Adam Cebula „Moje sądzenie sędziów Powstania”

Felietony nimfa bagienna - 13 sierpnia 2014

Niemcy we Wroclawiu old

 

Chciałem zacząć od tego, że podziwiam łatwość wygłaszania przez ludzi historycznych sądów. To nieprawda. Nie podziwiam. Gdy się już stanie, wszyscy są mądrzy, sukces ma wielu tatusiów, a klęska walczy w sądach o alimenty. Tak jest zawsze.

Z nadejściem kolejnej rocznicy powstania warszawskiego dowiedziałem się o jego przywódcach, że ten był narwany, tamten ulegał otoczeniu, a w ogóle to wybuch powstania był jakimś koszmarnym błędem, prowokacją sowiecką albo straszliwym zbiegiem okoliczności. Przy czym pomijam tu wygłupy Janusza Korwina-Mikke, pomijam to, co wygadują młodociani członkowie partii politycznych; tu chodzi o podobno poważne wypowiedzi podobno poważnych historyków.

Cóż, lata życia przeleciały, akurat zdążyłem się załapać na kilka ważnych historycznych wydarzeń. Na wszelki wypadek zdementuje jeszcze raz pogłoskę wyprodukowaną przez pewnego znanego publicystę i pisarza – dużo poważniejszego pisarza i publicystę niż ja jestem – który mi publicznie i najwyraźniej w dobrej wierze zadał pytanie o udział w walkach na plaży Omaha. Nie, nie było mnie tam. Ale pamiętam już, jak Wolna Europa relacjonowała inwazję na Czechosłowację.

Pierwsza Solidarność to już moja współodpowiedzialność. Zakładałem NZS, zaliczyłem wszystkie strajki na uniwersytecie. No i pamiętam klęskę stanu wojennego. Tak, klęskę. Tak się mówiło o tym, co się stało. Nie wszyscy to widzieli w takich kategoriach, nie zawsze, ale gdy stłumiono wszystkie strajki, gdy nie udawało się w prosty sposób przywrócić roli wolnych związków zawodowych, to głosy, że po raz kolejny przepiliśmy swoją szansę, były całkiem częste i donośne.

Gdy ktoś przegra, sądzi się go wyjątkowo łatwo. Podobno powstańcy doprowadzili do zniszczenia Warszawy. To nieprawda: Warszawa została celowo zburzona, a właściwie planowo bezcelowo. Już w okolicy 1940 roku powstał tzw. plan Pabsta, czyli projekt wykonany przez Huberta Grossa i Ottona Nurnbergera pod kierunkiem Friedricha Pabsta, zakładający wyburzenie części zabudowy stolicy i zamienienie jej w osiedle dla niemieckiej elity, oraz zmianę charakteru miasta na prowincjonalny węzeł komunikacyjny. Przy okazji planowano zmniejszenie populacji miasta do ok. 130 tysięcy mieszkańców (Zburzenie_Warszawy oraz Plan_Pabsta). Wyrok na miasto został wydany bardzo wcześnie i nie miał on nic wspólnego z działalnością AK. Technische Nothilfe, oddziały, które dokonywały wyburzeń po powstaniu, robiły coś, co zostało dawno zaplanowane – z całą bezsensownością wojennej furii niszczenia.

Czy stolica mogła uniknąć zniszczeń? Czy posłuszeństwo Niemcom dawało szansę na ocalenie i zabudowy, i ludności cywilnej? No cóż, Wrocek, w którym mieszkam, był niezwykle posłuszny jako miasto niemieckie. Jak Zabłocki na mydle wyszła na tym posłuszeństwie i ludność, i substancja miejska. Za Wikipedią: zginęło ok. 170 tysięcy cywilów. Część miasta w okolicy dzisiejszego Placu Grunwaldzkiego została zburzona przez Niemców pod lotnisko. Od południa do centrum, miasta praktycznie nie było (dzieło niemiecko-radzieckie). Podobnie zdarzyło się np. w Gdańsku. Z tej perspektywy wywołanie powstania – wręcz odwrotnie – dawało szansę na ocalenie miasta. O ile tylko sprawy się by potoczyły tak, jak tego dowódcy AK oczekiwali.

Czy powstanie było samobójstwem? Czy była to jedynie klęska bez żadnych korzyści dla narodu? Cóż, dziś jakoś zapomniano, jak naprawdę wyglądały pierwsze lata komuny. To się działo jeszcze przed moimi narodzinami, ale znam pewnik, że AK głosiło hasło stania z bronią u nogi. Schemat propagandowy był taki, że jedynie na pół mityczne bandy AL (Armia Ludowa – chyba trzeba przypomnieć) walczyły (ewentualnie z Batalionami Chłopskimi) w obronie ludności cywilnej, zaś AK zajmowała się Bóg wie czym. W najgorszym okresie stalinizmu próbowano przypiąć AK łatkę kolaborantów.

