drugich czyli „II”. Genialnych władców, którzy posiedli pewną tajemną wiedzę, jaka w przeciwieństwie do przepisu na wódkę okazuje się dostępna ludzkiemu rozumowi jedynie czasami, w szczególnych przypadkach, i najpewniej bywa rozumiana jedynie w skrajnej desperacji, w czterdziestym dniu spędzonym na pustyni, po osuszeniu ostatniego bukłaka z piwem.

Zauważmy – to mnóstwo, a nie rozważania nad ładem etycznym doprowadziły do tego, że w Ameryce uznano Murzynów za afroamerykanów, choć nie jestem pewien, czy już ludzi (to chyba jeszcze trochę potrwa). W Polsce czy Anglii można już (w zasadzie) być homoseksualistą. Mówiąc szczerze, to w ruchu Gandhiego nie chodziło tak bardzo o brak przemocy, jak o mnóstwo. Wiem, że to bluźnierstwo, ale legendarny przywódca Indii znalazł po prostu skuteczną metodę na wytłumaczenie światłym skądinąd Anglikom, którzy niedawno wygrali z nazistami, jak działa liczna mnóstwo, i to w stylu Muwatallisa II obserwowanego przez Ramzesa takoż II. Hordy mogą wychodzić zza wydmy 250 lat albo dłużej. Bo jest nas mnóstwo.

Ale mnóstwo bywa rozumiane jedynie przez najmądrzejszych – jak np. Winston Churchill. Jeśli posłuchamy, co mówią odrobinę mniej wybitni politycy o swoich przeciwnikach, usłyszymy, że wraża partia powinna przejść do historii, ktoś wylądować za kratkami… Co oznacza, że do wiedzy o tajemnej liczbie mnóstwo nie doszli. Chcą nakazywać, wypleniać, zakazywać – na przykład nawalania się różnymi znanymi od zawsze substancjami. I nie przyjdzie im do głowy, że to działalność beznadziejna. Nie chcę dawać zbyt detalicznych przykładów, by nie zmienić tekstu w agitkę wyborczą. Posłuchajmy dobrze, przysłuchajmy się, a usłyszymy, że istnieją przywódcy myślący doświadczeniami sprzed ponad trzech tysięcy lat, gdy metoda „wyciąć do nogi” zdawała się jeszcze funkcjonować.

To trochę inna sprawa, że już dawno w demokracjach nie wycinamy się. Bywa, ale rzadko. Nie szkodzi: w głowach ciągle siedzi kategoria „całkowitego zwycięstwa”, przynajmniej takiego jak nad III Rzeszą. W istocie w pomysłach polityków (a raczej awanturników) brzmi nadzieja, że da się jakimś sposobem wyplenić do nogi czy to homoseksualistów, czy to Żydów, ale też i katolików. I owszem, zaginęła pamięć o wojnie, w której przez trzydzieści lat dwa odłamy najlepszej i najmądrzejszej religii pod słońcem usiłowały się przekonać, że to oni są tymi prawdziwymi chrześcijanami, zaś wraża strona jedynie chrześcijanami. Pokój westfalski może dziś pewnie walczyć o sławę z porozumieniem po bitwie pod Kadesz, aliści z pewnością powody zawarcia obydwu paktów w istocie są te same: mnóstwo.

Gdyby nie mnóstwo, obie miłujące Naszego Pana na Krzyżu Umęczonego, wyrżnęłyby do nogi przeciwników w imię miłości bliźniego. Aliści mnóstwo weszło w paradę, po trzydziestu latach zmagań, które w przeliczeniu przyniosły chyba największe zniszczenia w historii kontynentu, w końcu musieli mnóstwo uznać traktatem uznawanym dziś za początek nowoczesnej Europy. Zauważmy, że doświadczenie to jakoś zatarło się w świadomości, zwłaszcza tych odwołujących się do etyki i moralności.

Nie dziwota, że dziś nikt nie nawołuje wprost do podrzynania gardeł i wbijania na pal, ale i za czasów wojny trzydziestoletniej nazywano rzecz bardziej omownie. By brzmiało bardziej po… hmmm… krześcijańsku, może nawet chrześcijańsku, lecz kto usłyszał, dobrze wiedział, co robić.

Ściągnij tekst:
Strony: 123

Mogą Cię zainteresować

Adam Cebula „Głosy z portek patriotycznych, czyli znowu o popkulturze”
Felietony Adam Cebula - 20 maja 2016

Ubarwianie rzeczywistości, która już minęła? Czemu nie… ale może jednak w pewnych granicach. Adam Cebula…

Adam Cebula „Nic o koronawirusie”
Felietony Adam Cebula - 8 maja 2020

Istotą opowieści jest, że wszystkie dyktatury podążają szlakiem wytyczonym przez Stalina i…

Adam Cebula „Grzech niepierworodny”
Opowiadania Adam Cebula - 12 lutego 2016

Ongard brnął, podpierając się kijem. Fosa była płytka. Upadek groził tylko wybłoceniem się…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!