Adam Cebula „Spojrzenie kinematograficzne na koniec świata”

Felietony Adam Cebula - 21 marca 2012

Kiedy zaczynam coś pisać, cisną mi się do głowizny setki skojarzeń. Klepanie w klawiaturę to wąskie gardło przekazu informacji, nim wyklepię jedno, dziesięć wymyślę. Ba, nie tylko wymyślę, ale i zapomnę. Nieuchronne jest więc to, że zacznę od czegoś z boku tematu.

Kolega – bardzo liberalnie nastawiony – usiłował mnie przekonać do idei zlikwidowania państwowych instytucji kulturalnych. Myślenie idzie tak: prywatny przedsiębiorca nie jest w stanie konkurować z jednostką gospodarczą, która nie działa na tych samych zasadach. Która, mówiąc krótko, jest dotowana. I rzeczywiście nie ma sposobu, by obniżyć cenę wyprodukowanego towaru bardziej niż koszty produkcji, a gdy ktoś ma choćby część owych kosztów za friko, no to jest pozamiatane.

Jak to z racją bywa… racja, ale jest wręcz przeciwnie. Punktem wyjścia filipiki mojego kumpla było to, że w tiwi nie ma czego oglądać i w ogóle w odróżnieniu od „w ogóle”. Bo jak chcieć coś obejrzeć, to wszędzie SF. To już moja obserwacja.

Dziś właściwie w każdym kasowym filmie jest jakiś element, jeśli nie czystego SF to przynajmniej motyw technologiczny albo motyw zaskakujących zmian, które wynikają z „takich czasów”. Czasy są wynikiem przemian. Nawet gdy jest o ciężkiej doli panienki, która wyjechała do pracy jako tancerka go-go, a tu wyszło na to, że ma być tancerką przy rurze, to w tle mamy choćby dramatyczną nierówność w posiadaniu, która jest wynikiem technologii, i której przejawem jest owa technologia. Ktoś ma kartę kredytową i nią płaci, inny jest biedny i płaci z portfela. Bogaty ma „dzi-pi-esa”, bidny musi sam główkować, jak zamienić adres na konkretną lokalizację. Owa technologia zresztą w filmach jest obecnie elementem dekoracyjnym. Dla podniesienia nastroju ludzie kontaktują się przez Internet aliści, ponieważ Internet stał się powszedniością. Nic by to nie zmieniło, gdyby bohaterowie zamiast na jakimś fejsbuku poznali się, dajmy na to, w klubie, ale ma być fejsbuk. Bo to bardziej rajcuje.

Technologia włazi w gatunki zarezerwowane wyłącznie dla serca i ducha. W kilku podejściach poznałem akcję ? diabli wiedzą czy to romans, czy dramat psychologiczny ? która polegała na tym, że bohaterka uprawia seks wirtualny z nieznajomym z serwisu, echem, randkowego.

Jak wiadomo kino bywa kobiece i percepcja onego przez faceta jest praktycznie niemożliwa. Sprowadza się to do szczegółowych opisów, jak zrobić sobie krzywdę na sto sposobów, oraz jakie ewentualnie emocje temu towarzyszą. Cóż, w tym względzie muszę się przyznać do seksistowskiej niemocy ? jak dla mnie historia z gatunku „one takie są”. Ruszy na zaciągniętym ręcznym, co nie jest żadną damską specjalnością, ale jeszcze na dokładkę zruga, gdy próbować wytłumaczyć, jak uniknąć takich atrakcji. Ciekawostka taka, że zasadą konstrukcji damskiego kina staje się Internet. W opowieści typowo buduarowej mamy sceny jak z „Odysei…” Kubricka: choć sprowadza się tylko do filmowania ekranu komputera, to trudno uciec od skojarzeń.

Technologia musi być obecna w telewizyjnym sensacyjniaku. W odróżnieniu od klasyków zwanych przez Krajewskiego kryminałem kominkowym, gdzie czytelnik występował niejako na równych prawach z detektywem, miał identyczne narzędzia do analizy świata przedstawionego i wystarczała potoczna wiedza o ludziach i przedmiotach, by rzecz całą rozwikłać. Obecnie pojawiają się już to kody genetyczne, już to najróżniejsze mikroślady, bazy danych widoczne w postaci komputerów.

Mamy bardzo często coś, co nazwać można przestępstwem technologicznym. W szczególności w mniej wyrafinowanych produkcjach to jakiś cyberatak, ale zdarzają się trochę ciekawsze pomysły. Ciekawsze?

Bolą mnie zęby, gdy okazuje się, że jak zwykle chodzi o strasznego wirusa wyhodowanego w wojskowym laboratorium, czy coś równie mi znanego. Lista technologicznych pomysłów na akcję jest dość krótka – atak biologiczny, atak chemiczny (przy czym zawsze chodzi o jakąś fiolkę z czymś tam, co jak dupnie, to tylko sito jak mawiał pułkownik M. w studium wojskowym). Czasami zapanowanie nad satelitami, wysadzenie jakiejś tamy… No, to już rzadziej, bo od czasów Jamesa Bonda, o ile nie chodzi o zapanowanie nad całym światem, to z założenia nie jest godne uwagi.

