Adam Cebula „Politpunk, czyli dlaczego katastrofa musi się zdarzyć”

Felietony Adam Cebula - 12 czerwca 2019

Foto: pexels.com

Poważny dziś literat Jacek Inglot rzucił na którymś konwencie hasło „politpunk”. Cóż to miało wedle naszego kolegi oznaczać, szczerze przyznam, że nie pomnę dziś, ale sam termin wydaje mi się jak najbardziej pasujący do tego, co tu napisałem. Właściwie powinien zacząć od ostrzeżenia: choć to nie jest moją intencją, to ów tekst może wnerwić, może ubóść, zranić uczucia. To właśnie taki politpunk, rebelia przeciw wszystkim i wszystkiemu. Co najgroźniejsze, to nie bunt bez powodu, wynikający z potrzeby buntu. To wynik chłodnej oceny tego, co zrobić trzeba, żeby rebelii nie było.

Mamy akurat taki czas, że poprzez tak zwane media przelewa się fala rozpaczy, żalów i strachu. Bo świat nie chce leźć tam, gdzie zdaniem intelektualistów (albo tych, co chcą za nich uchodzić) iść powinien. W istocie pcha się w maliny – trudno inaczej to nazwać. Pladze na imię populizm.

O ile biadanie, że w kolejnych wyborach ludność wybrała nie tych, co powinna, można próbować pomijać taktownym milczeniem – przegrani zawsze lamentują i zawsze w związku z przegraną wieszczą koniec świata – to pewne zdarzenia przekraczają granice subiektywnego osądu. Brexit.

Bardzo mi przykro: literatura nigdy nie może być doskonale obojętna wobec polityki. Od czasu do czasu można kiwać palcem w bucie na różnice pomiędzy jakimiś ugrupowaniami, ale raczej wówczas, gdy programy są rozsądne. Gdy politycy nie chodzą mocno po ziemi, literaci zaczynają pisać dołujące dystopie. Niestety, czasami też pismak ma obowiązek jak pies łańcuchowy zaszczekać, gdy zwęszy złodzieja lub podpalacza. Musi, choć wielu słyszy jedynie nieznośne ujadanie.

Osobna sprawa, że ów psi obowiązek ma osobnik związany z SF. Inni szlachetni pisarze nie mogą, bo trzeba użyć słów, które brzmią w kontekście ich pisania nieprzyzwoicie. Tak, wysoka literatura może powiedzieć „dupa”, jak zauważył dawno Gombrowicz, „gówno” także. Ale tu chodzi o słówko, którego się w mowie niemal wiązanej, szumiącej jako pieśń stepowa, tolerować nie da. Brzmi ono „produkcja”.

Tak, dzieją się rzeczy złe. Brexit z niewielkim marginesem błędu jest destrukcją. Osobne pytanie, czy Wielka Brytania powinna być członkiem Unii Europejskiej, i na jakich warunkach, jeśli tak. Natomiast kto ma otwarte oczy, widzi, że cała operacja zamienia się w robienie sobie krzywdy przez spory kraj. Jest tylko pytanie, jak wielka ona będzie: czy skończy się tylko na gospodarczej bryndzy, czy nie stanie się ona katastrofą, np. oderwaniem się Szkocji, po którym Wielka Brytania będzie już raczej niewielka.

Nie, zdecydowanie Donald Trump to nie jest dobry prezydent USA. Trump nie wygrywa wojny gospodarczej z Chinami. Chiny, jak się zdaje, właśnie zdobyły dominację w nowej technologii telefonii komórkowej 5G.

Niestety wynalazcy prochu i papieru mają też ambicje terytorialne. Słynne sztuczne wyspy na Morzu Południowochińskim stają się coraz większym problemem. Jakiś czas można się przeciwstawiać militarnej ekspansji Chińczyków, ale tylko do momentu, gdy potencjał armii USA będzie znacznie większy. A nie będzie, jeśli Stany nie będą górować gospodarczo i technologicznie. Otóż Ludzie z USA godzą się z utratą prymatu i podają nawet daty, moim zdaniem dość optymistyczne.

A owszem, była koncepcja, jak utrzymać przewagę „naszych”. Tę perspektywę dawało negocjowane Transatlantic Trade and Investment Partnership. TTIP Trump uwalił. Niezależnie od tego, jakie kontrowersje budziła umowa, a także od tego, że mogła narobić dużo szkód, to jedynie stworzenie wielkiego wspólnego rynku daje szansę na zrównoważenie gospodarczej ekspansji Azji.

Brak umowy z USA i niechęć jakże oryginalnego amerykańskiego prezydenta do UE rodzi naturalną konsekwencję: w próżnię wchodzi budowa Nowego Jedwabnego Szlaku. Uczestniczymy w niej, nawet z pompą chwaliliśmy się otwarciem terminalu przeładunkowego w Łodzi.

