Adam Cebula „Termotransfer a 3D socjologia”

Gdy pojawiły się drukarki 3D, przeczytałem, że niemal zaczęła się jakaś nowa epoka. Ponieważ? Ponieważ ktoś wydrukował z pomocą tego cuda pistolet i dało się z niego oddać ze dwa strzały. Podrapałem się w głowę, mocno zdziwiłem fascynacją, i powiedzmy otwarcie – nie zrozumiałem.

Zapewne na przeszkodzie do fascynacji stanęła moja wiejska przeszłość. Czy da się zrobić samopał z rury wodociągowej? Da, i nie jest to wielka filozofia. W przeciwieństwie do pistoletu z drukarki 3D, to urządzenie zadziała bardzo wiele razy i jest pewne. Co więcej „w razie czego” (gdyby ktoś pytał, kto wypalił)

łatwo może na powrót stać się kilkoma częściami hydraulicznymi bez żadnych wystrzałowych koneksji (czy nawet sugestii). Ciężko znaleźć, ciężko cokolwiek udowadniać. Tak na marginesie, podobno siła rażenia takich samoróbek jest porównywalna z karabinem. Celność ma zależeć od wykonania. Jedyny problem, jaki widzę, to po diabła coś takiego komukolwiek. Dziś. Dziś, ponieważ za czasów młodości moich dziadów używano takich wynalazków do kłusowania. A dziś, jeśli nawet jest wreszcie na co kłusować, to brak w tym jakiegokolwiek sensu, ponieważ ryzyko zarażenia się pasożytami z podobnie uzyskanego mięsa całkowicie przekreśla taką – mniejsza już o to, że przestępczą – działalność.

Może i to ciekawe, że pistolet z drukarki 3D wystrzelił, ale gdyby co do czego, to lepszy będzie jednak kawał rury wodociągowej.

Z czego wynika fascynacja możliwością wydrukowania pistoletu? Coś mi się zdaje, że chodzi o rodzaj urwania się systemowi. Czymkolwiek ów system jest. Mamy taką wizję, że śledzą nas kamery, specaplikacje szpikują nasz rozum specjalnie dobranymi reklamami, politycy manipulują, a żywność truje. Zakazują (tajemniczy Oni) nam wszystkiego, ostatnio np. palenia ognisk. Wszystko po to, byśmy nie odkryli Prawdy albo przynajmniej nie bardzo się buntowali. Broń jest zakazana, no ale właśnie technologia zrobiła psikusa władzom, które chcą wszystko kontrolować, i za pomocą takiego sprytnego urządzonka rach, ciach, możesz sobie kopyto sprokurować. Nieważne po co, ważne, żeś się wyrwał spod kontroli. No chyba jakoś tak trzeba to rozumieć. Przy czym słówko „no” na początku zdania jest niezbędne.

Wszelako gdy czytałem sobie o możliwości wydrukowania sobie „klamki”, zadumałem się nad czymś innym: zali ludzie zdają sobie sprawę ze swych faktycznych możliwości? A jeśli źle je oceniają, to cóż im stoi na drodze? No bo na ten przykład całkiem niedawno, powiem wręcz trochę ze wstydem (że dopiero teraz), udało mi się opanować pewne zastosowanie – bynajmniej nie drogiej i dziś dostępnej dla każdego – laserówki. Zwykła drukarka laserowa czarno-biała, i 2D, gdyby ktoś pytał, do drukowania na papierze.

O istnieniu technologii wiedziałem od dawna, lecz uznawałem ją za skórkę niewartą za wyprawkę, nieopłacalną. Spodziewałem się, że wychodzi coś raz na wiele prób. Jest pewna technika wykonywania płytek drukowanych do montażu układów elektronicznych. W internecie znajdziesz ją, wklepując w gugla „termotransfer PCB”. Termotransfer, bo używamy gorącego żelazka, zaś PCB to skrót „printed circuit boards”.

Coś z pewnością o wiele bardziej przydatnego niż wydrukowanie sobie pistoletu. I do tego okazało się proste. Jak? Przede wszystkim potrzebujemy rysunku owej płytki, którą chcemy wytrawić. Mamy do tego darmowe oprogramowanie, na przykład KiCad. Pod Linuksem pobieramy, instalujemy, i jest tylko jeden problem: jak nauczyć się go używać. Cóż, jeśli bierzemy się za taką robotę, trzeba cokolwiek wiedzieć o elektronice. Drobiazg?

