Adam Cebula „Political niefiction”

Felietony Adam Cebula - 14 maja 2018

Oczywiście współczynnik korelacji też z automatu oszuka, bo definiuje się go jako kowariancję podzieloną przez iloczyn wartości oczekiwanych. Można sobie w Wikipedii sprawdzić, że istnieje wiele przypadków, gdy ciągi danych są dobrze zdefiniowane, w intuicyjnym rozumieniu tego słowa absolutnie skorelowane, zależne od siebie, a współczynnik korelacji otrzymujemy równy 0, co powinno oznaczać, że są od siebie tak niezależne, jak dwa rzuty monetą.

Dobra, przyznaję się, zabełkotałem, i wiem, że prawie nikt nic nie zrozumiał. Chciałem pokazać, jakiej klasy potrzebna jest wiedza, by się nie pogubić na poziomie czystej matematyki, a jest jeszcze poziom o wiele trudniejszy – znajomości fizyki układu – który opisujemy. Przykład to wielekroć przywoływany efekt cieplarniany. Rośnie nam poziom CO2 (w powietrzu), rośnie średnia temperatura. Czy CO2 wymusza przyrost temperatury, czy temperatura określa poziom CO2, czy mamy jeszcze jakiś trzeci proces, który wszystko zmienia?

Nie, statystyka, choć jest ścisłą dziedziną matematyczną, nie daje z automatu prostych odpowiedzi. Jest natomiast genialnym narzędziem do ściemniania. No właśnie, raz jeszcze efekt cieplarniany. Przedstawiamy wykres zależności temperatury od czasu i poziomu CO2, oba wykresy przedstawiają dzięki odpowiedniemu przeskalowaniu dramatyczne wzrosty, i wniosek gotowy. Ktoś, kto rozumie się na tym choć trochę, zapyta o (na ten przykład) zależność poziomu CO2w atmosferze od poziomu emisji przez człowieka, ale to już taki poziom komplikacji, że jak mu się odpowie cokolwiek, że choćby jest „denialistą” (cokolwiek to znaczy), to publika będzie bić brawo.

Czytałem na temat Big Data całkiem sporo artykułów, ponieważ chciałem coś zrozumieć. Chciałem zrozumieć, ponieważ to zagadnienie od samego wstępu cuchnie mi kantem. Jak ja to rozumiem? Tak, że mamy po pierwsze, możliwość przerobienia niewyobrażalnych do tej pory porcji danych, po drugie, znaleźliśmy sposoby, żeby je pozyskać. Po trzecie, w szczególnych wypadkach te procedury dają „zaskakujące” rezultaty. No i chciałoby się ten bagaż możliwości przerobić na pieniądze i karierę.

Przez lata pracy w mojej „fabryce” nauczono mnie, że jeśli czegoś nie zmierzysz z dziś zwaną tak „niepewnością pomiarową” lepszą niż 5%, to możesz sobie itd… Wyników nie ma.

Jeśli liczymy średnie, a „średni błąd kwadratowy wartości średniej” wyłazi poza te pięć procent, zaczyna się czarodziejstwo.

Aliści jeśli liczymy kowariancje, współczynniki korelacji Pearsona, odchylenia standardowe wartości średniej, piszemy duże i małe sigmy, wzory ze wskaźnikami przy zmiennych, czarodziejstwo zaczyna wyglądać na skuteczną czarną magię i ludzie się przestraszą.

Jak miał działać mechanizm Big Data w przypadku wyboru Donalda T. na prezydenta USA? A mniej więcej tak: na podstawie wpisów na Facebooku ustalono psychologiczne profile tych 50 milionów Amerykanów, po czym… No właśnie – co „spersonalizowano” kampanię? Czytamy tylko takie banały, że „użyto danych w kampanii”. A kuku.

Jest jedna prosta, za to chyba mocna, obserwacja. Czy, drogi czytelniku, spotkałeś przypadek, żeby argumenty w dyskusji skłoniły kogoś do zmiany poglądów? Za pewnym publicystą z Scientific American muszę przyznać – ja też nie. Ja też nigdy nie zmieniłem poglądów. Ależ tak, wielokrotnie deklaruję, że zmienię nastawienie do globalnego ocieplenia, jeśli ktoś przedstawi pomiary, które wykażą wpływ człowieka. Taki jestem elastyczny? Akurat! Trzymam się sztywno zasady „takie pomiary, takie wnioski”, i od niej już ani myślę odstępować. Rzecz w tym, że moim poglądem nie jest negacja globalnego ocieplenia, tylko z pewnością ortodoksyjna metoda interpretacji wyników.

Nie, nie zmienię poglądów. Można gadać do mnie jak do ściany, a raczej nie uchodzę za ortodoksa. Tylko dzięki temu, niestety, że poziom zawikłania ortodoksji jest nieco wyższy. Nie zauważyłem, by u innych było inaczej. Zasady ustalania zasad czy poglądów bywają ciut prostsze lub bardziej skomplikowane, ale pierwsza zasada, że się nie zmieniają, jak najbardziej się sprawdza.

