Adam Cebula „W obliczeniach tkwi błąd”

Felietony Adam Cebula - 16 września 2015
IMG_4794

Foto: Adam Cebula

A może by tak przyjąć ryzykowną i ekstrawagancką tezę, że książki fantastyczne nie opisują przygód zielonych marsjańskich fifoludków z wielkimi blasterami? Kto wie, może warto się nad tym zastanowić? Adam Cebula zastanawia się już od dawna.

Dobrze jest wskazać, od czego zaczęło się rozmyślanie nad jakimś tekstem, co go wywołało. Tak mógłbym zrobić i w tym wypadku. Gdzieś w sieci mignęło mi „jałowe rozważania technologiczne”. Chodziło o recenzję jakiegoś bardziej ambitnego utworu, i o to, by mu przywalić. Bynajmniej jednak, jeśli mam być uczciwy, nie ten fragment zdania był początkiem. Od kiedy interesuję się fantastyką naukową, musiałem się z tego usprawiedliwiać przed różnymi ludźmi. Od nauczycieli poczynając, na jakiś znajomych, nawet młodszych, o co coraz łatwiej, kończąc. Fantastyka, zwłaszcza SF, jest poniekąd nawet synonimem kiepskiej literatury, czytanie jej i interesowanie się nią – czymś niewłaściwym, zaś przyznawanie się do jakiejś fascynacji gatunkiem w pewnych kręgach dyskwalifikuje człowieka jako intelektualnie równorzędnego partnera. To infantylna, wstydliwa skłonność. Właściwa jest Wielka Literatura.

Obecnie już się tego tak bardzo nie odczuwa. Tak zwanemu głównemu nurtowi po głowie mocno dał rynek. Można powiedzieć, że młodsi niż ja być może nawet nie dostrzegają tego deprecjonowania fantastyki. Zjawisko utonęło w bagienku znacznie poważniejszych problemów, w tym totalnego upadku czytelnictwa. Tym niemniej, jeśli ktoś uważnie nadstawi ucha, a zwłaszcza gdy pogrzebie w starszej publicystyce, łatwo to dostrzeże. Mała próba zmierzenia, że coś jest na rzeczy: przejrzyjmy nazwiska laureatów poważanych nagród literackich. Ilu znajdziemy tam fantastyków? Tak, Doris Lessing dostała Nobla, lecz zauważmy, że w notce biograficznej w Wikipedii napisano tak: „Kilka jej książek należy do gatunku science fiction”. Brzmi to jak opowieść o osobliwości. Które to książki z zamieszczonej bibliografii, wyłowi tylko ktoś, kto je zna.

Problem postrzegania SF jako gorszego gatunku na dzień dzisiejszy już nie za bardzo istnieje z powodu takiego, że tak zwanej hard SF już, jak wszyscy wiedzą, praktycznie nie ma. Całkowicie zniknęła pewna forma wypowiedzi, którą pamiętam z dziecięcych lat, i której właściwie nie potrafię nazwać. To były chyba artykuły futurologiczne, w których próbowano opisywać świat za czas jakiś, zwykle dość odległy, by można było puścić wodze fantazji, i dość bliski, by miało to wszystko jeszcze jakieś znamiona prawdopodobieństwa. Były takie teksty w stylu „Warszawa w roku 2000”, gdzie prorokowano, jak będzie wyglądał transport, co się będzie produkowało, wróżono syntetyczne jedzenie, jakieś niezwykłe ubrania, powszechne wycieczki na Księżyc i temu podobne cuda. Przeminęło z wiatrem, i jeśli wraca, to w bardzo nieśmiałej formie.

Co fantastyce naukowej zarzucano? Mniej więcej chodziło o to, że zajmowanie się technologią uznawano za płytkie rozważania. No cóż tam, wymyślą ludzie rakietę i polecą w kosmos, co to może być za powód do przemyśleń? Albo zbudują człekopodobnego robota… no i co z tego?

Pytania, owszem, cisnęły się drzwiami i oknami. Co my w tym kosmosie spotkamy? Czy mamy jakiś powód, by się tam pchać? Czy aby to na pewno posłannictwo ludzkości? A czy gdyby robot był człekopodobny, to od jakiego stopnia podobieństwa winniśmy go zacząć traktować jak człowieka? Można powiedzieć, że SF niosła ze sobą te wszystkie niepokoje, jakie w ludziach rodził widoczny gołym okiem postęp techniczny. Ale także do starych pytań dodawała nowy wymiar. Gdy w opowiadaniu Lema robot, który przetrwał katastrofę statku, wystukuje alfabetem Morse’a wezwania dawno zmarłych członków załogi, i gdy pilot Pirx tymi samymi sygnałami zdaje się nawiązywać z nimi kontakt, to scena ta jest chyba najbardziej przeraźliwym pytaniem o istnienie, o jaźń człowieka, jakie kiedykolwiek w literaturze padło.

