ISSN: 2658-2740

Adam Cebula „Politpunk, czyli dlaczego katastrofa musi się zdarzyć” (3)

Felietony Adam Cebula - 12 czerwca 2019

Tymczasem ludzie widzą służbę zdrowia przez takie historie, jak wciskanie zamiast wody utlenionej jakieś 43 razy droższych środków, które robią to samo. Takich przypadków jest znacznie, znacznie więcej. Cała dietetyka wygląda na robienie ludzi w balona: raz jaja są be, raz zdrowe, sól to biała śmierć, ale bez soli umierasz. Pytanie, jak po kilku takich lekcjach traktować medycynę poważnie?

Towar zwany leczeniem wygląda niestety na kanciarstwo. Nieważne, że medycyna cały czas się realnie rozwija, ważne, co się usiłuje wcisnąć „ciemnemu ludowi”.

Czemuż to Polska zgodziła się na ciężką tak zwaną reformę Balcerowicza? Pisano wiele o naprawie naszej narodowej waluty, o uzdrawianiu przeróżnych rzeczy. Naprawdę ludzie marzyli o tym, by dostać towary choćby podobne do tego, co mogą mieć ludzie na mitycznym wówczas Zachodzie (chyba trzeba pisać dużą literą). Trzeba było coś porządnego wyprodukować. Czasami ktoś pisał blisko prawdy, że chodzi nam o poprawę wydajności pracy. Więc tak naprawdę o dobre zorganizowanie produkcji.

Jest pewien hak humanistycznej natury, że o tymże technicznym aspekcie nie wypada pisać: bo to tchnie komunistyczną gospodarką planową, która na przykład potrafiła zorganizować produkcję nikomu niepotrzebnej albo do niczego nienadającej się stali. Cóż… Naprawdę gospodarka organizowana wedle leninowskich zasad najzwyczajniej nie dawała sobie rady z produkcją. Komuna w nie tylko w Polsce walnęła się, ponieważ w końcu nie dawało się upędzić dość wódki, że o papierze toaletowym (wynalazku dekadenckim, z gruntu obcym klasowo) już nie wspomnimy.

Ktoś z doświadczeniami z peerelu nie ma kłopotu z wykrakaniem, że to musi walnąć, gdy zobaczy, że chodzi o kłopoty z produkcją. Ktoś, kto zna historię, coś dopowie do często powtarzanej propagandy straszącej nas skutkami globalnego ocieplenia. Nie, sama zmiana klimatu nigdy nie była przyczyną czy to upadku wielkiego imperium Majów (nie, nie znam się na historii prekolumbijskiej Ameryki, chyba jednak Majowie…). To nie susze same w sobie, to prawdopodobnie awaria w organizacji obsługi systemów nawadniających. Nawalił ichniejszy wod-kan, a to jak w komunie pociągnęło za sobą łańcuszek braków, w tym przypadku po prostu żywności. Podobnie Szwedzi nie przez to zwalili się do Polski, że Bałtyk zamarzł – jak pamiętam, nie przeszli po lodzie, ale którędyś-tam. Na skutek zimna siadła im produkcja zbóż, w szczególności owsa nie starczało nie tylko do upędzenia.

Czemuż to tak ochoczo w latach 90. wywożono produkcję już do Chin, już to Tajlandii czy innego Pakistanu? A czemuż to nie robiono tego wcześniej? Bo… zastanówmy się – dzielni kapitaliści obawiali się wyprodukowania szajsu? Raczej za twarz trzymał ich jakiś Urząd Ochrony Konsumenta. Na który trzeba się było zgodzić, dokąd istniała ZSRR, bo wkurzony klient łatwo zatęskni za komuną. Lecz komuna padła i odkryto przeregulowanie gospodarki. Więc dla zwiększenia konkurencyjności zezwolono na produkcję „chińszczyny”, czyli taniego szajsu.

Wiele razy pisałem: zastopowano finansowanie badań podstawowych, nie powstały nowe technologie. Bez sięgnięcia do trywiału technologii pewnych rzeczy się nie widzi. Na przykład, że jak wiele razy pisałem, niczym krew z nosa idzie wprowadzanie półprzewodników na bazie węglika krzemu. Tak dla bardziej obeznanych: nie wygląda, żeby zasadniczym kłopotem był problem z uzyskaniem dużych monokryształów, skoro elementy takie jak tranzystory i tyrystory pakuje się w obudowy przeznaczone dla urządzeń na bazie krzemu. I skutek mamy taki, że drastycznie zostaje ograniczony zakres temperatury pracy. Mógłby realnie wynosić do 400 stopni Celsjusza, a kończy się 200 stopniach.

