Adam Cebula „Troll sam w sobie”

Felietony Adam Cebula - 23 lutego 2018

Wyobraźmy sobie teraz, że na scenie internetowej pojawia się delikwent, który mówi: szkoda kasy na wasze systemowe lampy z procesorami i trybami HSS. Lekką rączką wywalicie na jedną po 2 tysie, bo ja za dosłownie dziesięć złotych kupowałem w komisie Łucz M1, które mają tylko tę funkcję, że błyskają. A jestem od was lepiej zaopatrzony, bo kilka lamp, nawet najprostszych, daje w porównaniu z każdą, nawet najbardziej wypasioną, ale jedną, nieporównanie wiele więcej możliwości.

Dokładnie z tej przyczyny, dla której wiele lamp potrzeba do oświetlenia teatralnej sceny, albo, co za trywialność, że długi korytarz oświetlamy szeregiem źródeł światła, a nie jednym. Żeby nie było, że przykład całkiem abstrakcyjny.

Lampy błyskowe to przypadek szczególny, lecz ogólniejszy wniosek jest dość smętny: gdy szukać wiedzy na internetowych forach poświęconych technice, musisz być bardzo ostrożny. Zostały one bowiem, jakże inaczej, strollowane przez ludzi, którzy zazwyczaj nie za bardzo zajmują się tym, czego z pozoru forum dotyczy. Jeśli jesteś na forum samochodziarzy, to nie dyskutują na nim ludzie, którzy pracują jako kierowcy. Na fotograficznym nie obracasz się pomiędzy entuzjastami fotografii. Zazwyczaj trafisz na gadżeciarzy, którzy robią to, co trolle lubią najbardziej: produkują mnóstwo tekstu obok tematu, kompletnie zaśmiecając wątek i uniemożliwiając w końcu wyłowienie istotnej informacji.

Tym użytkownikom internetowych forów nie chce się w głowie zmieścić, że tak naprawdę nie ma problemu lampy. Gdzieś w pamięci (zbiorowej) egzystują te legendarne Chimery i Bowensy, a z nimi przeświadczenia, że bez wywalenia kasy niczego porządnego się nie osiągnie. Ludzie na technicznych forach znaleźli się, by sobie porozprawiać o zagadnieniach, tych wszystkich pstryczkach, które pracowicie zgłębiali, których opanowanie stało się dla nich źródłem prestiżu. Nagle pojawia się wandal, który wszystko psuje. Troll?

Stoczyłem na łamach Fahrenheita za długą i zbyt zawiłą polemikę na temat między innymi „teorii Suworowa”, czyli pomysłu, że klęska ZSRR w początkowej fazie agresji wojsk Hitlera nastąpiła dlatego, że to Stalin właśnie szykował się do ataku. I jaki wniosek? A owszem, że o ile historycy mają ten okres rozpracowany co do niewiele znaczących szczegółów, to „publiczność”, dzięki ciężkiej pracy różnej maści „popularyzatorów”, coraz bardziej się oddala od rozumienia, co się wówczas działo. Aż się chce potrollować…

A na przykład, skoro mowa o dziwnych zdarzeniach z II wojny światowej, powiedzmy, może nie dziwnych faktach, tylko dziwnych ich interpretacjach, to czyż nie jest zastanawiające, dlaczego, skoro Suworow wymyślił taką tezę wywracającą z nóg na głowę wszystko, co wiemy „oficjalnie” o agresji na ZSRR, to czemu nikt jeszcze nie postawił takiej samej hipotezy o ataku na Pearl Harbor?

O ile bowiem pomysł zaatakowania III Rzeszy przez Stalina w 1941 roku był cokolwiek samobójczy (raczej zupełnie…), to jeśli się przyjrzeć rozwojowi wypadków na Pacyfiku, to – powiedzmy sobie szczerze – USA powinny sprawić łomot Japonii. Próby powstrzymania awanturniczej polityki samurajów nie dawały żadnych rezultatów. To dokładnie było przyczyną przesunięcia w maju 1940 r. floty Pacyfiku do Pearl Harbor. Nie dały rezultatu takie posunięcie jak zarządzona blokada handlowa, wreszcie przebieg trwających od 8 marca 1941 roku negocjacji między skłóconymi państwami wskazywał, że bez stanowczej „zachęty” Japonia nie porzuci swoich zamiarów.

Plan Japończyków był mniej więcej taki, że pojedynczy silny atak zakończony rozbiciem amerykańskiej floty Pacyfiku zmusi wroga do ustępstw. Było to mrzonką, bo USA z ogromnym potencjałem gospodarczym potrafiły w bardzo krótkim czasie odtworzyć swoje siły. Przypomnijmy, bitwa o Midway stoczona od 4 do 7 czerwca 1942 roku, więc ledwie jakieś 5 miesięcy po Pearl Harbor, zakończyła marzenia Japończyków o jakiejkolwiek formie zwycięstwa w tym konflikcie.

