Adam Cebula „Paktów nie dotrzymywać!”

Felietony Adam Cebula - 2 czerwca 2017

Foto: Adam Cebula

Jak w SF funkcjonuje motyw katastroficzny? Można by odpowiedzieć „dobrze”. Co chwilę ktoś wysadza świat, ktoś inny świat ratuje (albo wszechświat). Bez totalnej katastrofy fantastyka miałaby się kiepsko. Widza (czytelnika), który pewnie już niezbyt świadom tego, ma zaimplementowane przez kulturę lęki z czasów Zimnej Wojny, gdy zagłada atomowa wisiała na omyłkach operatorów prymitywnych na dzisiejsze czasy radarów, a świat kilka razy otarł się o nią dosłownie o włos, nie rusza zniszczenie jednego wielomilionowego miasta. Jeśli coś ma zbudować napięcie, to nic poniżej zagłady cywilizacji go nie ruszy.

Jest sprawą mocno dyskusyjną, czy straszenie czytelnika lub widza ma cokolwiek więcej na celu poza „wypłaszczeniem rozumu”, tym, by – żrąc mimowolnie popcorn albo frytki – odjechał spokojnie od rzeczywistego świata i rzeczywistych trosk, a tym bardziej zagrożeń. Aliści ciut ambitniejsza literatura przynajmniej udaje, że stara się zajmować prawdziwym światem. Scenariusze starają się wydusić jakiś element prawdopodobieństwa, przynajmniej przywołując hasła, jakimi straszą nas publicyści: zmiany klimatyczne, huraganowy rozwój informatyzacji życia, straszliwe skutki inżynierii genetycznej, aż po wybuchy słoneczne. Powiedzmy to sobie szczerze: literatura przez tysiąclecia była nauczycielką, lecz dziś tak naprawdę odwołania do pozorów prawdopodobieństwa mają na celu raczej wzmocnienie strachu. Odległość od rzeczywistości jest za wielka. Nie ma sposobu, by metabolizm roślin przyspieszył tak bardzo, by mogły się one poruszać. Tryfidy nie powstaną w laboratoriach biologów. Nie da się też rach, ciach odtworzyć dinozaura, mając tylko jego DNA, nawet kompletne. Nie zapanuje się nad światem za pomocą komputera, o ile wcześniej pracowicie sami wszystkiego nie podłączymy do netu, a i skutki tego okażą się o wiele mniej spektakularne niż w filmach.

To wszystko prawda, ale cząstką nośności czy to kina katastroficznego, czy powieści przedstawiającej świat po zagładzie, jest refleksja, że coś w tym jest. Przez to też wizje z „Mad Maxa”, „Płonącego wieżowca”, ale też Orwella czy Zajdla albo z „Pamiętnika przetrwania” Doris Lessing trafiają do nas, bo nowy wspaniały świat nie wymaga komentarza, a tym bardziej przestrogi. Przez to Aldous Huxley wielkim pisarzem jest, że czytając go, rozumiemy, że świat może pójść w tym kierunku, boimy się, ponieważ w rzeczywistości widzimy drobne strumyczki podążające w kierunku tego, co autor opisał.

A poza tym? No cóż, powiedzmy sobie szczerze: powodzenie jest nudne. Jeśli wszystko idzie dobrze, nie ma tego zasadniczego paliwa, na którym pracują całe epika i dramat (o ile rozumiem teorię literatury) od zarania dziejów ludzkości. Aby cokolwiek było interesujące, musi być konflikt, zagrożenie, musi być jakaś przemiana, bo ruch daje życie wszelkim utworom, muszą się zderzać interesy, musi być ryzyko, niepewność, w im większej skali, tym bardziej, tym mocniej wciąga. Otóż jeszcze jedno: wizje zagłady niejako same w sobie przyciągają naszą uwagę. Która część Nowego Testamentu jest znana każdemu przynajmniej z nazwy? Apokalipsa. Święty Jan? Mniejsza z nim, ale co oznacza słowo „apokalipsa”, wie, mam nadzieję, każdy. Nie znajdziemy w niej wyrazistej fabuły, stron konfliktu (owszem, są, choć mgliste, czyli piekło i niebo), to nie Iliada, gdzie można opowiedzieć losy bohaterów… a jednak wizje unicestwienia sprawiają, że stała się synonimem zagłady, wielkiej katastrofy, no powiedzmy sobie, katastrofy niezwykle widowiskowej.

Chcesz, autorze, utrzymać uwagę czytelnika? Bez potężnego, sugestywnie opisanego łupnięcia (a nawet dupnięcia), bez rujnowania, rozwalania, bez gwałtownych zmian w całym otoczeniu – ani rusz. Potrzebujesz demolki, nieszczęścia, konfliktu, bo bez tego czytelnik, o ile nie jesteś nadzwyczajnym mistrzem albo nie masz niezwykłego pomysłu, współczesny czytelnik zaśnie, widz wyżre wszystkie frytki przed końcem seansu i przecież będzie musiał wyjść kupić nowe, zaś o słuchaczu słuchowisk wspominać nie można nawet, bo takowi nie istnieją. Lecz gdyby się pojawili, to zostaną przy radioodbiornikach, o ile będzie transmitowana inwazja Marsjan na żywo.