Mamy rysunek. Drukujemy go w odpowiednim odbiciu, żeby nie wyszedł odwrócony na lewo. Ważne, że na papierze kredowym. Papier kupimy w sklepie papierniczym po 40 groszy za arkusz. Trochę więcej, mniej, ale tyle pieniędzy musimy mieć. Potem przykładamy rysunek do laminatu miedziowego – najlepiej umiejętnie płytkę opakować wydrukowanym rysunkiem. Tak, żeby w trakcie prasowania się nam nie przesuwał. No i prasujemy. W internetowych przepisach znajdziemy bardziej wyrafinowaną metodę: płytkę opakowaną w rysunek kładziemy na żelazku i papier dociskamy szmatką. Ale brutalne wyprasowanie także daje dostatecznie dobry efekt. Ważna informacja: żelazko ustawiamy na 150 stopni Celsjusza.

Skąd wiemy, że będzie 150 stopni? Ja użyłem jako termometru termopary przyłączonej do miernika uniwersalnego i zmierzyłem temperaturę stopki żelazka. Dziś bez kłopotu kupimy miernik z pozycją „termometr”. Moim zdaniem każdy facet musi go mieć, jest jak śrubokręt albo scyzoryk. Dzięki niemu dowiedziałem się, że temperatura waha się pomiędzy 140 a 170 stopni, bo działa układ regulacji

w żelazku. Ot, ciekawostka. Taka dokładność wystarczyła. Podczas prasowania pigment roztapia się i przylepia do miedzi.

Gdy się przylepił (prasować trzeba kilka minut), wrzucamy nasze dzieło do wody na jakieś pół godziny i po tym czasie odlepiamy papier.

Co dalej? Standardowe trawienie w chlorku żelazowym albo bardziej wyrafinowanych kompozycjach żrących miedź, przeznaczonych do płytek drukowanych. Cokolwiek to znaczy.

A po co to wszystko opowiadam? Aby uzmysłowić, że to się naprawdę da zrobić. Prawdopodobnie, drogi czytelniku, bez problemu poradziłbyś sobie. Pewnie nie wiesz, co to tajemniczy B327, i że to nadsiarczyn sodowy, ale gdybyś podjął decyzję typu „a wytrawię sobie” – to bez kłopotu.

Dlaczego tego nie robisz?

Kiedyś napisałem coś o lampach błyskowych i urządzeniu, które sam nazwałem „rozdzielaczem sygnału”. No więc gdy chciałem sprawdzić działanie metody transferu termicznego, to pomyślałem, że zmajstruję

z pomocą owej technologii takie coś.

Po co? Lubię sobie od czasu do czasu walnąć takiego kicza. To zupełnie odmienna sprawa, a focia jest jedynie dowodem, że tego typu instalacja jest używalna.

Czemu nie poszedłem do sklepu i nie kupiłem stosownych gadżetów? Przecież są na świecie pewnie dziesiątki tysięcy studiów fotograficznych… Nie wyśledziłem niczego podobnego. Siedziałem w internecie, wklepywałem w gugla i takiego czegoś nie było.

Powód jest pewnie prozaiczny, choć niewiele brakuje, by poskładać z pojedynczych faktów historię spiskową. Na przykład taką, że Wielkie Koncerny nie dopuszczają do rozwinięcia kariery fotograficznej nikogo poza „swoimi”. Albo, co już jest dość prawdopodobne, usiłują naciągnąć na wykupienie własnego, mocno drogiego sprzętu. A naprawdę zapewne nikt nie pomyślał, że coś takiego dziwnego jest potrzebne.

Tymczasem odnotujmy taki oto fakt: człowiek w sidłach systemu jednak ma do dyspozycji technologię pozwalającą mu na wykonanie złożonego urządzenia

elektronicznego. Ściśle to kawałek tej technologii, ale wygląda on na wąskie gardło. Można sprokurować owe płytki prymitywnymi metodami, np. wymalować połączenia elektryczne lakierem do paznokci czy byle farbą olejną. Ale już ręczne wykonanie tzw. magistrali (czyli szeregu ścieżek, które w urządzeniach cyfrowych i odpowiadają za transmisję poszczególnych bitów oraz zachowanie rozsądnych rozmiarów urządzenia) jest niezmiernie trudne. Ścieżki muszą być wąskie i rozmieszczone blisko siebie. Ten termotransfer pozwala na wykonanie naprawdę złożonego urządzenia.

Ściągnij tekst: