Adam Cebula „Prawie”

Felietony Adam Cebula - 22 sierpnia 2014

obrazek_zastepczy010Zebranie większej liczby obserwacji w jednej dziedzinie często prowadzi do uogólnień, które dotyczą czegoś zupełnie innego, czasem bardzo odległego. Ot, ruszyłem z rysunkiem do kierownika naszego instytutowego warsztatu. Pan doktor spojrzał fachowym okiem i powiedział: „prawie dobrze”.

– To co, mam poprawić? – szybko zapytałem. Albowiem wiedziałem, że poprawić MUSZĘ.

Refleksje mnie naszły dopiero podczas wizyty w pewnym sklepie fotograficznym. Sprzedawca najpierw ocenił mój obszarpany plecak, nieogoloną gębę, i przypisał mnie do grupy społecznej. Zapewne bezdomnych alkoholików. Zapytałem, pan mi polecił coś znacznie tańszego. Bo to było „prawie to”, co chciałem kupić.

– Robiłem zdjęcia, PRAWIE nie widać różnicy.

Jakoś przypadkiem na gruncie fotograficznym tych PRAWIE się uzbierało. Tak, pan sprzedawca miał rację: pomiędzy kompaktem a dobrą lustrzanką różnice w jakości zdjęć na pierwszy (a może i na trzeci) rzut oka są małe, ale… Ale na przykład w kompaktach są niedostępne wysokie czułości, nie można wymieniać w nich obiektywów, przez co pewnych rodzajów zdjęć zrobić się nie da. Ponieważ zazwyczaj chodzi mi takie właśnie zdjęcia, to kompakt jest dla mnie nie prawie, ale ZUPEŁNIE bezużyteczny, choć prawie różnicy nie ma. Rozegrała się scena omal jak z powieści Karola Dickensa. Gdyby plik banknotów, jaki wydobyłem, by jednak pełnemu zdumieniu sprzedawcy zapłacić, był kilka razy grubszy, to mógłbym się okazać niespodziewanie przedstawicielem klasy przynajmniej średniej.

Na pewnym portalu internetowym tłumaczono klientom, że stabilizacja to niemal to samo, co jaśniejszy obiektyw (gdyby ktoś nie rozumiał żargonu, tutaj wszystko wyjaśniono). W sklepach dostępny jest obiektyw o zakresie ogniskowych 18-55 mm i wyposażony w stabilizację o tak zwanym świetle zmieniającym się z ogniskową od f/3,5 do f/5,6. Skuteczność stabilizacji określa się na 3 EV (czyli 2x2x2=8) i oznacza to, że mogę zrobić nieporuszone zdjęcia z czasem osiem razy dłuższym niż bez stabilizacji. Jeśli przyjmiemy logikę wspomnianego wyżej portalu i uznamy, że stabilizacja = jaśniejszy obiektyw, to owe 3EV możemy przeliczyć zamiast na czas, na przesłonę. Wyjdzie nam niepokojąca dla fachowców wartość około f/1,2. Jest inny obiektyw o zakresie ogniskowych 18-35 mm, ma sobie jasność f/1,8, i nie ma stabilizacji. Pierwszy kosztuje około czterech stówek, drugi jakieś trzy tysiaki. Ile by kosztował obiektyw o zakresie ogniskowych 18-55 mm i jasności f/1,2 nie wiemy, bo się takich nie robi.

Konkluzja tych pobieżnych rozważań jest taka, że jeśli nawet nasz obiektyw ze stabilizacją działa prawie jak jasny i piekielnie drogi, to musi to być BARDZO PRAWIE. Musi tu być jakaś dramatyczna różnica, skoro coś podobnego kosztuje kilka tysięcy drożej.

To już dygresja: dowolny obiektyw możemy ustabilizować idealnie za pomocą statywu, na którym można robić zdjęcia na dowolnie długich czasach. Jasny obiektyw pozwala fotografować z krótszymi czasami, a więc uwieczniać ruchome obiekty bez poruszeń i bez pogarszania jakości zdjęcia (wywołanego podnoszeniem czułości). Krótko mówiąc, stabilizacja nie ma nic wspólnego z jasnością obiektywu, jest dość marnym ersatzem statywu. Na przykład takiego w wersji mini, który zmieści się w kieszeni i kosztuje już od 30 złotych.

