Adam Cebula „Pasta do butów, a pisarze do piór, czyli czemu nie lubię ACTA”

Felietony Fahrenheit Crew - 1 czerwca 2012

Wielkie zamieszanie wokół ochrony tak zwanych własności intelektualnych, które zaczynają się na naszych oczach ślicznie oddzielać od praw autorskich, dotyczy głównie zagadnień cenzury Internetu, wolności słowa, naruszania swobód obywatelskich i temu podobnych „górnych” problemów.

Niestety, tkwi we mnie kawał zabitego liberała, zatwardziała kapitalistyczna dusza, która dostrzega problemy chyba o wiele bardziej zasadnicze i o wiele mniej ulotne. Chodzi o to, by po prostu żyć na czyjś koszt.

Diabli wiedzą, dlaczego krótszy wcześniej okres ochrony autorskich praw majątkowych został ostatnio wydłużony do 70 lat od śmierci twórcy. Można wskazać, co z tego wynika: że np. twórca przez całe życie może domagać się kasy za to, że kiedyś coś wytworzył. Dobrze? Jako incydentalny twórca mogę powiedzieć: No… I niedobrze. Bo państwo musi się tym zajmować. Pajac, który napisał coś bardzo głupiego, może się jeszcze przez dziesięciolecia sądzić o – na przykład – przekroczenie prawa do cytatu, o naruszenie władzy nad utworem i tak dalej. Zaś facet, który zwyczajnie nie dostał kasy od wydawcy, będzie sobie czekał, aż sąd znajdzie dla niego czas. Być może do u… śmierci. Bo ważniejsze są sprawy o piractwo.

Warto zauważyć, że tak zwane społeczeństwo, które – jak się zdaje – jest suwerenem, ustalającym prawa, powinno je stanowić tak, by nie naruszały jego społecznego interesu. I tak, na przykład, prawo autorskie powinno zachęcać do pisania. A, na przykład, zniechęcać do sądzenia się. Twórcy powinno się opłacać tworzenie. W tak zwanym dobrze pojętym interesie społeczeństwa.

Komu służy ochrona przez 70 lat po śmierci autora? Owszem, znajdziemy takich: to posiadacze majątkowych praw autorskich. Nie twórcy, nawet nie spadkobiercy. To ktoś, kto nabył owe prawa. Kto jeszcze? Politycy. Jeśli wydawnictwa posiadają tak zwane prawa, mogą udawać, że mają aktywa. W sumie daje się to różnymi metodami przekuć na liczby ze znakami walut, na końcu na wyższy majątek narodowy, co, przy katastrofalnych długach publicznych, może poprawiać społeczne samopoczucie, bo odrobinę nam poprawia stosunek „winien” do „ma”. Tak, prawa autorskie mogą poprawić notowania w wyborach. Faktyczny twórca, powtórzę raz jeszcze, czeka w kolejce na posiedzenie sądu, by odzyskać część z tego, co mu jest winne wydawnictwo, które w międzyczasie zbankrutowało. Właściciel wydawnictwa głupcem nie jest, by płacić. Twórca, teoretycznie chroniony rozbudowanym prawem, chce unieważnienia umowy, by odzyskać prawo nawet nie do czerpania zysku, ale choćby zamieszczenia w Internecie za friko utworów, na które podpisał umowę wydawniczą, a wydawca zrobił go w bambuko. Twórca chce zmusić portal internetowy posługujący się jego zdjęciami, by przynajmniej podpisano je jego nazwiskiem. Tak to wygląda w realu.

Jak nas pouczano, w umowie ACTA chodzi głównie o ukrócenie patologii społecznych wynikających – na przykład – z produkowania w zakładach kontrolowanych przez tak zwaną zorganizowaną przestępczość tak zwanych podróbek. Bardzo poważny i przekonywający argument. Trudno być przeciw, prawda?

Akurat, jak mi się wydaje, w tym miejscu najlepiej widać, o co tak naprawdę chodzi i czym to wszystko grozi. Czy ktoś słyszał, by mafia zajmowała się fałszowaniem – powiedzmy – masła, poprzez mieszanie go z olejem? Owszem, ciągle robią to sieci handlowe, zakłady, co jakiś czas nadziewamy się na „masełko” będące margaryną. Ale… to nie jest problem społeczny, międzynarodowy i tak dalej. Klient po spróbowaniu leci z pyskiem do sklepu, sprzedawca opieprza hurtownika, hurtownik producenta. Wystarczy ciut uważniej czytać opakowania i społeczny problem piracenia masła znika.

Dlaczego mafia „wchodzi” w „podrabianie” tak zwanych markowych portek, a masło i machloje na nim zostawia legalnym producentom? Dlatego, że ceny owych „markowych” portek zostały wywindowane… administracyjnie. Jedyny powód jest taki, że państwo swoją powagą ustala, co jest markowe, a co nie. Jakość portek podrabianych albo niewiele się różni od oryginału, albo nawet bywa lepsza. Cena nie ma nic wspólnego z jakością, z ilością materiałów, które zużyto, tylko z posiadaniem państwowego zezwolenia na legalność, czy raczej „legalność oryginalności” towaru.

