Adam Cebula „Termotransfer a 3D socjologia” (2)

Felietony Adam Cebula - 10 września 2018

Jak to jest z tak zwaną wolnością współczesnego człowieka w kontekście owej nieustannej obserwacji, bombardowania spersonalizowaną reklamą, manipulowania nim za pomocą serwisów internetowych czy portali społecznościowych? Czy

jednostka może się przeciwstawić koncepcji jakiegoś koncernu, który chciałby przykroić jej działalność (na przykład czy to czas używania samochodu, czy pralki automatycznej) do swoich koncepcji? Czy jeszcze gorzej, koncernu medialnego, który chciałby ukształtować jej potrzeby tak, aby dawało się sprzedawać jej akurat te filmy, które są na składzie?

Amerykanie są przeświadczeni (pewnie ponad połowa ma takie poglądy), że prawo do posiadania broni jest prawem podstawowym. Jeśli rząd chce ją odebrać obywatelom, to niechybnie w celu ustanowienia dyktatury. Mnie zaś płytki drukowane, jeśli sięgamy po jakieś filmowe motywy, skojarzyły się raczej z nadajnikami Radia Solidarność.

Tyle że to już przeszłość. Współczesna technologia praktycznie pogrzebała kontrolę nad przepływem informacji. Można się przekonać, że o ile próbuje się jeszcze walczyć z jakimiś stronami internetowymi propagującymi bezpośrednio przemoc, to np. islamiści ciągle w sieci istnieją i nie trzeba wielkiego wysiłku, by dotrzeć do ich stron. Internet załatwił problem ewentualnego cenzurowania. Postęp technologiczny spowodował, że dla normalnego funkcjonowania gospodarki dostęp do sieci jest konieczny. Ciągle rosnąca liczba urządzeń podłączonych do Internetu sprawia, że realne blokowanie informacji staje się sprawą dość beznadziejną. Trudno sprawdzić, i kto pobrał, i kto zamieścił.

Jeśli człowiek daje się zamknąć w jakiejś – jak się to modnie mówi – „bańce informacyjnej” , to na własne życzenie. W kontekście ewentualnego buntu przeciw systemowi nie potrzebujemy żadnych specjalnych zabiegów. Wystarczy to, co mamy.

Czyli sieć z jej obecnym stanem, przeglądarkami, zasobami, obsługiwanymi usługami. Trzeba tylko cokolwiek wiedzieć, jak tego użyć.

W Internecie są na przykład wyniki pomiarów, których może użyć ktoś pracujący naukowo. Zwykle zespół naukowy, który dokonał jakichś badań, wyniki chroni przynajmniej prawami autorskimi, nie publikuje ich. Chce najpierw napisać prace, bywa, że za dostęp do surowych danych trzeba zapłacić.

A tymczasem obecnie istnieją dziedziny, np. meteorologia, gdzie ilość danych pozyskanych z pomiarów przekracza potrzeby badaczy. Chcesz popełnić publikację? Możesz brać! Byleś wiedział, co z tym zrobić. Gdy wiesz, możesz zrobić karierę. Możesz zyskać wielką władzę, jaką dają tytuły naukowe.

Masz w sieci teksty średniowieczne, archiwa gazet – prawie wszystko. Jeśli czegoś nie mogę znaleźć, to czasami jakichś rozwiązań układowych elektronicznych. To już opisywałem, sieć nie jest idealną biblioteką, pewne rzeczy w niej się gubią, ale gdyby chcieć na przykład robić karierę w dziedzinie historii filozofii, jak najbardziej mamy stosowne materiały, jeśli chcemy pracować jako grafik komputerowy (w nie tak dawnych czasach zawód mocno ekskluzywny) – jak najbardziej. Kupa całkiem kompetentnych poradników. Chcemy porad w dziedzinie informatyki? Jest tego mnóstwo i na wysokim poziomie. Można, siedząc jedynie w sieci, wykształcić się na projektanta i wykonawcę stron internetowych, można nauczyć się obsługi sieci, zabezpieczania, czyli zdobyć kilka wysoko płatnych i poszukiwanych zawodów.

