ISSN: 2658-2740

Adam Cebula „Nic o koronawirusie” (3)

Felietony Adam Cebula - 8 maja 2020

Sowieci, gdy projektowali swoje T-34, wiedzieli, że szereg osiągów nie może być gorszych niż pewna wartość, bo inaczej czołg nie będzie się nadawał do walki. Nawet wówczas gdy na pierwszy rzut oka ten parametr wydaje się kompletnie nieważny. Na przykład maszyna musi przejechać jakieś 300 km na jednym tankowaniu. Ta „niebojowa” wartość w praktyce frontowej miała często zasadnicze znaczenie gdy po prostu nie docierało zaopatrzenie. Tymczasem Tygrysy w polu przejeżdżały w terenie 60-80 km na zbiorniku paliwa mieszczącym 860 litrów benzyny.

Za takim projektem kryła się pewna naiwność. Chyba nawet wiadomo, że Hitlera. Jeśli założymy, że nic nie nawali w organizacji zaplecza frontu, to jest wielka pokusa, by zbudować ogromną „niezniszczalną” maszynę. Paliwo w kalkulacjach wojskowych znika z pola uwagi jako zbyt trywialny i zbyt oczywisty artykuł. Jego dostarczenie to już nie jest problem ani czołgistów, ani tym bardziej ich projektantów. O ile zaopatrzenie nie nawali, będziemy zwyciężać. Zapewne takimi ścieżkami szło myślenie.

Tymczasem sowieci uwzględnili całe otoczenie, wiedzieli, że to zaopatrzenie nie działa tak, jak by sobie wodzowie wymarzyli, wiedzieli że bezpieczniej na front wieźć trudno palną ropę, bo bajec musi od czasu do czasu zakurić skręta i nie odejdzie od cysterny na bezpieczną odległość, że ropę trudniej pomieniać na wodku. Olej napędowy to nie jest produkt konkurencyjny do benzyny. Pomimo tego wszystkiego na frocie i tak może go zabraknąć, bo na przykład na drogę spadnie bomba, zawali się most, konwój z paliwem zaatakują samoloty albo pogubią się jakieś papiery. Czołg powinien jeździć do czasu, gdy je znajdą. Sowieci wypraktykowali, że te zgubione papiery są wystarczającym powodem, aby pancerz nie był dowolnie gruby w stosunku do pojemności zbiorników.

Komuniści przymuszeni potrafili się trzymać realiów. Stalin podobno osobiście wstrzymał przygotowane już uruchomienie produkcji T-43, czołgu, który miał być odpowiedzią na Tygrysy i Pantery. Zamiast niego wprowadzono T-34/85, zmodyfikowaną wersję T-34 z większym działem. Kalkulacja była prosta: nowy typ czołgu mógł kosztować zmniejszenie tempa produkcji. W sytuacji gdy walczyły one średnio pół godziny, ważniejsza była ilość, żeby jakieś czołgi w ogóle były.

Oczywiście można dyskutować, czy decyzja była słuszna, ale np. Anglicy swój myśliwiec odrzutowy gloster meteor (choć wszedł do służby 1 sierpnia 1944 roku i prawdopodobnie nie był takim latającym złomem jak ME 262), traktowali jak eksperymentalną ciekawostkę. Samoloty te nie toczyły walk powietrznych z samolotami jedynie strąciły ich dwanaście i pół (skąd pół, wiedzą miłośnicy starych karabinów, zapewne chodzi o zestrzelenie na spółkę z innym samolotem). Podobnie traktowano inny samolot, de havilland vampire, który był testowany od 20 września 1943 roku, ale z produkcją zwlekano i pierwsze seryjne maszyny pojawiły się dopiero w kwietniu 1945 roku. Zarówno kapitaliści, jak komuniści kalkulowali wedle wojennej ekonomii i po obu stronach wychodziło, że – jak powiedział Stalin (podobno…) – Ilość jest jakością samą w sobie.

Nie ma sensu dociekać, jak to naprawdę było pod Prochorowką było. Warto sobie natomiast zauważyć, że po dziesiątkach lat wracają legendy wyprodukowane przez propagandę, którą kierował Joseph Goebbels. To ona wykreowała takich rycerzy jak Michael Wittmann. W opisach jego akcji pod Villers-Bocage rozbite ciężarówki zamieniły się w czołgi, a bałagan, jakiemu winni byli Brytyjczycy, i przez który zdarzenia potoczyły się dla nich tak fatalnie, zamieniono na geniusz niemieckiego herosa.

Jeśli chodzi o bitwę pod Prochorowką, to w sieci można znaleźć wiele relacji, w których powtarzają się podobne dane: zniszczono ok 220 czołgów sowieckich i ok. 150 niemieckich. Powtarza się też relacja o walce na bardzo krótkim dystansie. Gdy jednak mijają lata i umierają bezpośredni świadkowie, zaciera w ludzkiej głowie świadomość różnych okoliczności towarzyszącym wydarzeniom. Cóż, jeśli podpadniemy jeszcze bardziej cywilizowanemu światu, to jak już usłyszeliśmy alternatywną wersję odsieczy wiedeńskiej, to i dowiemy się, że Jagiełło pod Grunwaldem dostał w gruncie rzeczy łomot od kwiatu rycerstwa europejskiego.

Powody retuszowania historii wydają się oczywiste: zawszeć to przyjemniej pomyśleć, że nim nasi z podwiniętym ogonem zwiewali spod Kurska, to dzielnie przeciw czerwonym stawali, a Putin nie ma się dziś czym chwalić.

Problem w tym, aby czegoś z historii się nauczyć, a z podrasowanych wersji na pewno nic mądrego nie wyniknie.