Wtórną sprawą jest to, że (zapewne) mamy grupę osób, która życzy sobie, by produkt był „markowy”. Pierwotną jest to, że cenę winduje państwowe zezwolenie. Przez nie firma kasuje dochody znacznie przekraczające to, co mogłaby zarobić, gdyby sprzedawała na zupełnie wolnym rynku. Jest to w sumie zwykłe promowanie udawania, snobowania, wynoszenia się ponad innych. Istotną sprawą jest też to, że promuje się prymat administracyjnie uznanych cech towaru nad jego fizycznymi własnościami.

Ależ oczywiście, jeśli ktoś podrabia naszywkę, czy ozdabia portki napisem „łudząco podobnym” do oryginału, jest to jakieś świństwo. Aliści, klient bynajmniej nie działa tak, jak w przypadku „masełka”, wietrząc podejrzliwie, czy aby to nie margaryna. Dlaczego? Bo jakość produktu odpowiada jego cenie i oczekiwaniom nabywcy. Można zapytać, czy na przykład sprzedawałyby się wierne kopie „Rolexa”, które klient otrzymywałby w pudełku z napisem „kopia Rolexa”? Albo czy szłyby dobrze portki z wszywką, na której, po drugiej stronie, byłoby napisane „prawdziwy pirat”? Ależ… Kwestia ceny. Dość niskiej.

Warto porównać ochronę „brandu” masło i znanej marki portek. Różnica jest taka, że masło jest konkretnym produktem. Sprzedawanie margaryny zamiast masła jest ewidentnym narażaniem na straty hurtownika, potem sprzedawcy, a w największym stopniu klienta. To ewidentne oszustwo, w którym wciśnięto coś gorszego w miejsce lepszego. Ściganie takiego procederu jest bezdyskusyjne. Jeśli ktoś zaoferuje wyrób „identyczny z naturalnym”, to powiedzmy od razu: nie będzie on identyczny.

Zauważmy, że ściganie producentów „masełek” po pierwsze jest chyba dość skuteczne, po drugie – nie wymaga zaangażowania państwowej machiny, międzynarodowych umów, przekonywania społeczeństwa i tak dalej. Podrabianie masła nie jest żadną sprawą społeczną, ekonomiczną, czy podobnej ekskluzywności. Choć proceder może przynieść realne i niekwestionowane straty, „nie ma sprawy”.

W przypadku portek może być tak, że markowe i niemarkowe pochodzą z tej samej dalekowschodniej fabryki, niemarkowe bywają nawet lepsze, a różnią się tylko tym, do kogo wpływa zysk, no i oczywiście ceną.

Ależ oczywiście, posługiwanie się cudzym znakiem handlowym jest be, podrabianie cudzego wzoru użytkowego nieładne, ale – poza owym wzorem i znakiem – to nie jest różnica taka, jak pomiędzy masłem i „masełkiem”. Legalna fabryka nie oferuje niczego ponad pozór luksusu, czy określonych cech towaru, jak w przypadku dżinsów „wycieralności”. Koncern chce od nas kasy za to, że jest tym koncernem, a nie innym. Ot i tyle. Jest to wartość wygenerowana administracyjnie, właściwsze chyba jest słówko: „wydmuchana”. W momencie, gdy zakaz tworzenia „prawdziwej podróbki” zniknie, okaże się, że produkt markowy i „pirat” mają takie same cechy, że nie da się ich odróżnić i nie da się nimi nawet specjalnie chwalić. Ceny się zrównają, dmuchany biznes zniknie. Możemy oczekiwać, że pozostanie zdrowa konkurencja w oparciu o jakość towaru, o obsługę klienta. Ludzie będą w takich warunkach pilnować autentyczności marki, tak, jak pilnują autentyczności masła. Bo to się im będzie bardzo opłacało. Jak prawdziwe masło, tak „markowe” portki będą oferowały odpowiedni stosunek jakości do ceny. Niestety, producentom będzie mniej fajnie niż teraz. Będą musieli stosować dobre materiały i technologię. Zysk jeden tylko taki, że ich przewaga nie zniknie w momencie wejścia Partii Piratów, czy innych niespodziewanych zawirowań prawnych. Zostaną zmuszeni po prostu do bycia realnie solidną marką…

Ściągnij tekst:
Strony: 123

Powiązane wpisy

Niepubliczna Biblioteka Fantastyczna im. Stanisława Lema
Aktualności - 4 sierpnia 2014

W dniu dzisiejszym został uruchomiony projekt dofinansowany ze środków Miasta Lublin zatytułowany Niepubliczna Biblioteka…

Już od dziś wielkie święto fantastyki!
Aktualności - 28 kwietnia 2017

Rozpoczął się Festiwal Fantastyki Pyrkon 2017. W tym roku organizatorzy przygotowali jeszcze więcej…

Witamy w rzeźni Nightside
Recenzje fantastyczne - 28 marca 2012

Simon R. Green Coś z Nightside Tłum. Mateusz Repeczko Fabryka Słów, 2011 Stron:…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!