Jeśli spojrzymy na nasz kraj, to mamy bardzo podobne zjawisko: robienie sobie krzywdy bez żadnej potrzeby. Wybraliśmy sobie do rządzenia partię, która w ramach „wstawania z kolan” doprowadziła do konfliktu ze źródłem ojro. Dodatkowo Putinowi dobrze by było demonstrować spoistość sojuszów, w jakich jesteśmy. Żadnych zasadniczych konfliktów wewnątrz UE – dla naszego własnego bezpieczeństwa. A my chcemy na odwrót.

Jaki jednak interes ma w tym tak zwany wyborca? Pytanie, czemu złodziejstwo na poziomie części do wiertarki budzi ogień społecznego sprzeciwu, a próba gwizdnięcia całego banku wartego kilkadziesiąt miliardów, uchodzi?

Jak okiem sięgnąć, tak zwane poważne publikatory zachodzą w głowę, co się dzieje? Z jednej strony gołym okiem widać, że szlag trafia porządek tego świata. Choćby to, że przewidywalny satrapa w postaci USA prawdopodobnie będzie musiał się pogodzić z dominacją satrapy nieprzewidywalnego, czyli Chin, które właściwie oficjalnie deklarują zamordyzm? Z drugiej ludność zagrożonych krajów wybiera sobie takich wodzów, którzy zamiast coś ratować, potęgują zagrożenie.

Groza wylewa się z artykułów, w których usiłuje się dociec, czemuż to wyborca, zamiast grzecznie poprzeć Angelę Merkel, woli AfD, czemuż to tak dobrze trzyma się Wiktor Orban?

Groza tym bardziej że w dużej mierze, o czym już nie piszą owi dociekliwi, sytuacja przypomina tę sprzed I wojny światowej. Kroi się zmiana układu sił na świecie – i to na wielką skalę. Co groźniejsze, mamy przynajmniej dwa potencjalne mocarstwa, Chiny i Rosję, które – gdy się dogadają – zablokują (nawet na dzień dzisiejszy) użycie przez całe NATO siły militarnej, gdyby jednemu z nich zechciało się coś zająć. Choćby jakiś średniej wielkości kraj w Europie Wschodniej.

Zaś reszta świata, zamiast grzecznie tworzyć koalicję, która to zablokuje, wybiera rządy, które… no właśnie co? Realizują jakieś Breksity (jak się zdaje, tak trzeba to słówko odmieniać) czy wstawanie z kolan. W większości przypadków, patrząc z zewnątrz, widać, że w demokratyczny sposób ludzie wybrali sobie władzę, która obiecała im zrobić krzywdę. I robi.

Że próbujący ogarnąć te zjawiska nie mają pojęcia, o co chodzi, świadczą choćby próby ich klasyfikowania. Są mniej więcej tak skuteczne, jak uprzejme nazywanie przez moją żonę potraw, które wykonuję, jedynie dla siebie. „A… to miał być gulasz”. „Chciałeś zrobić ri… (risotto?)”. Przy czym żona wie. Dla przydania elegancji sytuacji sugeruje, że znam pewne zasady kuchni, o których oczywiście pojęcia nie mam. Jak nieklasyfikowalne w ramach rozsądnej kuchni są moje potrawy, tak owe populistyczne ruchy nie dają się wsadzić w szufladki przeznaczone dla pi razy drzwi „zwykłej” polityki, w której zakłada się elementarny rozsądek. Na przykład taki, że nie można być tak za, że aż przeciw.

Bardzo mi przykro, ale z funkcjonalnego punktu widzenia nasz rodzimy PiS a także reszta „na prawo” to nie konserwatyści. Ani prawica. Ponieważ konserwatyści z natury rzeczy chcą paktów dochowywać. W szczególności strzegą się jak ognia rewolucyjnych zmian. Ponieważ za dobrą uznają ewolucję, przez to lepiej zachować nawet kiepskiego władcę, byle nie przewracać systemu do góry nogami.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234

Mogą Cię zainteresować

Adam Cebula „Średnio o średniej”
Para-Nauka Adam Cebula - 23 grudnia 2015

Osobliwe i niezrozumiałe rysunki odnoszą się do kabalistycznie mistycznego zjawiska, jakim jest wartość średnia.…

Red-Akcje 1.09.2015

Błoto, deszcz czy słoneczna spiekota, wszędzie słychać wesoły bredni szum, to panoszy się…

Adam Cebula „Uwagi spisane w windzie”
Felietony Adam Cebula - 25 listopada 2016

Otaczają nas agenci rozlicznych wywiadów, a co drugi z nich to homo sovieticus. Aż strach…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!