Czy doceniamy zasoby oprogramowania, jakie możemy po prostu pobrać z sieci za darmo i całkiem legalnie? Przede wszystkim system operacyjny Linux. Kiedyś był znakiem rozpoznawczym geeków, dziwnych ludzi, którzy uwielbiali się męczyć z konfiguracją komputera. Współczesne dystrybucje, mam wrażenie, dość poważnie mnie rozleniwiły. Jeśli nie reinstalujesz (bo lubisz) systemu co pół roku, zapominasz, co jest w tym komputerze. Tymczasem Linux pracuje, dopóki nie rozleci się sprzęt. Jeśli jesteś wierny zasadzie „działa – nie ruszać!”, to prawdopodobnie przesiedzisz całe lata na jednej wersji. A owszem, są publikowane co chwila jakieś łaty bezpieczeństwa, w zasadzie trzeba system uaktualniać, lecz – to zdążyłem sprawdzić – gdy nic nie zrobimy, to z wielkim prawdopodobieństwem przez długi czas także nie stanie się nic. Włamanie na Linuksa, zwłaszcza przy rozsądnej konfiguracji usług (cokolwiek to znaczy), jak to się mówi, nie jest banalne. System jest bezpieczny, darmowy, wreszcie uniwersalny. Dostępne oprogramowanie mnie przynajmniej pozwala w zasadzie zrobić wszystko. Firma Adobe bodaj w zeszłym roku postanowiła udostępniać Photoshopa na zasadzie abonamentu, co wychodzi dla przedsiębiorców zwyczajnie dużo drożej. A ja mam na swym kompie GIMP-a 2.10, niedawno ukończoną wersję także słynnego (czy mniej znanego niż Photoshop?) wolnego programu graficznego przepisanego od nowa z obróbką 16-bitowej głębi koloru.

Wspomniany KiCad to pakiet programów do tworzenia elektroniki. To nie jest oprogramowanie „profi”. To znaczy, gdyby chcieć za jego pomocą zaprojektować płytę główną komputera, to się pewnie trzeba by napracować dużo więcej niż w przypadku komercjalnej wersji Eagle czy słynnego pakietu OrCad. Ale… W przypadku, nazwałbym to, „wkładek elektronicznych” (takich jak mój rozdzielacz sygnału), które jest w stanie wykonać pojedynczy człowiek czy ledwie kilkuosobowy zespół, nie tylko wystarczy z okładem, lecz i czas wykonania będzie bardzo zbliżony.

Dlaczego gdy pojawiły się drukarki laserowe, gdy stały się dostępne programy pozwalające na projektowanie na domowym pececie układów elektronicznych, żaden dziennikarz nie nasmarował choćby entuzjastycznej notatki, że oto można?

Ponieważ podejrzewam, że nie było takiego pismaka, który miałby choć zielone pojęcie, do czego to. Kolejna rzecz: elektronik w dzisiejszych czasach to ktoś na kształt maga z opowieści fantasy. Może nie ma tej sławy co hackarz, ale też ludzi, którzy by potrafili

grzebać w elektronice, jest jak na lekarstwo. A na skutek tego wiedza, co można (a nawet wyobraźnia) w tej materii nie działa. Podpowiada ona nam najczęściej dość bezużyteczne gadżety, typu „inteligentny zegarek”. Tymczasem, aby wpaść na zmajstrowanie jakiegoś prostego interface’a pomiędzy na przykład nowoczesnymi sterownikami lamp błyskowych i archaicznymi wytworami z czasów ZSRR, trzeba mieć trochę oleju w głowie.

Trzeba wiedzieć, jakie są problemy, jakie urządzenia można dostać na rynku, jak to działa. No i jeszcze – kilka razy o tym pisałem – że np. archaiczne Łucz M1 da się użyć w czasach, gdy system oświetleniowy bez pełnego wsparcia automatyki nie daje się sprzedać. Cóż, jeszcze jedna sprawa: dżentelmen pewnie by nie pytał, ile kosztuje firmowy system oświetleniowy, on po prosty by miał te powiedzmy dwadzieścia tysiaków. Artysta, jak wiadomo, bidny jest jak mysz kościelna.

O ile mówimy o elektronice czy jakiejkolwiek działalności jako hobby, to wyliczenia ekonomiczne nie za bardzo mają sens. Można powiedzieć, że zamiast tracić kasę na zagraniczny wyjazd, bawimy się z lutownicą w garści. Lecz gdy zastanawiamy się nad możliwościami działania człowieka w ogóle, to sprawy wyglądają inaczej. Gdy ktoś realizuje projekt artystyczny, lutowanie nie jest jego częścią. Warto się zastanowić, jak najmniej się narobić i jak najmniej wydać kasy. Otóż na ten przykład idea elektronicznej wkładki jest taka, że za naprawdę niewiele pracy i za niewiele pieniędzy połączymy coś z czymś zupełnie niepasującym i całość uratuje nam projekt.

Ściągnij tekst:
Strony: 123

Mogą Cię zainteresować

Adam Cebula „Grzech niepierworodny”
Opowiadania Adam Cebula - 12 lutego 2016

Ongard brnął, podpierając się kijem. Fosa była płytka. Upadek groził tylko wybłoceniem się…

Adam Cebula „Pierdylion ISO, czyli informacyjny aspekt kondycji współczesnego człowieka”
Para-Nauka Adam Cebula - 25 lipca 2014

Elektroniczny równoważnik ISO pozwala nam fotografować z dłuższym równoważnikiem ogniskowej w podobnych warunkach oświetleniowych,…

I znowu 451 Fahrenheita…
451 Fahrenheita Adam Cebula - 4 kwietnia 2019

Cóż, nie interesujemy się polityką. Niestety, polityka interesuje się nami. Tak, nami,…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!