Adam Cebula „Moralny pion i fantastyka, czyli poligrafia a poziom”

Felietony Adam Cebula - 27 marca 2015

Przyznaję się, nie broniłem kolegi. Mam nadzieję, że nie był to akt tchórzostwa, lecz raczej rozpaczliwej rezygnacji.  Nie miałem szans na osiągnięcie czegokolwiek i powiem szczerze, całe moje doświadczenie mówi mi, że gdyby przyszło co do czego, należałoby zrobić jeszcze raz tak samo.

Temat powraca jak bumerang. Niestety, nie moja (nasza) wina. To nie my, to jacyś oni. My siedzimy cicho, my staramy się nikogo nie zaczepiać, po cichu bawić się na własnym podwórku.

Poniekąd wrócił za sprawą sezonu na PIT-y. Musiałem stanąć w długaśnej, no nieprawda, nie długaśnej, ale piekielnie leniwie ruszającej się kolejce na poczcie. Kolejka pomstowała, interweniowała, a ja już tylko starałem się przetrwać. Cóż, obsługa jednej osoby trwała około 30 minut, więc kiedy znalazłem się w pobliżu miejsca, gdzie dało się wygodnie przycupnąć, to przycupnąłem, i trwałem w oczekiwaniu na Godota.  Literackie skojarzenie popchnęło mnie ku nieszczęściu. Jakiś młody człowiek, wielka osobliwość współcześnie, skracał sobie czas czytaniem. Zerknąłem ciekawie, nie wiem już, kto pierwszy się odezwał… Auć! Mówiła mamusia – obcych nie zaczepiać? Mówiła?

Mówiła. Psiakrew. Tytuł rozdziału brzmiał coś jak: „Siedemnastu gorszycieli w tak zwanej literaturze fantazy”. „Fantazy” to Juliusz Słowacki, aliści chodziło miedzy innymi o Andrzeja P., naszego kolegę. Andrzej gorszycielem? Ano tak, albowiem jego najlepszy bohater gusłami się zajmuje (???) oraz pędzeniem bimbru. Próbowałem modemu człowiekowi tłumaczyć, że jakość źródła pisanego, jakim się poił, jest podejrzana, owo fantazy wężykiem czerwonym się świeci i – powiedzmy sobie szczerze – dymi, płonąc ze wstydu.

Powinienem był przewidzieć, że jak czyta coś w kolejce, to musi z niego odmieniec jakiś, a z takimi baaardzo uważać trzeba. Z gatunku tych, co koszulę na piersiach rozedrze i z okrzykiem choćby „Jezus miłością!” odpali pas z sześcioma kilogramami TNT. Albo wydobędzie z plecaka zacną karabelę odziedziczoną po przodkach i siach, ciach, bóghonoroczyzna, wyrżnąwszy niewiernych rzecz zakończy jak mistrz Sienkiewicz pisał, rzuciwszy się na swe żelazo. Ależ… w tych okolicach Allah Akbar byłoby nawet jakąś atrakcją, może nawet pocieszeniem?

W armii mnie uczyli, że z takimi to ostrożnie, spokojnie, najważniejsze, by nie zwiększyć liczby ofiar. Dlatego zamilkłem. Niestety, muszę rzecz podnieść. Siedemnastu (zapewne numerologia ustala na tę liczbę szatańskość szczególną) – czy mniej więcej – znajduje się na liście proskrypcyjnej. Tylko za to, że…

Obstawiam worek czarnej herbaty Assam Keyhung, że ałtor (oj, nie autor…) tego dzieła, na które los, niczym na rafę, mnie  na tej poczcie wepchnął, najwyżej zajrzał do empola albo wszedł na stronę internetową i spisał co celniejsze zdania z notek na okładkach. Nie czytał żadnej z książek żadnego z obmawianych autorów. Gość nie miał dość w głowie, by strzelać do kogoś, zresztą nie to było jego celem. A co chciał? Zapewne zaistnieć. Najprościej w pewnych kręgach zrobić to, wieszcząc oczywiście nadchodzącą ruję i poróbstwo, oraz wskazując wcielonego szatana w osobach dostatecznie dalekich, by jakakolwiek reakcja nam nie groziła.

Problem w tym, że nawiedzone osoby atakują na oślep. Nie tylko niestety nawiedzone. Mnóstwo ludzi wypraktykowało, że to się bardzo opłaca.

I tu niestety tkwi sedno problemu. Jak powiedział Tomasz Mann: „Nie ma nie-polityki. Wszystko jest polityką.”. Chciałoby się uciec od tego zgiełku świata, chciałoby się zaszyć w przepaściste puszcze wymyślonych światów. Niestety, mamy przyzwolenie, by durnie wszystkich krajów łączyli się, a przynajmniej by hodować przygłupów w swej najbliższej okolicy, by cieszyć się z ciemnoty, bo ciemnota wymaga najmniej wysiłku, by ją napuścić na jakiś siedemnastu Bogu ducha winnych biedaków usiłujących utrzymać się z pisania. Ciemnocie dość pół słowa, by okrzyknęła kogoś czarownicą czy ruszyć na bluźniercę.

