ISSN: 2658-2740

Adam Cebula „Numerologicznie” (2)

Felietony Adam Cebula - 27 kwietnia 2020

By zbudować jakiś model, musimy cokolwiek wiedzieć o tym, co ma modelować. Nieszczęście jest wtedy, gdy wiemy właśnie „cokolwiek”. Wówczas powstaje złudzenie, że mamy dobre narzędzie do opisu rzeczywistości i możemy przewidzieć co się stanie. Tak jest właśnie w tym przypadku: kilka pierwszych faz dobrze spełnia wyliczenia wynikłe z dość elementarnych kalkulacji. Ale potem zaczynają się niespodzianki.

Aby móc przewidywać, co będzie z epidemią koronawirusa, przydało by się, żeby raz, dwa, kilka razy ta epidemia przeszła przez świat i mielibyśmy okazję przyjrzeć się jej przebiegowi oraz efektom.

Epidemia w Chinach wcale się nie zakończyła. Niestety, mamy kolejną fazę, co do której nikt chyba nie ma zielonego pojęcia, jakie przy niej zadziałają mechanizmy. Może wirus wyzdychał w okolicy, może jednak mamy jakichś zakażonych ludzi, których nie wyłapaliśmy. Mogą być źle zdiagnozowani, z pewnością do Chin przyjeżdżają zarażeni zza granicy, a być może mamy problem przenoszeniem wirusa (z niewielkim prawdopodobieństwem) dziwnymi drogami, np. poprzez pocztę. Diabli wiedzą, co się może zdarzyć, i co teraz się dzieje.

Jeśli chwilę pomyśleć, to nasuwa się najprostszy i oczywisty wniosek: na kluczowe pytanie, kiedy to minie, kiedy będziemy mogli wrócić do mniej więcej normalności, nie ma odpowiedzi. Można przewidzieć, kiedy nadejdzie szczyt zachorowań w Polsce. Niestety… pierwszy szczyt. Czy nie będzie nawrotów? Cóż, taką wiedzę moglibyśmy wyczarować, gdy wiedzieć, co z odpornością nabytą.

Tymczasem ludzie szukają ekspertów, którzy się wypowiadają. Ubawiła mnie opowieść o pewnej firmie Hi-Tech, która zabrała się za modelowanie przebiegu epidemii. I? Będzie pogoda lub deszcz. Trzy scenariusze i konkluzja, że wszystko zależy od nas. Cóż, to, że ów przebieg może być różny, powiedziałbym od razu – bez komputerów, wymyślnego oprogramowania, a nawet wiedzy, o co pytają.

Niestety na obecnym etapie nie da się nic rozsądnego powiedzieć bez wróżenia z fusów, nauka nie wyprodukowała takich wróżbitów ani sposobów, żeby wyczarować odpowiedź. Jeśli nawet przebieg epidemii przebiega wedle jakichś praw, to jak kryształowe sfery do biegu planet po niebie te prawa wymagają jakichś epicykli i deferentów. Wszystko pasuje, ale nie dość dokładnie, i na przykład nie ma sposobu, by odpowiedzieć, czy nie będzie nawrotów, jak szybko da się znieść kwarantannę i inne ograniczenia. Tym bardziej że bardzo istotną zmienną jest, czego się w międzyczasie nauczymy i jakimi środkami zdecydujemy się przeciwdziałać. Nie, prognoza, że pandemia potrwa kilka miesięcy, to chciejstwo, w najlepszym razie kompromis pomiędzy tym co widzimy, a optymizmem. Niestety bez sprawdzonych modeli i pomierzonych z odpowiednią dokładnością istotnych danych wejściowych modelowanie numeryczne i wszelkie sztuczne inteligencje uruchamiane na mocarnych superkomputerach, choćby nie wiem jak zachwycająco migotały ledami i prezentowały się supernaukowo, niewiele się różnią od numerologii. Naprawdę nie mamy zielonego pojęcia, kiedy to się skończy.

Musimy odpowiedzieć sobie na zupełnie inne pytanie. A mianowicie, kiedy nauczymy się żyć z tym koronawirusem? W którym momencie zrozumiemy, że nawet jeśli akurat paskuda jakimś cudem przepadnie w czeluściach ewolucji, to za krótką chwilę może się z niej wyłonić coś następnego? Cała ta historia niesie bowiem w sobie zupełnie inną naukę. Nie chodzi o tego konkretnego wirusa i to, jaki on jest. To, że musimy dokładnie poznać właściwości wirusa SARS-CoV-2 wywołującego chorobę COVID-19, wynika z tego, że jeśli chcemy przetrwać (nie zdobywać kosmos czy coś innego, ekspandować jako ludzkość, budować jakieś e-społeczeństwa czy inne wymysły, ale przetrwać), to nie możemy spuścić z oka środowiska.

