Adam Cebula „Moje sądzenie sędziów Powstania” (2)

Felietony Adam Cebula - 13 sierpnia 2014

Idąc tropem światów równoległych, można pokazać, jak durnowate są proste oceny historii. Wystarczy przytoczyć odrobinę inny scenariusz wypadków, którego prawdopodobieństwo opiera się na jednym tylko założeniu: a gdyby Niemcy podeszli do wypadków RACJONALNIE? Tak, aby zrobić sobie możliwie najmniejszą krzywdę? A nawet możliwie najwięcej zyskać na tym, co się stało po godzinie W? Pomyślmy. Warszawa miałaby sens jako Festung Warschau, gdyby była częścią jakiejś wartościowej linii obronnej. Otóż był już przyczółek warecko-magnuszewski, co oznaczało, że możliwe było obejście niemieckich punktów oporu i ich odcięcie od własnych wojsk. Rozsądne było obsadzić Warszawę stosunkowo niewielką załogą, licząc na to, że zwiąże ona znacznie większe siły i bronić jej tylko do momentu, gdy zacznie grozić okrążenie przez Sowietów.

Wartość miasta jako węzła komunikacyjnego wraz mostami wynikała z obecności Niemców na prawym brzegu. Ale ten obszar się zmniejszał. Niemcy mieli tu jeden prawdziwy problem: by ich siły nie zostały odcięte od możliwości ewakuacji.

Jaka byłaby ROZSĄDNA reakcja niemieckiego dowództwa na powstanie? Za przeproszeniem powstańców i historii: olać. Wycofać wojsko, dbać o to, by walki nie rozlazły się na ważniejsze obiekty, ewentualnie utrzymywać szlaki komunikacyjne. Powstańcy mieli za małe siły, by wystąpić w otwartym polu, praktycznie pozbawieni cięższej broni musieli się ograniczyć do terenu zabudowanego. Nie było sensu taktycznego tłumienia powstania, był sens jedynie jego izolowania.

Skoro już walki wybuchły a Sowieci zdobyli przyczółki za Wisłą, i nie było wielkich szans na zbudowanie linii obrony z Warszawą jako jej częścią, na której by się dało zatrzymać postęp krasnoarmiejców, to należało kinąć w diabły koncepcje tworzenia w mieście jakiejś twierdzy. Rolę ośrodka wiążącego siły mogła odegrać ciągle część prawobrzeżna. Wybuch powstania posłał do diabłów całą ekonomię organizowania tu ośrodka oporu, bo chodziło o by to enpel zaangażował duże siły i środki, w walki na ulicach. Tymczasem trzeba było najpierw samemu zdobyć miasto, tracąc ludzi i sprzęt w podobnej ilości, w jakiej potem – walcząc ewentualnie z Niemcami – powinni go stracić Sowieci. Zysk mógł być tylko wtedy, gdyby Warszawa cały czas była w rękach Niemców.

Sprawa najważniejsza: trzeba by być kompletnie ślepym, by nie zauważyć, że zryw Warszawy jest solą w oku Stalina. Trzeba być kompletnie głupim, by robić swoimi rękami to, czego chce nasz śmiertelny wróg. Warszawa opanowana przez powstańców byłaby pięknym pasztetem, jaki Niemcy mogli podarować Rosjanom. Gdyby jeszcze Wehrmacht „przypadkiem” pogubił w walkach trochę ciężkiego uzbrojenia, mogłoby się zrobić jeszcze zabawniej. Co by się stało dalej, jak Rosjanie potraktowaliby powstańców, to już gdybologia, ale z pewnością PKWN byłby w tych okolicznościach bytem co najmniej podejrzanym…

Najwięcej, co można było zyskać, to konflikt w obozie aliantów, zaś najgorszy scenariusz dla Niemców (dogadanie się AK z Rosjanami) i tak niewiele zmieniał z punktu widzenia taktycznego. O ile niemożliwe było utrzymanie linii frontu na Wiśle i Bugu, miasto i tak było stracone. Z jednej strony możliwość wielkich zysków strategicznych, z drugiej relatywnie niewielkie ryzyko taktyczne. Ryzyko niewielkie, bo Wehrmacht już po kilkunastu dniach powinien się zorientować, że tym razem polityka ma zdecydowany prymat nad doraźnymi zyskami wojskowymi.

Tak, zgadzam się, że wizja Niemców odpuszczających warszawiakom wydaje się absurdalna, ale tylko dlatego, że wbiliśmy sobie do głowy, że okupant zawsze musi się zachowywać właśnie absurdalnie czy okazywać histeryczną nienawiść. Uznaliśmy za oczywiste, że Niemcy zawsze zachowują się irracjonalnie. Jeden drobiazg: tak przedstawiała ich peerelowska propaganda, a naprawdę tak nie było. Odpuścili Kraków, Paryż czy choćby znaczną część Dolnego Śląska. Z tej perspektywy można powiedzieć, że Warszawa nie miała po prostu szczęścia. Naprawdę to właśnie się powstańcom wypomina: brak szczęścia.

Nie, nie twierdzę, że należało ogłosić powstanie. Po prostu pokazuję, jak wielu rzeczy nie wiemy, w jak wielu schematach jest zamotane myślenie. Najgorsze w wystawianiu cenzurek historii jest, że robią to ludzie, którzy prochu nie wąchali, siedzieli cały czas bezpiecznie na własnej d…, i którym tylko się wydaje, że wiedzą, jak świat działa. Do głowy im nie przyjdzie, że z historii powinniśmy wyciągać nauki, a nie argumenty dla podbudowy własnego ego. Z perspektywy tego, który musiał wysłuchiwać pouczeń, jak należało uniknąć wprowadzenia stanu wojennego, mogę dodać: nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Jedyne bowiem, co pewnego wyniknie z głoszenia takich wyroków, to ocena głoszących je sędziów.

 

Adam Cebula

Ściągnij tekst:
Strony: 12

Mogą Cię zainteresować

Adam Cebula „Pophistoria, czyli sos z uralskiego bombowca”
Para-Nauka Adam Cebula - 11 lipca 2016

Niemcy potrzebowali konstrukcji, która dawałaby się tłuc ze sztancy w ogromnych ilościach, łatwej do transportu, możliwej…

Adam Cebula „Wernyhorzenia ciąg dalszy”
Felietony Adam Cebula - 1 września 2014

Niewyćwiczona głowa nie pozwala na przyswojenie dłuższego niż jeden akapit tekstu. Jeśli coś się…

Urodziny Andrzeja Drzewińskiego
Aktualności Fahrenheit Crew - 16 października 2017

Naukowiec (profesor zwyczajny) oraz pisarz science fiction przyszedł na świat 16 października 1959 roku we Wrocławiu. Andrzej…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!