Adam Cebula „Wernyhorzenia ciąg dalszy”

Felietony Adam Cebula - 1 września 2014

Tak sobie pomyślałem, że gdybym miał napisać na cito jakiś tekst w konwencji fantastyki naukowej, i na dodatek tak, by miał on tak zwane ambicje, to – jak to się mówi – mam pomysł. Ale, jak to z pomysłami bywa, nie do końca dobry. Fantastyka traktuje o przyszłości. Mój utwór byłby opisaniem świata, jaki jest teraz. Kiedyś Jacek Inglot wieszczył, że wnet fantastyka – wówczas prawie wyłącznie sf dziejące się w przyszłości (fantasy wówczas raczkowało) – będzie się musiała zająć teraźniejszością, bo nie nadąży za szybkością zmian. Ale nie dlatego pisałbym o „dzisiaj”. Świetnie zawsze się sprzedaje wernyhorzenie, snucie ponurych proroctw z jakąś katastrofą na końcu. Zwłaszcza w publicystyce informacje, że jest dobrze, psa z kulawą nogą nie obchodzą. Jakbym miał krakać, to o dzisiaj, na jutro pomysłu niestety brakuje.

Ambitny tekst traktuje wynalazki jak scenografię, a w centrum zawsze jest człowiek. Tu niestety moja koncepcja rozdziela się z obowiązującymi konwencjami. Albowiem w fantastyce sprawy się mają tak, że gdy chodzi o technologiczną scenografię, to jest tak samo, tylko bardziej, zaś ludzie są tacy sami jak w chwili, gdy autor pisze. Gdyby Verne nie wsadził swych podróżników na Księżyc w armatni pocisk, ale do rakiety – co prawda nie połamałby podstawowych praw fizyki, co prawda cała maszyneria miałaby prawo zadziałać, ale nie byłoby punktu zaczepienia dla wyobraźni czytelnika. Rakiet w XIX wieku prawie nie było, opisałby coś całkiem obcego dla współczesnych. Ludzie opisywani muszą być tacy sami jak czytelnicy, bo inaczej czytelnikowi wydadzą się nieludzcy, jacyś popsuci, sfiksowani. I tu jest zgryz, bowiem – wedle tego mojego pomysłu – w centrum zainteresowania stanęłyby zmiany, jakim ów człek podlega. Ależ oczywiście, niepokojące, bo inaczej po co w ogóle pisać?

Człowiek zmienia się na moich oczach. Ależ tak: starzeję się. Oczywistą tego konsekwencją jest konflikt pokoleń. To coś, co chyba najlepiej opisuje powiedzenie: ”Zapomniał wół, jak cielęciem buł”.   Lecz są pewne zmiany, które – moim zdaniem – wymagają poważnego podrapania się w głowę, albowiem widzę ich nieuchronnie złe konsekwencje. Kłopoty, jakie z nich wynikają, powtarzają się raz za razem. Co gorzej, chodzi o tu o sprawy tak banalne, że właściwie trudno powiązać je czy to ze zmianami w technologii, czy w tak zwanej zbiorowej mentalności. Te problemy towarzyszą ludzkości co najmniej od czasu, kiedy powstały pierwsze pisane dokumenty, a pewnie i od kiedy człowiek istnieje. Dlatego odcedzenie tego, co naprawdę niepokojące, od tego, co podpada pod tego wołu, co zapomniał, zdaje się prawie niemożliwe… ale tylko do momentu, gdy się sprawdzi odpowiednie parametry.

Podejrzenia miałem od dawna, ale nie traktowałem ich poważnie, właśnie z racji pamięci o tym, żem się z chłopaczka zdążył zrobić starym dziadem. Jednak pewni nieostrożni studenci wyznali mi coś, co mną potrząsnęło. A mianowicie, że robią jak robią, bo aby zrobić jak trzeba, konieczne jest przeczytanie całej instrukcji. A instrukcja liczy sobie stronę formatu A4. No i to się już nie da. Co detalicznie? Przeczytanie takiego morza tekstu ze zrozumieniem. Przecież chyba to oczywiste?

Ależ dobrze czytają i piszą bardzo biegle – i na klawiaturze komputerowej, i na macofonach kciukami. Oczywiście że są piśmienni. Tyle że niewytrenowani w utrzymaniu swej uwagi na jednej rzeczy przez czas dostatecznie długi, by przeryć się przez jakieś 4000 znaków, a w tamtym konkretnym wypadku jakieś tysiąc mniej. Za moich czasów o takim przypadku mówiono „zdolny, ale leniwy” i dodawało się jeszcze „bardzo leniwy”.

Sprawa jest zbyt banalna, by ją zauważyć i jakoś uogólnić. Niestety, konsekwencje są moim zdaniem już wyraźnie, a nawet dokuczliwie widoczne.

Pisze się o tych młodych pokoleniach różne rzeczy: że na przykład czytelnictwo upada. No… poniekąd. Sęk jednak w tym, że też gdy wejdziemy sobie do jakiejś księgarni, zobaczymy monstrualnej wielkości cykle, liczące wiele opasłych tomiszczy, sumarycznie są to tysiące stron, w przypadku literatury kobiecej dziesiątki tysięcy. Nie, nie czytałem, zmierzyłem centymetrem. Jeśli mnie pamięć nie myli, wyszło z 50 tysięcy, z dokładnością do ściśnięcia książek na półce, do różnej gramatury, ale w te okolice trzeba celować.