Przynajmniej do połowy XX wieku ludzie żyli w ciągłym zagrożeniu od drobnoustrojów. Wynalazek antybiotyków stworzył nam parasol ochronny, pod którym poczuliśmy się mniej więcej bezpieczni. Za bardzo. Trwało to dość długo, nim powyciągaliśmy zabezpieczenia, które od XIX wieku zakładali pracowicie tacy ludzie jak Philip Semmelweis, Joseph Lister, czy Jan Mikulicz-Radecki (pono ten, który po raz pierwszy zastosował maseczkę chirurgiczną na twarz). Jeszcze za czasów mojego dzieciństwa normą były szyby oddzielające obsługę od czy petentów, czy klientów na pocztach, w aptekach i kasach biletowych. Zalecano i mycie rąk, i na przykład owoców. A nie tak dawno poczytałem sobie, że to ostanie jest przynajmniej dyskusyjne.

Być może uda się dokonać takiego samego przełomu w walce z wirusami jak Alexander Fleming odkryciem penicyliny w bojach z bakteriami. Ale niestety warto pamiętać, że Ernest Duchesne swojej rozprawie doktorskiej „Antagonizm między pleśniami i mikrobami” już w 1897 roku dał solidną podstawę, by antybiotyki odkryć, a w 1912 roku sam zmarł nieborak na gruźlicę, którą potem bez kłopotu nimi leczono. Musiało minąć prawie (ponad?) 40 lat – legenda głosi, że pomógł bałagan w laboratorium. Mówiąc krótko, ludzkość miała więcej szczęścia niż rozumu. Na dzień dzisiejszy chyba nawet nie ma koncepcji, jak miałaby wyglądać podobnie uniwersalna broń w walce z wirusami.

Mogę dość dokładnie odpowiedzieć na pytanie, kiedy nauczymy się żyć z koronawirusami i podobnymi: gdy powkładamy te bezpieczniki, powrócą bariery biologiczne w postaci szyb, przez które nie da się napluć na aptekarza czy kasjera, zaczniemy na powrót myć podłogi nie dlatego, żeby były śliczne, ale dlatego, by nie podnosił się nich kurz pełen bakcyli, zdejmować buty po powrocie do domu z tą myślą, że można na nich coś przynieść. Wówczas zacznie być lepiej.

Najważniejsze moim zdaniem jest uświadomienie sobie, że nie jesteśmy panami stworzenia. Człowiek nie jest istotą, która wobec przyrody ma moc i tworzenia, i niszczenia czy panowania nad nią. Trzeba sobie uświadomić, że proporcje możliwości naprawdę nie zmieniły się tak dramatycznie dzięki rozwojowi technologii i nauki, jak się nam zdaje. Nie wyrwaliśmy się spod praw Natury, jak w swoim zadufaniu sądzimy. Raczej niewiele się różnimy od hominidów, którzy upolowali mastodonta, nażarli się pieczonego mięsiwa i uderzyły im do głowy sfermentowane gruszki, którymi zagryzali swój łup. Żarcie się kończy, trzeba wyleźć z jaskini i okazuje się, że jest tak jak poprzednio: musimy ostro główkować, jak przeżyć, bo owa Natura jest dużo potężniejsza, niż się nam zdawało. Może niechcący przypadkowym ruchem ogona zmieść cały gatunek. Ani jej nie ochronimy, ani nie jesteśmy w stanie z nią walczyć, a jedyne, co możemy, to – jak wszystkie żyjątka na tym świecie – przetrwać jeszcze trochę. Ale aby przetrwać, trzeba się bardzo starać.

Sęk w tym, że odpowiedź na pytanie, kiedy wygaśnie ta konkretnie pandemia, nie ma sensu, albowiem nawet gdy wygaśnie, już nie wrócimy do świata dość bezczelnej pewności siebie, w jakim żyliśmy niedawno. Trzeba będzie się nauczyć funkcjonować w tym świecie, w którym podobne zagrożenia istnieją. Nauczyć się radzić sobie z irracjonalnych strachem i z realnymi niebezpieczeństwami. Całkiem niedawno musieliśmy się przyzwyczaić do myśli, że dwa mocarstwa trzymają w magazynach nieprawdopodobne ilości broni jądrowej i wystarczy, że w silosie atomowym sprzątaczka machnie nieostrożnie szmatą, a w pi… pójdzie nie tylko Italia, ale po prostu wszystko.

Ściągnij tekst:
Strony: 123

Mogą Cię zainteresować

Adam Cebula „O odgrzewanych kotletach”
Felietony Adam Cebula - 17 listopada 2017

Wspominki to pewnie najstarsza forma literackiej opowieści. Mogę sobie wyobrazić wojowników ponoć…

Adam Cebula „Kobieta bardzo fatalna”
Opowiadania Adam Cebula - 5 kwietnia 2019

Co ta miłość robi z człowiekiem… wystarczy chmurka wysoko wydajnych feromonów, a…

Adam Cebula „Gderanie konserwatysty nad zdemolowanym sedesem”
Felietony Adam Cebula - 1 maja 2015

Jestem konserwatystą. Taka jest prawda. W tak zwanych popularnych kategoriach, ale także patrząc na to, jak…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!