To samo (pojedynczy atak na morską bazę, zakończony zniszczeniem większości sił, ale japońskich) prawdopodobnie przetrąciłby kręgosłup całej polityce stopniowego podporządkowywania sobie Azji przez Tokio. W tym przypadku przy podobnej skali strat, nie byłoby szans na szybkie pozbieranie się po klęsce. Jedyne, co mogło powstrzymywać Amerykanów przed takim rozwiązaniem, byłyby opory moralne.Które na wojnie są bardzo szybko przełamywane.

Amerykanie mieli siły wystarczające do przeprowadzenia takiej operacji. Prócz lotniskowców, o który teraz pisze się w każdej popularnej opowieści, mieli potężne pancerniki. Te co prawda okazały się w morskich walkach na Pacyfiku nieprzydatne, ale później, podczas inwazji na wyspy japońskie i w Europie, stały się znakomitymi platformami artyleryjskimi, i gdyby zespół, jaki stacjonował w bazie Pearl Harbor, przedarł się w okolice jakiegoś wojennego portu Japonii, one same, bez pomocy lotnictwa, były w stanie zrobić tam jesień średniowiecza.

W przeciwieństwie do ZSRR, USA dysponowały w miarę nowoczesnym sprzętem, w kilku dziedzinach prawdopodobnie wyraźnie lepszym (radary?); ewentualne działania zaczepne byłyby skierowane przeciw poważnie słabszemu przeciwnikowi, ryzyko było niewielkie. Ewentualne niepowodzenie akcji nie wiązało się z niczym dramatycznym w skali narodu. O czym właśnie uczy nas katastrofa ataku na Pearl Harbor. Dla Japończyków efekty tej wyprawy wyznaczały przyszłość ich cesarstwa, Amerykanie ryzykowali najwyżej taktyczne niepowodzenie. Sytuacja była całkowicie niesymetryczna. Zastanówmy się: o ile przeciw hipotezie, że ZSRR planował atak na III Rzeszę, świadczą zasadnicze sprawy, takie jak proporcja sił, generalny brak politycznego interesu takiej awantury, to Amerykanie powinni byli zaatakować Japonię. Dokonać prewencyjnego łomotu, właśnie w stylu Pearl Harbor, po czym zaproponować kolejną fazę negocjacji w nowych warunkach.

Dlaczego nikt się nad tym nie zastanawia? Dlaczego nikt nie kopie po dokumentach w poszukiwaniu śladów przygotowań do takiej operacji?

Bo nie ruszy nikogo, że rząd USA chciał coś zrobić… dobrze. Takie są prawa literatury sensacyjnej.

Długotrwała bijatyka na łamach Fahrenheita doprowadziła mnie również do prostego wniosku, że o żadnej przygotowywanej przez Stalina inwazji na III Rzeszę nie może być mowy, bo operacja w tej skali musiałaby być dobrze znana w momencie samego jej przeprowadzania. Wykrywanie przygotowań do ataku to podstawowe zadanie wywiadów. Wywiad sowiecki, ale też i angielski, doskonale udokumentowały przygotowania do operacji Barbarossa, zaś wywiad niemiecki przed atakiem miał detaliczną rozpiskę położenia wojsk sowieckich. Podczas samej operacji wielokrotnie wykrywał znacznie mniej rozległe próby kontrataków. Jeśli więc doktor Goebbels w momencie rozpoczęcia inwazji nie darł się na cały świat, że III Rzesza została zmuszona do udaremnienia zdradzieckiego ciosu w plecy, to znaczy, że egzystencję tej teorii uzasadnia jedynie jej literacka sprzedawalność.

Powiem szczerze, że zmuszony polemiką powtórzyłem sobie szereg rzeczy z historii i podobnie muszę potraktować teorię Zychowicza o współpracy z Polaków z Hitlerem. To bajki oderwane m.in. od realiów poprzedzających II wojnę światową i nastawienia nazistów do niższych ras, co zresztą Zychowicz sam przyznaje.

Ściągnij tekst:
Strony: 123

Powiązane wpisy

Adam Cebula „Wizja klockowa”
Para-Nauka - 29 maja 2015

Jak to się dzieje, że jednym coś wychodzi, a inni ludzie szamocą się z różnymi zadaniami…

Adam Cebula „Tarcza ze Star Treka, czyli o produkcji kitu naukowego”
Para-Nauka - 12 stycznia 2015

  Wystarczy czytać popularne portale internetowe, by… no właśnie. Chciałem napisać: mieć…

Adam Cebula „Na początek pewna nudna przypowieść techniczna”
Felietony - 15 czerwca 2016

Wbrew pozorom wcale nie chodzi o akumulatorki. Ani o bateryjki. Oto Adam Cebula i jego poszukiwanie…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!