Z tego, co powyżej, płynie też taka nauka, że nienajmądrzejszym pomysłem jest zajmowanie się apokalipsą od strony warsztatowej. Nikogo od czasów, gdy Alfred Hitchcock powiedział: „Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć” nie trzeba przekonywać, że trzęsienie ziemi jest potrzebne, jedyny problem w tym, jak je pokazać. Znacznie ciekawiej jest spojrzeć na to, co budzi w czytelniku opisywanie totalnych zagład, pochylić się nad tym, ku jakim refleksjom my, czytelnicy lub widzowie, możemy popłynąć.

No więc: jak porządna literacka czy filmowa apokalipsa powinna wyglądać? Jest problem, ponieważ mamy w historii ludzkości kilka zapaści znamienitych kultur, ale o ile rozpalały one w dawnych czasach namiętne spory i budziły emocje elit, to dziś trącą mdłą podręcznikową nudą. Wystarczy sobie przypomnieć, że na lekcjach historii przepytywano nas o umowne daty. Tak, coś tam upadało i upadło, a naszym obowiązkiem jest wiedzieć, jak się historycy umówili, ponieważ to coś, na ten przykład Cesarstwo Rzymskie, upadało tak rozlaźle i niezdecydowanie, że w międzyczasie całe pokolenia poumierały, najwyraźniej z nudów. Powiedzmy sobie szczerze, trudno wymyślić coś bardziej odstręczającego czytelnika czy widza, niż umowna data upadku, a do dyspozycji mamy prawie wyłącznie takie zdarzenie gdzie zamiast coś porządnie łupnąć, jak Wezuwiusz nad Pompejami (24 sierpnia 79 r.), sprawy działy się, jakby się nic nie działo, a historycy się umawiali i dla potwierdzenia tego to się różni poumawiali na różne daty.

Apokalipsa w wersji dla czytelnika (tym bardziej dla widza), musi być wyrazista. Jeśli mamy utrzymać uwagę publiki, to najlepiej, jeśli jest jeden delikwent, który chce zawładnąć światem, który – aby dopiąć swego – używa jakiejś sugestywnej metody, maszyny, wirusów (cokolwiek to oznacza), chemikaliów czy czegoś temu podobnego.

Warunek sugestywności pociąga za sobą względną prostotę oraz wyklucza – nazwijmy to – prozaiczność. Przyczyna katastrofy nie może być codzienna. Nie można wysadzić cywilizacji czymś, czego na co dzień doświadczamy, bo nam przecież publiczność wyjdzie z kina.

Otóż w kwestii owej prozaiczności to całkiem niedawno przeżyłem pewne zaskoczenie. Przeczytałem o upadku pewnej kultury prekolumbijskiej. Może dla pozostawienia wrażenia ogólności nie należy dodawać, że chodzi o Majów oraz okres ok. IX i X wieku. To mało ważne, rzecz w tym, że archeologów gnębiła zagadka zniknięcia wielkiej cywilizacji. Porzucone miasta stanowiły groźne memento, domagające się wyjaśnienia.

Rzecz charakterystyczna, że dla wyjaśnienia katastrofy cywilizacyjnej konstruowano teorie bliskie tym ulubionym schematom fabularnym z rozrywkowej SF. A to zaraza, a to bunt chłopów, wielkie trzęsienia ziemi, najazdy dzikich plemion, aż po upadek asteroidy. Warto zwrócić uwagę, że poszczególne pomysły były medialne, efektowne, bardzo spójne, rzekłbym: jednorodne. No bo jeśli spada asteroida, to jest przyczyną wszelkich klęsk, pożarów, głodu, epidemii, i nic nie potrzebuje dodatkowego uzasadnienia. Podobnie najazd dzikich plemion wystarczą, by nastały – jak w poprzednim przykładzie – głód i pożary. Podobnie skuteczne są wielkie trzęsienia ziemi.

Ściągnij tekst:
Strony: 123456

Powiązane wpisy

Adam Cebula „Głosy z portek patriotycznych, czyli znowu o popkulturze”
Felietony - 20 maja 2016

Ubarwianie rzeczywistości, która już minęła? Czemu nie… ale może jednak w pewnych granicach. Adam Cebula…

Adam Cebula „Cytat, czyli ten złoty róg”
Felietony - 19 czerwca 2015

Przyznaję się od razu, że jakiś kontakt z literaturą wysoką utrzymuję głównie dzięki swej żonie,…

Adam Cebula „Gderanie konserwatysty nad zdemolowanym sedesem”
Felietony - 1 maja 2015

Jestem konserwatystą. Taka jest prawda. W tak zwanych popularnych kategoriach, ale także patrząc na to, jak…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!