Jeśli ludzie dają posłuch antysemityzmowi, izolacjonizmowi, jeśli wierzą, że Meksykanie odebrali im pracę, to najwyżej można podkręcić u nich te nastroje. Jeśli potrafię cokolwiek wyczytać na temat podziału Ameryki na Republikanów i Demokratów, wygląda to mniej więcej tak, jak w Polszcze na PiS i anty-PiS. Liczba „niezdecydowanych” jest bardzo niewielka, a tych, którzy „wiedzą”, do zmiany obozu nie skłonną z pewnością jakieś spersonalizowane argumenty.

Chcę wbrew pozorom powiedzieć coś poniekąd optymistycznego: ludzie, o zgrozo, mają swoje poglądy i nie są durniami, jakimi chcieliby ich widzieć tak zwani „specjaliści”. To, czy od wizerunku, czy kampanii, to już mniej ważne, ale warto sobie uświadomić: wizja bezwolnej masy podążającej za Goebbelsami wmawiającymi im, co tylko chcą, jest fałszywa. Postawy ludzi dorosłych, jak sama nazwa wskazuje, są dorosłe. Ukształtowane przez długi czas. Nawet z mojego punktu widzenia bardzo młody człowiek, liczący sobie najwyżej dwadzieścia lat, ma dość doświadczeń i wiedzy, żeby samodzielnie wybierać, i nie nabierać się na proste oszustwa.

A tak zwani „specjaliści” niczego poza prostą propagandą nie są w stanie wymyślić. Gdy dziś opisuje się m.in. skuteczność Josepha Goebbelsa, to właściwie nie ma żadnych danych, by potwierdzić, że był skuteczny. W całej medialnej sprzedajności nazizmu giną doświadczenia z okresu do 1933 roku, gdy Niemcy poznali i głód, i hiperinflację, i całkowitą nieskuteczność rządów. Tak, wspomina się, że palec na cynglu, który wystrzelił późniejsze nieszczęścia, położył24 października 1929 roku.

To nie propaganda trzymała III Rzeszę w kupie do samego końca.

Rzadko spotykam sięsię z prostym wnioskiem, że – mając na karku Armię Czerwoną – ze świadomością wszystkich zbrodni, jakie się wcześniej dokonało, w niemieckiej armii było dość ludzi, którzy nie mieli nic do stracenia. I że to przez nich nie było mowy o jakiejkolwiek kapitulacji, to było źródłem determinacji, nie propaganda czy ideologia. Zresztą, kto mógł, wiał na Zachód, żeby się poddać Amerykanom. Goebbels nie musiał tu specjalnie kogokolwiek, (zwłaszcza gdy ten „ktokolwiek” miał wytatuowane literki SS) przekonywać. Ci ludzie działali racjonalnie. Niemcy mieli za sobą proste doświadczenie: dopóki nie było Hitlera, trzeba było płacić ogromne kontrybucje, a „liberalne” rządy okazywały się za słabe, żeby choć utrzymać w ryzach finanse państwa na elementarnym poziomie, by pieniądz miał jakąś wartość. Konkluzja była oczywista: skoro „wzięcie za pysk” poskutkowało, trzeba się tego trzymać, bo inaczej wróci koszmarny chaos. A gdy czerwoni byli w granicach, to już zostało tylko walczyć jak szczury zagonione do kąta.

Ludzie głosują, popierają koszmarnych z „naszego” punktu widzenia wodzów, bo tak dyktuje im doświadczenie. Putin po poprzednikach zastał kraj stanie chaosu. Jelcyn zaliczył kilka ślicznych, alkoholowych wpadek, które mogłyby się zdarzyć ewentualnie jakiemuś cieciowi, a nie szefowi światowego mocarstwa. Trudno się dziwić Rosjanom, którzy przekonali się, że powrót do wersji współczesnego feudalizmu przywrócił elementarny porządek, że wreszcie wypłacane są emerytury, że trzymają się systemu zamordystycznego. Doświadczenie mówi im, że to zadziałało. Lepiej nie eksperymentować z demokracją, której już zaznali.

Ściągnij tekst:
Strony: 123

Powiązane wpisy

Adam Cebula „Houston, mamy problem”
Felietony - 13 lutego 2017

Ludziska bez mózgów plenią się bez opamiętania, czyli Adam Cebula i jego…

Adam Cebula „Grzech niepierworodny”
Opowiadania - 12 lutego 2016

Podatek z jajec złożony to dycht poważna sprawa, zwłaszcza gdy podgrodzie w ruinie… Adam Cebula uczynił…

Adam Cebula „Net na głodzie”
Felietony - 29 lipca 2016

Adama Cebulę nawiedziła wizja netu jako misia wypchanego bezwartościowymi pakułami. Przerażająca była…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!