SF w kinematografii marynistycznej – jak najbardziej. Oto zdarzyło mi się trafić na coś, co zmieniło nieco mój stosunek do praw autorskich. Spadkobiercy Hermana Melville’a powinni mieć pewne prawa wobec ludzi, którzy zamienili statek wielorybniczy w atomowy okręt podwodny. Jestem humanitarny, ale w tym przypadku dopiero, gdy sobie wyobraziłem, jak scenarzystę, reżysera i kilku pomniejszych łotrzyków doprowadzono na przykład na rozdanie Oscarów i wykorzystano jako pochodnie Nerona, to mogłem zasnąć.

Cóż, rzeczą ludzką jest słabość. Czyli załamanie postawy humanistycznej, jakie przedstawił w „Trenach” nasz największy wieszcz Jan Kochanowski. Zgadzam się, moja wersja kryzysu wartości może się wydać trochę odrażająca. Jednak twierdzę, że każda żywa i czująca istota w kontakcie z owym atomowym dziełem zwątpi, czy aby ludzkość słusznie porzuciła jako metody wychowawcze choćby łamanie kołem, przerastanie bambusem czy prewencyjne wycinanie w pień.

Co do walenia po gołym tyłku mokrymi rózgami z powodu totalnego nieuctwa – nie mam żadnych wyrzutów sumienia. Sednem akcji jednego z filmów było to, że się urwała jakaś bardzo zimna część atmosfery i spadała (spadła?) na ziemię. Egzosfera? Nie wiem, udało mi się przerwać transmisję przed odniesieniem poważniejszych szkód.

Cały film powstał na temat tak zwanych pustek. Tak zwane wędrujące pustki są. Istnieją jak najbardziej. To one właśnie budzą grozę. Albowiem dziura w ziemi, pustką w szczególności nazwana, niewędrująca, niczym bardziej wytwornym nie jest ponad dziurę. Wędrujące pustki są zwykle wynikiem działalności górniczej, i jak sama nazwa wskazuje, wędrują. Przemieszczają się z głębin ku powierzchni. Mechanizm jest prostacki: gdy wyrobisko zapada się, to w ten sposób, że strop leci w dół. Siłą rzeczy nad wyrobiskiem powstaje kolejna dziura. Przy odrobinie szczęścia zostanie zasypana przez przemieszczające się masy gruntu, ale zależy to od jego mechaniki. Może się tak zdarzyć, że zamiast grzecznie, proporcjonalnie i ze wszystkich stron przesunąć się ku dziurze, zasklepiając ją, piach będzie się zsypywał cały czas z góry i wówczas dziura będzie sobie maszerować ku powierzchni, aż wylezie i nagle ktoś w nią wpadnie. Jak się zdaje, film o tym, że całe miasto może wpaść w dziurę, która naraz pojawia się w ziemi, ma za swój pierwopoczątek właśnie to zjawisko. Historia jest pokłosiem zapewne tego, że amerykańska geologia ma się nieźle. Aliści gdzieś tam po drodze wszystko się pokręciło. Dziury się pojawiają, bo się pojawiają. Żadne wędrujące. Wielkie jak stadion piłkarski albo jeszcze większe, zależy, jaka się zmieści w hali zdjęciowej. I tak dalej. i w ten deseń. i z taką logiką. Bo taki jest film, panie kolego, w odróżnieniu od życia.

Jeśli powstał film i był nadawany w jakiejś tiwi, to powtał w Hollyłudzie, a więc ma odniesienie do stanu rzeczy widzianego przez amerykańskiego scenarzystę. Kiedyś miałem wrażenie, że ów celuje w zjadacza popcornu w tamtejszym kinie, i stanowi to wyznacznik dopuszczalnego poziomu wiedzy w dziele, ale przekonałem się, kupując kilka książek, że stan pojmowania świata zjadacza i pisacza są z wielkim prawdopodobieństwem kompatybilne.

Taka kolejna przypowieść do opowieści (czy dygresja do refleksji), jak to z odległych z pozoru rzeczy można wysnuć wnioski i ogólne, i szczególne, w temacie takim i wręcz przeciwnie. Książka tycząca oświetlenia w fotografii rozjaśniła mi, że od ał(u)tor(a)u zacząwszy, poprzez różnych redachtórów („ó” , bo czasami trzeba tekst zredachtorować), do składaczy, po domniemanych recenzentów nikt nie znał pojęcia, echem, rozmiaru kątowego. Od tej chwili już bliziuteńko jak przez sień (dynda, dynda stryczka cień, pamiętacie? „Odrażający drab” Przybory) do różnych przesmakowitych pomysłów jak owe w polskiej geologii wędrujące, w kinematografii ziejące, niestety, pustki i spadające kawałki stratosfery, po rozczulającą naiwność głębokiej ekologii, tym razem przypomnę jeszcze nie zwietrzały tytuł – w „Avatarze”.

Ściągnij tekst:
Strony: 123

Mogą Cię zainteresować

Tomasz Duszyński „Pietia i Witia”
Patronaty F-ta Fahrenheit Crew - 1 kwietnia 2012

N o t k a   w y d a w c y: Po jaką cholerę dwa dziwolągi, Pietia i Witia, szwendają się po polskich siołach, przysiółkach…

Rocznica urodzin Roberta Louisa Stevensona
Aktualności Fahrenheit Crew - 13 listopada 2015

165 lat temu w Edynburgu urodził się szkocki pisarz Robert Louis Stevenson. W trakcie swojej…

Michael White „Ekwinokcjum”
Ksiażki fantastyczne Fahrenheit Crew - 5 września 2006

W Oksfordzie ktoś bestialsko morduje studentki, usuwa im organy, a na ich miejsce wkłada monety.…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!