ISSN: 2658-2740

Adam Cebula „Trochę mniejsza apokalipsa”

Felietony Adam Cebula - 24 lutego 2020

Foto: pexels.com

Powiedzmy to sobie jasno: dobra literatura rozrywkowa jest jak Twardowski – i śmieszy, i tumani, i przestrasza. Osobno warto się zastanowić, co Mistrz miał na myśli, pisząc „tumani” i nie ukrywam, że ręka mi drgnęła, nim uznałem, że trzeba i to słówko tu dodać.

Pewien znakomity pisarz napisał książkę „Rok 1984”. Mniejsza w tym miejscu o to, jaki miała ona związek z esejem rosyjskiego (radzieckiego???) dysydenta Andrieja Amalrika „Czy Związek Radziecki przetrwa do 1984 roku?”. Zauważmy, że oba te utwory narobiły hałasu przez swój katastrofizm. Oczywiście że z punktu obywatela ZSRR upadek reżimu był czymś w rodzaju pięknego marzenia, ale formalnie rzecz biorąc, chodzi o to, że coś się z hukiem rozwali. My, fantastycy, bardzo lubimy takie sceny.

Niestety prawda jest taka, że wcale nie miałem planu straszyć czy szokować, raczej śmieszyć. Jeśli człek siada do pisania czegoś na kształt felietonu (o ile wiem, co to jest), to trzeba wiele rozumu, żeby trwożyć i nie tumanić. Bo o to bardzo łatwo. Zaś to tumanienie w sztuce jest tylko wówczas dopuszczalne, gdy chce się zmusić odbiorcę do powrotu do rozumu. Gdy dojdzie do tego, że właśnie został otumaniony.

A to już bardzo wysokie progi, bo piszący musi prawdopodobnie przejść tę samą drogę. Jeśli chcesz postraszyć, zapuszczasz się na bardzo trudne ścieżki, możesz zbłądzić i nie tylko wyjść na durnia, ale jeszcze zanudzić ludzi, a to już jest tragedia ostateczna.

Myślę, że dla zmniejszenia siły szoku lepiej, paradoksalnie, zacząć od tej totalnej apokalipsy. Pytanie miłośnika SF jest takie: Czy w nadchodzącej organizacji świata będzie miejsce dla tzw. państw narodowych?

Skoro pytam, muszę mieć wątpliwości. Czemu są one zasadnicze? Wyjaśnienie będzie zawiłe, rozkręcające się od czegoś małego i nieważnego, niczym wspomnienia bohatera w powieści Prousta, zaczynające się od smaku magdalenki. Bardzo mi przykro, nie potrafię inaczej. Prosto mówią geniusze, mistrzowie, prosty lud coś tam zawile klaruje, często długo słuchasz, pytasz, a w końcu i tak nic nie rozumiesz. Geniuszem nie jestem, więc muszę zacząć od małego plastikowego pojemniczka, w którym oglądałem sobie coś, co raz wywaliła mi sprzątaczka, bo była pewna, że to zmieciny z podłogi.

Tak zwane elementy do montażu powierzchniowego to elektroniczne części w tak miniaturowym wykonaniu, że łatwo je pomylić z ziarnami piachu, okruchami błota czy innym brudem. Czasami mają wymiary ułamka milimetra, czym są, widać dopiero pod silną lupą. Jedną z ich cech jest naprawdę niska cena. Chcemy kupić – trzeba zamawiać w detalu po 100 sztuk, bo często sztuka stoi poniżej jednego grosza.

Druga istotna cecha: są produkowane w ogromnych ilościach. Trzecia: są niewiarygodnie niezawodne. Wadliwe sztuki zdarzają się raz na kilkanaście, nawet kilkaset milionów. Dzięki temu można z nich montować taką elektronikę, jaką znamy.

To ostatnie piszę, żeby pokazać ściśle techniczny aspekt technologii. Właśnie nie handlowy, ale techniczny: aby osiągnąć taką niezawodność, trzeba produkować miliardy sztuk. Inaczej nie trafimy na te okoliczności, które prowadzą do awarii.

Zaś o tym, że niezawodność w pewnym momencie staje się kluczem do tego, by urządzenie zadziałało, wiemy z opowieści o początkach komputerów, gdy jeszcze pracowały na lampach elektronowych. Pojedyncza sztuka pracowała gdzieś na poziomie dziesięciu tysięcy godzin bez usterki. Radio zbudowane na kilku lampach działało najmniej kilka lat bez uszkodzeń. Ale komputer, w którym zamontowano ich tysiące, stawał co chwilę, z trudem udawało się utrzymać go przy życiu na tyle długo, by wykonał jeden program. Musiała powstać specjalna ekipa wyszukująca i wymieniająca felerne części. Szczególną cechą tych fachowców było to, że starali się pobić rekord w szybkości działania, bo inaczej maszyna cyfrowa byłaby prawie zawsze w remoncie.