Takich scen w niepoważnym pisaniu dla rozrywki dzieci i inteligencji technicznej (czyli tej gorszej) znajdziemy w SF mnóstwo. Często dopiero laboratorium wydumanego, ale bardzo prawdopodobnego świata wydobywa z nich coś, co można by nazwać „prawdziwą powagą”. W bibliotece zdarzeń, jaką dysponuje tak zwana klasyczna literatura, nie ma zagłady planet, wręcz planeta – w sensie naukowym – stanowi niedozwolone złamanie konwencji. Pytanie o całkowite zniszczenie, o konsekwencje wynalazków czy forsowania jakiś pomysłów wyłamują się zupełnie z nobliwej konwencji głównego nurtu. Takie problemy mieściły się tylko w tym sposobie pisania, który przynależał do młodszych albo niezbyt poważanych pisarzy. Stało się jednak bardzo szybko tak, że ludzie musieli zacząć myśleć o problemach w skali niepoważnej, paradoksalnie globalnej czy kosmicznej, i odpowiadać na kwestie, które zdawały się chwilę wcześniej problemami młodzieżowych dziennikarzy, jak choćby to, czy stawiać elektrownie jądrowe. Były to pytania ważne, takie, na które należało udzielać odpowiedzi już właśnie teraz. Fantastyka, można powiedzieć, szła krok przed publicystyką, która pisze najchętniej o katastrofach, które już się stały.

Dziś te zagadnienia weszły do kanonu problemów społecznych. To prawda, jednocześnie jednak można powiedzieć, że tak zwana poważna sztuka nie uporała się z nimi ani na jotę. A SF, niestety, jeśli dawała jakieś porady, to nie traktowano ich poważnie.

Dlaczego SF zniknęła? Przyczyn zapewne jest sporo, ale z pewnością jedną z najważniejszych jest, że gatunek ten jest diablo wymagający. Z jednej strony trzeba być niezłym w pisaniu, co już powoduje dramatyczny odsiew, a z drugiej, aby uprawiać coś lepszego niż szeroko rozumianą space operę, czystą rozrywkę, trzeba mieć w głowie wiele wiedzy ścisłej. Siła SF nie tkwiła w fantastycznych, wydumanych sytuacjach, można powiedzieć, że nie w fantazji wypuszczonej na dzikie pola, po których swobodnie mogła sobie hulać, ale w krótkiej smyczy science, która ją zmuszała do zajmowania się obszarami rzeczywistych możliwości, rzeczywistych dróg rozwoju ludzkości. To nie fantazja, ale prawdopodobieństwo nadaje tym utworom mocy. Nie są one nam obojętne, bo opowiadają o tym, co właściwie już się dzieje.

W obliczeniach był błąd. To zdanie – moim zdaniem – znakomicie opowiada o przyczynach, mocy i kompletnej nieatrakcyjności SF dla niektórych. Znany z łamów Fahrenheita Ryś Krauze wyruszył na bezdroża filozofii polskiej i zmusił mnie do myślenia o tym, co na przykład się stało w XIX wieku, że powstała teoria względności? Otóż mogę… zabełkotać. Tak, kochani, ów wielki ferment intelektualny ma bardzo dobrze określone korzenie. Niestety matematyczne. Tak, w obliczeniach był błąd, nie dawało się przeprowadzić równań Maxwella za pomocą transformacji Galileusza do nowego układu współrzędnych układzie inercjalnym. Lorentz znalazł dziwną (https://pl.wikipedia.org/wiki/Transformacja_Lorentza) transformację, która zdawała się to załatwiać, ale sens fizyczny tym rozważaniom nadał dopiero Albert Einstein. Ciekawe? Ciekawe w którym momencie czytelnik walnie mi linijką miedzy uszy. Czy to będzie w okolicy czterowektorów, czy przy sinusie hiperbolicznym?

Ściągnij tekst:
Strony: 1234

Mogą Cię zainteresować

Adam Cebula „Jak miłość do fantasy fałszuje historię”
Felietony Adam Cebula - 6 lipca 2015

Nie wyrzucajcie nieudanych tytułów, zawsze mogą się przydać. Tak jak tytuł tego felietonu przydał…

Adam Cebula „Paranauka i coraz bardziej obok”
Para-Nauka Adam Cebula - 1 grudnia 2014

Dyscyplina zawodowego publicysty jest mi obca. Piszę pod wpływem impulsów, gdy coś mnie zachwyci…

Adam Cebula „Niepewność pomiarowa, czyli cztery dziurki w guziku z pętelką”
Para-Nauka Adam Cebula - 8 sierpnia 2018

Jak doniosły niedawno tak zwane publikatory – czy też media (tym razem…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!