Tu wątek fantastyczny – bo czym innym, jak nie tworzeniem światów równoległych, są dywagacje typu „co by było, gdyby powstanie nie wybuchło”? Z wszelkimi zastrzeżeniami, które kiedyś wyłuszczyłem, jakie to niebezpieczeństwa niesie podobna gdybologia, możemy powiedzieć, że komunistom byłoby wielokrotnie łatwiej niszczyć polskie elity. To pewne. Legenda powstania sprawiała, że „Barwy walki”, hagiografia AL pióra Mieczysława Moczara, funkcjonowała gdzieniegdzie pod tytułem „Barwy pralki”, i podając tę nazwę pani bibliotekarce, dziecię otrzymywało właściwe tomiszcze, bo oczywiście to była szkolna lektura. Nawiasem mówiąc, niezła fantastyka. Opowieści, że AK nic nie robiło, a tylko dzielni komuniści wysadzali mosty i walczyli z oddziałami pacyfikacyjnymi na Lubelszczyźnie, dzięki powstaniu przyjmowano pukaniem się w czółko, mniej więcej tak, jak traktowano opowieści o sukcesach radzieckiej nauki.

AK w propagandzie komunistycznej prawie się zrosła z polskimi przedwojennymi elitami. Komuna bardzo chciała zbudować własny obraz tych elit, dekadenckich, bezwolnych, niezdolnych do działania. Gołym okiem widać, że przez powstanie diabli wzięli te plany. Władza musiała mieć pełną świadomość, że nikt nie uwierzy ani w to, że „londyńskie” podziemie nie walczyło, ani w to, że (muszę użyć terminu współczesnego, wymyślonego przez „patriotów”) „wykształciuchy” były prawie niezdolnymi do samodzielnego życia lekkoduchami. Musiała, jeśli chciała zachować jakąś choćby szczątkową wiarygodność, w końcu uznać żołnierzy AK za przynajmniej równoprawnych kombatantów. W końcu dzięki sławie powstania trzeba było odpuścić i oczernianie, i prześladowanie nie tylko AK-ówców, ale i tych wszystkich, którzy przed wojną zdobyli choćby maturę.

Ten proces zaczął się po śmierci Stalina i odbywał się jeszcze na moich oczach. Mnóstwo ludzi po prostu wreszcie zostawiono w spokoju. Mogli awansować zgodnie ze swoim wykształceniem, argument, że są podejrzanym elementem, przestał być używany na zebraniach Podstawowych Organizacji Partyjnych, i mogli w normalnym trybie dostawać mieszkania, ich dzieci mogły się dostawać na studia, a nawet ten i ów w końcu zostawał uznawany za kogoś godnego pokazania w telewizji albo wręczenia mu orderu.

Gdyby nie powstanie, losy dziesiątek, a może setek tysięcy ludzi byłyby tragiczne. Warto sobie uświadomić, że czy to pisarz, który nie może pisać, czy lekarz, który nie może leczyć, czy naukowiec wyrzucony z uczelni, z punktu widzenia społeczeństwa jest tak samo stracony jak człowiek, który stracił życie. Proces rehabilitacji niesłusznej ideowo części społeczeństwa przywrócił do normalnego funkcjonowania ogromną liczbę wybitnych jednostek, wielu pewnie uratował dosłownie życie. Bilans tych procesów i tragedii, która je zapoczątkowała z perspektywy czasu wydaje się jednoznacznie pozytywny. Tragedia dotknęła jednego miasta, z jej owoców skorzystał cały naród.

Tym bardziej wydaje się to prawdopodobne, że gdy zaczniemy gdybać, co by było, gdyby powstania nie było, to bardzo prawdopodobnym scenariuszem są takie same masowe ofiary wśród cywilnej ludności, jakie były wynikiem buntu. Za Wikipedią: ocenia się że tylko podczas ewakuacji z Wrocławia zginęło aż 90 tysięcy osób. To byłyby takie same liczby. Gdyby Niemcy chcieli urządzić jakąś Festung Warschau, to fortyfikacje budowaliby mieszkańcy. Ludność by masowo wysiedlano, nie ma powodu sądzić, że jej los byłby lepszy niż po powstaniu. Ci, co by pozostali, pewnie mieliby znacznie gorzej podczas walk, niż np. wrocławianie w Festung Breslau.

Ściągnij tekst:
Strony: 12

Powiązane wpisy

Adam Cebula „Ogólna teoria sznurka, czyli o tym, dlaczego nie lubimy fizyki”
Para-Nauka - 12 grudnia 2014

Dlaczego nie lubimy fizyki? Kto nie lubi, ten nie lubi, chciałoby się powiedzieć. Jednak wiele…

Adam Cebula „Bełkotliwie”
Felietony - 30 stycznia 2015

Pewnymi tematami futurolodzy nigdy się nie zajmowali. Dlaczego? Być może dlatego, że wydawały im…

Adam Cebula „Jeszcze starsze ludy”
Para-Nauka - 13 października 2017

Jestem sceptykiem, niedowiarkiem. Mój światopogląd, jeśli takowy da mi się przypisać, jest…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!