Oczywiście usterki położyły kres ilości lamp w komputerze i tym samym mocy obliczeniowej. Gdybyśmy się nie nauczyli produkowania prawie bezawaryjnych części elektronicznych, nie byłoby współczesnej cywilizacji informatycznej. Nie ma zmiłuj.

Technologie chyba niezwykle rzadko nie mają tej kłopotliwej cechy: wymagają odpowiedniej skali, żeby działały. Podobno prawdziwe wiejskie jaja wymagają niewielkiego stada kur, niektóre sery ponoć nie udają się, gdy chcemy je produkować na setki kilogramów. Prawie zawsze jednak jest na odwrót. Działa dopiero wówczas, gdy produkujemy ogromne ilości. Wielki piec nie może być mały, nie można załadować mniej koksu i surówki, bo nie osiągnie odpowiedniej temperatury. A jak już wytopimy tę stal, to przecież trzeba ją komuś sprzedać.

Prawdopodobnie już w łupaniu kamienia był ten sam problem. Jakiś człowiek musiał poświęcić kawał życia, żeby nauczyć się dobrze wyłupywać groty strzał i drapaki, więc nie miał czasu nauczyć się polować. Albo wyłupywał dla większej grupy ludzi, albo nie miał szans robić tego dobrze.

Technologia wyznacza skalę, w jakiej odbywa się na przykład handel (wymiana) produktami. Czyli terytorium, które powinno być objęte podobnymi obyczajami. Choćby takimi, że nie rabujemy, tylko grzecznie oddajemy łupaczowi kamieni skóry i mięso, a on w zamian daje nam produkty technologii kamienia łupanego. Jeśli wódz plemienia zarządzi, że z tymi zza potoku nie gadamy, bo se malują gęby na czerwono, a powinni na niebiesko, to nasz rzeźbiarz grotów może się wynieść w inną okolicę, bo nie będzie ryzykował przymierania głodem albo tego, że ktoś będzie go zmuszał do udziału w polowaniu.

Na przykład technologia SMD wymaga wielkiej skali produkcji. Jeśli ją ograniczymy, nie tylko wzrośnie pracochłonność, ale i nie da się osiągnąć pewnych istotnych parametrów, właśnie owej niezawodności na przykład. Na jakie terytorium powinna produkować fabryka takich elementów? Prawdopodobnie najlepiej na całą planetę, ale przynajmniej na obszar jednego kontynentu.

O tym, że to technologie piszą historię ludzkości, możemy przeczytać w większości podręczników historii. Zazwyczaj jednak nie wprost, ale pośrednio jest to napisane w sposób oczywisty. Mamy epoki tegoż kamienia łupanego, brązu i żelaza, mówimy wreszcie o epoce przemysłowej. Pewnie z tej przyczyny, że historycy nie wiedzą o technologii SMD. Nie są inżynierami i nie mają pojęcia, jaką tu by właściwą nazwę nadać okresowi. Wiek pary i elektryczności? Byłoby, ale właśnie to zbitka słów trochę skompromitowana przez miłośników SF.

Od tego wywodu jest krok do pytania, czy obecny podział administracyjny na przykład Europy – koresponduje z produkcją tych elemencików, które wywaliła mi sprzątaczka? Oj, chyba nie tylko tu jest problem. Bo już dawno temu powstała Wspólnota Węgla i Stali (trwała od 1952 do 2002 roku). Słowo się rzekło: wielkie piece musiały być naprawdę wielkie, by działały.

Strony: 1234

Mogą Cię zainteresować

Adam Cebula „Tajemnic III Rzeszy dalszy ciąg, czyli mitologia przemysłowa”
Felietony Adam Cebula - 24 października 2016

Adam Cebula na tropie latających talerzy, bomby atomowej, gigantycznych dział oraz innych mrocznych a dziwnych…

Adam Cebula „Paktów nie dotrzymywać!”
Felietony Adam Cebula - 2 czerwca 2017

Jak w SF funkcjonuje motyw katastroficzny? Można by odpowiedzieć „dobrze”. Co chwilę…

Adam Cebula „Leczenie kompleksów”
Felietony Adam Cebula - 14 czerwca 2017

Co to jest fotografia uliczna? Street photo, jak wolą niektórzy, to nazwa…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!