Ktoś to musi czytać. Można oczywiście domniemać jakiś sabotaż, chorobę umysłową wydawcy, ostry stan grafomanii połączony z ofertą niektórych drukarni, gdzie za cztery kafle wydadzą każdą książkę. Tak, to w ogóle jest możliwe, ale w danym wypadku musiałby ześwirować ktoś z naprawdę wielką kasą i rodziną zbyt wyrozumiałą, która nie zwróciłaby uwagi na zbliżającą się katastrofę i nie ubezwłasnowolniłaby autora. Bardziej prawdopodobna zdawała się wersja o jakiejś tragicznej niedyspozycji (np. po wizycie w klubie Cocomo) wydawcy. Ale to także nie takie proste: akurat te książki na metry były tłumaczeniem bestselerowej serii w obszarze anglojęzycznym. Ta katastrofa musiała trwać, musiało brać w niej bardzo wiele osób. Jedyne wytłumaczenie: na tym zgniłym Zachodzie to się musiało jednak sprzedawać i najwyraźniej czytać.

Teoria upadku czytelnictwa jest po części prawdziwa. Owszem, są tacy, co nie czytają. Jednak mamy także takich, co połykają te tomiszcza liczące po 600–1800 stron (drukarski majstersztyk, nie szyte, a trzyma się ta księga kupy jakąś sztuką tajemnej techniki). Prawda o tym młodym pokoleniu jest chyba o wiele bardziej złożona. Jedni nie czytają, drudzy czytają, nawet czytają bez pamięci. Nie bez powodu napisałem, że „o wiele bardziej złożona”. Jakkolwiek wydaje się to zupełnie proste.

Albowiem coraz mocniej widzi mi się, że młódź mamy zwyczajnie NIEWYĆWICZONĄ . W używaniu rozumu. Banał banalny. Tak bardzo niewyćwiczoną, że na poziomie dyskusji o czytaniu prosty wniosek, że są i tacy, i wręcz przeciwni, jakkolwiek oczywiście, średnie czytelnictwo spada, staje się za skomplikowany. Doświadczyłem na własnej skórze. Albowiem gnuśny rozum dopuszcza tylko stan niewielkiej komplikacji i teza, że mamy dwa przeciwstawne procesy, jednocześnie zachodzące, w niewyćwiczonej pale zmieścić się nie może.

Jest oczywiste chyba dla każdego, że aby móc stawiać literki, nie wystarczy znać ich kształt, bowiem każdy piśmienny doświadczył, że bez ćwiczeń trudno nawet w miarę prostą kreskę postawić. To samo dotyczy niestety szeregu z pozoru oczywistych umiejętności, które wydają się być nam nadane przez naturę, jak na przykład przyswajanie tekstu – obojętnie: mówionego czy pisanego. Dzieci w kościele na kazaniu robią różne cuda, bo się im kontakt z proboszczem albo wikarym dawno urwał. Spróbujcie zapytać, o czym było, a się przekonacie. W szkole ćwiczyliśmy zdolność rozumienia, opowiadając, o czym była czytanka. Ależ tak, za dawnych czasów ćwiczono umiejętność odnalezienia przesłania autora: że przyjaźń, że ojczyzna to nasza matka (podówczas socjalistyczna) i tak dalej. Ćwiczyliśmy także nasz język, by był giętki, i co ta łepetyna wymyśli, potrafił przełożyć na słowa. Temu służyły wypracowania, na których pisano, jak przebiegała szkolna wycieczka, kim chciałbym być oraz czym zajmuje się nasz tatuś. Ćwiczono tabliczkę mnożenia, słupki w zakresie dodawania, ćwiczono, jak na podstawie tekstu zadania matematycznego ułożyć równanie, które już każdy głupi znający elementarne wzory algebraiczne na deltę oraz skróconego mnożenia rozwiąże. Ćwiczono, aż ja sam uwierzyłem, że moja tępa pała potrafi rzeczy z pozoru dla niej niemożliwe – i dziś żyję z tą świadomością, że jak coś nie idzie, to trzeba posiedzieć. I dochodzi na przykład do tego, że w programie na setki linijek wyłapuje się błędy w postaci kropki więcej albo mniej, drzemiąc w pociągu można rozwiązywać układy elektroniczne, że nie wspomnę o budowaniu zaskakujących fabuł dla podłego gatunku science fiction.

Ściągnij tekst:
Strony: 123

Mogą Cię zainteresować

Adam Cebula „Net na głodzie”
Felietony Adam Cebula - 29 lipca 2016

Adama Cebulę nawiedziła wizja netu jako misia wypchanego bezwartościowymi pakułami. Przerażająca była…

Adam Cebula „Moralizowanie o wysadzaniu komet”
Para-Nauka Adam Cebula - 9 lutego 2015

Jak już wcześniej pisałem, współczesna popularyzacja nauki z lubością sięga do wizji apokaliptycznych –…

Adam Cebula „Houston, mamy problem”
Felietony Adam Cebula - 13 lutego 2017

Ludziska bez mózgów plenią się bez opamiętania, czyli Adam Cebula i jego…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!