Skoro nie produkujemy niczego, co wymaga solidnego, wykształconego, z wysoką kulturą techniczną pracownika z Niemiec, Anglii czy Czech, Szwecji, Finlandii i tak dalej, to nie ma sensu mu płacić. Skoro inni zrobią to samo, za miskę ryżu…

Marna produkcja jest przyczyną zdawałoby się odległych kłopotów. Ot, choćby wykształcenie. Człowiek z dobrym wykształceniem nie cieszy się z pięćset plus, wie, że raczej nie ma sposobu, żeby nie oznaczało to siedmiuset minus. Człowiek wykształcony średnio ma lepszą robotę, lepiej płatną, ma perspektywy, a w kłopotach, o dziwo, radzi sobie lepiej. Wbrew obiegowym legendom.

Jeśli jednak nie idzie jakaś produkcja, to nie ma napędu do nauki.

Czemu nauczania nie daje się skutecznie sprywatyzować? To się wykłada zwłaszcza gdy nie produkujemy. Bo nauka nie jest towarem, to nie jest coś, co ludzie chcą nabyć. Pewnie z ochotą zapłaciliby za wiedzę, która po przelaniu odpowiedniej sumy pojawiłaby się im sama w głowach. Nie chcą jednak płacić za zrobienie sobie ciężkiej nieprzyjemności. Zwłaszcza wówczas, gdy nie widzą powodu, dla którego mieliby się poddawać długiemu, upokarzającemu i wymagającemu wielkiego wysiłku procesowi uczenia.

Gdy jednak musimy coś produkować, znajdują się sposoby, by ludzi do nauki nagonić. Skutek wykształcenia? Jak widać po rozkładzie głosów, zwłaszcza w naszych ostatnich wyborach samorządowych, ci w wielkich miastach, ci z lepszym wykształceniem jakoś nie kupują ani dobrych zmian, ani wstawania z kolan.

Ale gdy „produkcja nieważna, ważna sprzedaż? No to wywozimy produkcję do Chin. Kilka razy już pisałem: po wybuchu kryzysu roku 2008 publicyści (chyba m.in. Paweł Wroński) powątpiewali, czy jest w ogóle możliwy powrót do USA przemysłu elektronicznego. Ponieważ tam już nie ma inżynierów.

Ruch Occupy Wall Street faktycznie został olany. Seria demonstracji przeciwko nierównościom społecznym rozpoczętych 17 września 2011 roku w Zuccotti Park w Nowym Jorku została faktycznie zignorowana. A tymczasem: „Według Josepha Stiglitza w latach 2009-2012 95% zysków w Stanach Zjednoczonych trafiło do 1% ludności”. Za Wikipedią.

Te dane o 1% wrednych kapitalistów są zawsze lewicowym dowodem na konieczność walki ze strasznymi nierównościami społecznymi. Kolejna pułapka humanistycznego patrzenia na świat. To dowód na coś znacznie, znacznie groźniejszego: spekulację. Jeśli prowadzimy realną produkcję, to nie ma sposobu, żeby robotnikom płacić w takich proporcjach od wartości wyprodukowanego towaru. Może by to zadziałało w odkrywkowej kopalni złota, w której grudy kruszcu walałyby się pod nogami. Ale rzeczywista produkcja nigdy takich zysków nie daje. Jedynie giełdowe kanty, różne transakcje wysokich częstotliwości, opcje do obligacji i temu podobne machinacje.

W rzeczywistości gdzieś od 17. misji Apollo świat biznesu uznał, że czas najwyższy się wyrwać z przyziemnych okowów produkcji i zrazu nieśmiało, lecz coraz żwawiej pod dumnymi hasłami (och, naprawdę wiele tu by ich trzeba zacytować!) podążył właśnie ku spekulacji. Aż doszliśmy do programów obsługujących tak zwane transakcje wysokich częstotliwości, gdzie komputery potrafią w ciągu sekundy tysiące razy sprzedać i zakupić towar.

Aż walnęło się efektownie i klasycznie kapitalistycznie około roku 2008. Mógłbym tu wyliczyć wiele kryzysów, jak przypadek firmy Enron i innych znaków, które dobre bogi spuszczały dla opamiętania ludzi. Ale nie pomogło.

Strony: 1234

Mogą Cię zainteresować

Adam Cebula „Paktów nie dotrzymywać!”
Felietony Adam Cebula - 2 czerwca 2017

Jak w SF funkcjonuje motyw katastroficzny? Można by odpowiedzieć „dobrze”. Co chwilę…

Adam Cebula „O tym, jak fantastycy, pisząc o nazistach, mogą uratować świat”
Felietony Adam Cebula - 28 września 2020

Operacja Dragoon, drugi desant aliantów w południowej Francji przeprowadzona 15 sierpnia 1944…

Adam Cebula „Jak coś nie działa”
Felietony Adam Cebula - 8 stycznia 2019

Czy warto pisać o tym, jak coś nie działa? Pomysł wydaje się…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!