Można powiedzieć, że opisywanie skuteczności stabilizacji za pomocą EV prawie nie wprowadza w błąd. Wielkością tą opisano funkcję, którą najuczciwiej byłoby określić -krotnością wydłużenia czasu naświetlania. EV jest za to prawie zrozumiałe dla wielu nawet zaawansowanych fotografów. Prawie wierzymy, że nikt nikogo nie chciał tu wpuścić w maliny…

Jak zapewniał fotograf „testujący” pewien aparat fotograficzny, prawie nie przeszkadza to, że urządzenie musi ciągle pracować podczas fotografowania. Mieliśmy „prawie rewolucyjną” innowację – wyrzucenie z aparatu wizjera optycznego i zastąpienie go elektronicznym wyświetlaczem. Takim jak w kompaktach. Aby dało się zrobić zdjęcie, trzeba nasze cudo włączyć i dopiero wówczas możemy w wizjerze widzieć, gdzie celujemy. Jaki jest sens innowacji? Prawie rozumiem. Uproszczenie konstrukcji. Jest lepiej dla producenta… dla użytkownika prawie nie gorzej. Jeden ze skutków zmiany jest taki, że elektronika (matryca) mocniej się nagrzewa niż w aparatach „klasycznych”. Tam, prawie zawsze gdy mamy aparat przy oku, jest on pod prądem, ale kiedy nie naciskamy spustu, urządzenie prawie nie pobiera mocy. Tym razem bez ironii i niedopowiedzeń. Skutek jest taki, że można „powisieć” przy wizjerze nawet kilka godzin. Akumulator się nie rozładuje. Nie nagrzeje się matryca i nie wzrosną jej szumy.

Oczywiście w nowoczesnej konstrukcji, w której optykę (cóż za archaiczna technologia…) zastąpiła elektronika – i się grzeje, i się rozładowuje. Można powiedzieć, że prawie mamy do czynienia z innowacją.

To było chyba tak: „prawie robi wielką różnicę”. Reklama tyczyła się jakiegoś piwa, jak wyczytałem w Wikipedii. Jak widać, wyjąwszy szczegóły, spełniła swoją rolę, bo zapamiętałem ją, ale jakiego towaru dotyczyła – tego już nie. To otwiera grupę wypadków, gdy prawie widać różnicę, i prawie warto przepłać za proszek znanej marki, markowe piwo, markowe portki, i prawie mamy interes, by na ten przykład ścigać prawie piratów produkujących wyroby prawie naśladujące inne, albo bojkotować jakieś noname’y które za ćwierć ceny oferują prawie to samo. Tym razem prawdziwe „prawie”. Tak, jeśli użyję dobrego proszku do moich złachanych porciąt, to… Powiedzmy sobie szczerze, nie będzie żadnej różnicy pomiędzy praniem w czymkolwiek, co jest proszkiem do prania. Żadne „prawie”, tak czy siak – jak mamusia mawia, jakby psu z gardła wytargał.

Najlepsze dżinsy, jakie znałem, były to „prawie dżinsy”, komunistyczna podróba firmy Elpo. Realizacja idei dżinsów prawie idealna. Potraktowane kwasem octowym zbielały na śnieżnobiało, podszewka się rozpuściła, ale portki z d… nie spadły, żadnych dziur, trwały na posterunku niczym obrońcy Stalingradu. Nie były prawie jak dżinsy, to były prawdziwe, legendarne, choć nazwane pogardliwie, szariki. Te hamerykańskie to cień ich cienia. Generalnie są rzeczy prawie lepsze niż znacznie tańsze czy mniej prestiżowe, i do dobrego tonu należy udawać, że „prawie” oznacza tu „dużo”, a nawet „nieporównanie”. Takie inne oblicze „prawie”.

Czy słówko „prawie” pojawia się dziś częściej? Nie wiem. Mam takie wrażenie, być może wynikające tylko z tego, że ucho uwrażliwiło się na nie. Brzmią tym samym fałszywym tonem takie stwierdzenia jak „niemal zdobyliśmy kosmos”, „udaje się kontynuować międzynarodową współpracę w astronautyce”, lecz „w niektórych dziedzinach”, a podręczniki szkolne są „w zasadzie bezbłędne”. W jakich okolicznościach można używać słówka „prawie”, gdy nie oznacza „o mało co”, ale choćby „zupełnie”? Gdy chodzi nie o to, że coś udało się z niewielkimi potknięciami, ale skończyło się totalną klapą? Kiedy używamy okrągłych słówek dla zamazania prawdy?

Ściągnij tekst:
Strony: 12

Mogą Cię zainteresować

Adam Cebula „Houston, mamy problem, chyba jednak wylądowaliśmy na Księżycu”
Felietony Adam Cebula - 24 października 2019

Całkiem niedawno komunistyczne – przecież  niechętne amerykańskiemu imperializmowi – gazety wyliczały najróżniejsze…

Kobieta bardzo fatalna
Opowiadania Adam Cebula - 5 kwietnia 2019

Co ta miłość robi z człowiekiem… wystarczy chmurka wysoko wydajnych feromonów, a…

Adam Cebula „Pearl Harbor raz jeszcze na spiskowo”
Para-Nauka Adam Cebula - 28 stycznia 2018

Nie ma to jak teorie spiskowe. Prawda? Coś było… tak, wielką frajdą…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!