Sowieci byli nawiedzeni, popełniali mnóstwo błędów, ale znacznie większym nieszczęściem jest ich lekceważenie. Nazizm przetrwał przy władzy od końca stycznia roku 1933 do maja 1945. Komuniści w Rosji rządzili dobre 70 lat, a czas ich rządów nie skończył się totalną katastrofą. Mówiąc prawdę, dalej mamy w Rosji u władzy tych samych komunistów, i to z takim samym imperialistycznym zacięciem.

Że Sowieci komunikowali się z najpierw z Niemcami, a potem z hitlerowcami, to po prostu historyczny fakt. Że nazizm był ludową, zwulgaryzowaną wersją komunizmu, to już mój sposób myślenia. Teza dyskusyjna, ale jednak bardzo dobrze sprawdza się w wyjaśnianiu historii. Ot, taki szczegół: w partiach komunistycznych zawsze najbardziej zajadłe i krwawe były wewnętrzne walki frakcyjne. Czy to czasem nie wyjaśnia wyjątkowo bezwzględnej walki Hitlera z komunistami? To ich wymordował najpierw, prawie natychmiast po dojściu do władzy, potem była dość długa przerwa, nim popełnił resztę zbrodni.

Naziści odwalili sporo głupot tej miary, że właściwie każda z osobna była w stanie ich zatopić. Jedno z dziwactw, o którym się dziś rzadko pamięta, jest takie, że ideolodzy hitlerowscy uznawali handel międzynarodowy i międzynarodowy podział pracy za żydowski wymysł. Ich zdaniem zdrowy kraj jest samowystarczalny. A jak czegoś nie ma, na przykład złóż ropy naftowej, to trzeba zaatakować ZSRR, żeby je zdobyć. Inne dziwactwo to niechęć do technologii produkcji taśmowej. Umiłowanie tradycji, także cechowej, z wysoką pozycją mistrza, spowodowało, że gdy się połapali podczas wojny, że warunkach alianckich nalotów mogą produkować okręty podwodne jedynie dzieląc pracę na wiele stoczni, nie byli w stanie dotrzymać warunków technicznych. Nie mieli systemu kontroli jakości poszczególnych operacji. Moduły wytwarzane w różnych stoczniach miały, banalna sprawa, różne wymiary, nie pasowały do siebie. Wspaniałe Tygrysy i Pantery były składane niczym dziś bentleye. Nie na taśmie, tylko na stanowisku montażowym. Nie wykorzystano pomysłu, który był siłą XVIII-wiecznych manufaktur, czyli podziału roboty na wiele prostych operacji, których był w stanie się nauczyć i opanować do perfekcji prosty robotnik. Montażu musiał dokonywać mistrz, ktoś z wysokimi kwalifikacjami, który oczywiście musiał umieć przeprowadzić cały proces.

W tym samym czasie stocznie Henry’go J. Kaisera wypuszczały produkowane w systemie potokowym słynne liberciaki. Wyskakiwały ze stoczni jak odbijane ze sztancy, najkrótszy czas budowy jednostki to 4 dni, 15 godzin i 30 minut. W ZSRR produkowano miesięcznie 1200 sztuk T-34, w sumie w latach 1940-1945 zbudowano ich ponad 57 tysięcy. Komuniści i kapitaliści czerpali pełnymi garściami z „żydowskich” wynalazków: metody masowej produkcji czy handlu. Lend-Lease Act, (https://pl.wikipedia.org/wiki/Lend-Lease_Act), w ramach której ponoć narodziła się swinnaja tuszonka, to był właśnie przykład takiej trochę (oj, chyba całkiem…) karkołomnej operacji na typowych produktach żydowsko-kapitalistycznego systemu bankowego, czyli papierach wartościowych. Kto w końcu zapłacił za konserwy i ciężarówki studebaker US-6, to zadanie pewnie równie skomplikowane jak rozwikłanie, o co chodziło w interesie z rozsławionego przez kabaret Dudek szmoncesu „Sęk”. Nie identyfikuję się z poglądami zalinkowanego autora, lecz akapity poświęcone genialnemu tekstowi są chyba świetną ilustracją. Szczerze mówiąc, trudno się dziwić Hitlerowi, że widząc ten stopień komplikacji, uznał, że jedynym wyjściem jest wysłanie wojska. Tym niemniej sowieci w interesach w stylu Benka Rapaporta całkiem nieźle się czuli, kupowali i sprzedawali i chyba w końcu dostawali te swoje dwadzieścia procent (czytaj: „sęk”). Hitlerowcy prowadzili handel w szczątkowym zakresie, głównie rabowali, nie potrafili nawet kupić czasu pracy robotnika, wrócili do systemu niewolniczego. W efekcie ocenia się, że przemysł podbitych krajów dawał około jedną dziesiątą produkcji sprzed zaborów.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234

Mogą Cię zainteresować

Adam Cebula „Jak coś nie działa”
Felietony Adam Cebula - 8 stycznia 2019

Czy warto pisać o tym, jak coś nie działa? Pomysł wydaje się…

Adam Cebula „Bodzenie owiec”
Felietony Adam Cebula - 29 czerwca 2015

Cóż, czy trzeba być siwobrodym mędrcem, żeby dojść do wniosku, że nie chodzi o szlachetną ochronę środowiska? Z branży…

XXXII Zielonogórski Festiwal Fantastyczny – Bachanalia Fantastyczne
Aktualności Fahrenheit Crew - 10 października 2018

Zapowiedź XXXII Zielonogórskiego Festiwalu Fantastycznego – „Bachanalia Fantastyczne”.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!