Nie, polityka jest polityką, medycyna, medycyną, nie polityką, nawet ekonomia jest ekonomią, a nie polityką; byle tylko nie zjechać z poziomem poniżej przyzwoitości. Owszem, miesza się, ale miesza, a nie jest, i nie każdemu! Niedawno przeczytałem o kolejnym (ostatecznym?) wyroku w procesach artysty o pseudonimie Nergal, który podarł Biblię. Na tyle, na ile chciało mi się zapoznawać z jego twórczością, bardzo mi przykro, ale jego stosunek do Kościoła i religii katolickiej uczciwie należałoby ocenić jako całkiem obojętny. Nasz dzielny krajowy diabełek po prostu zajmuje się muzyką metalową z całą jej scenograficzną otoczką, i – aby być uczciwym – trzeba mieć naprawdę bardzo naiwne podejście do chrześcijaństwa, by jego działalność uznać za coś więcej niż próby zainteresowania publiczności. Ludziska przychodzą – i po jakimś disco polo atakującym ich z głośników radioodbiorników chcą usłyszeć coś ostrzejszego.

Niestety treści tyle w tym, co w daniach serwowanych w meksykańskiej restauracji: owszem, papryka, pieprz i chyba chili, ale na ten przykład ani krztyny pochwały meksykańskich rozbójników, choć owszem, ich portrety na ścianach wiszą.

Nie ma treści za lub przeciw u Nergala, tym bardziej nie ma w literaturze rozrywkowej. Ona, jak sama nazwa wskazuje, jest rozrywkowa, służy temu, by po wymuskanych opowieściach kolportowanych w pismach politycznie ustawionych i zaangażowanych walnąć sobie coś ostrzejszego, by człeka nie zemdliło. Tyle. Powyżej pewnego poziomu ludzie to rozumieją. Powyżej pewnego poziomu bez trudu da się rozróżnić politykę od poligrafii, choć owszem, bywało, że poligrafia była politycznie zaangażowana, ponieważ robiona na tak zwanej ramce za pomocą fotograficznego wałka. Jednak, jak mi się zdawało, przekroczyliśmy dawno poziom pomieszania polityki z poligrafią, a w rezultacie ze wszystkim.

Kilka razy pisałem: ani fantasy, ani SF, ani horror, ani co tam jeszcze na niwie literatury rozrywkowej, nawet gdy stara się być politycznie zaangażowane, udaje mu się to nader rzadko. Normalni pisarze komercyjni piszą po to, by książki te się sprzedały, tym z prawa, lewa i środka, najlepiej z góry i dołu, wszystkim, którzy tylko istnieją, by wszyscy znaleźli w nich coś dla siebie i chcieli wrócić do księgarni. Niestety, poniżej pewnego poziomu apolityczności się nie dostrzega.

Ten „pewien poziom” jest chyba kluczowy w medytacji o młodym człowieku z poczty. Ałtor lektury, którą człek ten pochłaniał, nie wie zwyczajnie, „who is chu” (to ponoć z polanglo) na obszarze literatury, którą wziął na celownik. Gość nie czytał nie tylko tego, co napisali obsmarowywani przezeń nieszczęśnicy, ale nawet nie pofatygował się nawet, by zajrzeć choćby do notatek biograficznych w Wikipedii, bo chyba by jednak wyczytał, że raczej ten, kogo atakuje, jest za, a nie przeciw. No, może lepiej sobie z raczej przyjaciela nie należy robić wroga. Ależ oczywiście, celuję poniżej pewnego poziomu oczytania tegoż czytelnika z poczty, bo jak ów nie daj boziu rechotał (szatańsko?) przy lekturze Andrzeja P., to może się zwyczajnie popukać w czoło.

Ściągnij tekst:
Strony: 12

Mogą Cię zainteresować

Adam Cebula „Moje sądzenie sędziów Powstania”
Felietony Adam Cebula - 13 sierpnia 2014

  Chciałem zacząć od tego, że podziwiam łatwość wygłaszania przez ludzi historycznych sądów. To nieprawda. Nie podziwiam.…

Adam Cebula „Wernyhorzenia ciąg dalszy”
Felietony Adam Cebula - 1 września 2014

Tak sobie pomyślałem, że gdybym miał napisać na cito jakiś tekst w konwencji fantastyki naukowej, i na dodatek tak,…

Adam Cebula „O odgrzewanych kotletach”
Felietony Adam Cebula - 17 listopada 2017

Wspominki to pewnie najstarsza forma literackiej opowieści. Mogę sobie wyobrazić wojowników ponoć…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!