Adam Cebula „Żelazko niewiernego Tomasza”

Felietony Adam Cebula - 19 marca 2019

Ikona z X w. przedstawiająca Abgara V z mandylionem, źródło ilustracji: Wikipedia

Czy da się rozbić atom za pomocą młotka? Nie jestem wcale pewien, ilu ludzi zaprzeczy. Podejrzewam, że obecnie całkiem spora część tych nawet dobrze wykształconych podrapie się w głowę. Ponieważ podrapałem się i ja. Na wszelki wypadek, lecz jednak grzebałem w sieci, szukając „efektu piezojądrowego”. Skąd taki pomysł? Podobno w trakcie trzęsienia ziemi po śmierci Jezusa miała nastąpić silna emisja neutronów, podobno to ona ma być odpowiedzialna za powstanie słynnego wizerunku na Całunie Turyńskim.

Tymczasem z punktu widzenia współczesnej fizyki te neutrony nie mają się skąd wziąć. Wpadłbyś na pomysł, że na skutek uderzenia woda zmieni się w mieszaninę tlenu i wodoru? Albo że na skutek walenia w młotem w rudę żelaza wygonimy z niej tlen i zostanie sam metal? To mniej więcej podobny pomysł.

Nawet ma szanse na realizację, o ile nie chodzi o neutrony, ale o żelazo. Gdybyśmy rozpędzili nasz młot do prędkości w okolicy 4 kilometrów na sekundę, to dostarczyłby dość energii cząsteczkom związków chemicznych, by rozerwać wiązania. Co prawda tak zwane neutrony termiczne, które w reaktorze jądrowym wywołują rozpad jąder, mają energie ruchu postępowego bardzo małe, ale też działają nie jak młotek, tylko jak ładunek wybuchowy. Energie potrzebne do wywołania reakcji jądrowej są na oko jakieś milion razy większe niż te występujące w procesach chemicznych. Młotek, którym chcielibyśmy robić jądro, musiałby się poruszać tysiąc razy szybciej niż ten, który rozbije substancje chemiczne na pierwiastki.

To dlatego podszedłem do informacji o neutronach lecących z ziemi podczas trzęsienia z wielkim sceptycyzmem. W zasadzie pomysł można odrzucić jako niedorzeczny, ale dobrze jest sprawdzić, czy nie chodzi tu o jakieś zawiłe zjawiska albo czy czasem czegoś nie pomylono. Owszem, istnieje zjawisko wydobywania się radonu, który znajduje się w różnych minerałach, i na skutek mechanicznego oddziaływania, np. skruszenia kamieni, może on zostać uwolniony.

Kwerenda po necie z użyciem kilku wyszukiwarek przyniosła trochę niespodziewany efekt: zbitka słów „emisja neutronów” i „trzęsienie ziemi” pojawia się tylko w kontekście Całunu Turyńskiego. Sądziłem, że coś pokręcono, że gdzieś obserwowano podobne zjawiska – ale nie. Wygląda na to, że to autorski pomysł „całunologów”.

Prawdopodobnym tropem wyjaśnienia, skąd się to wzięło, jest to słówko „piezojądrowy” (efekt). Tylko że chodzi o ściskanie w warunkach panujących w na przykład we wnętrzu Słońca, a nie podczas trzęsienia ziemi.

Konkluzja może dotyczyć tego, jak to jest naprawdę z badaniem różnych fenomenów, jakie bardzo chętnie nawiedzają pierwsze strony różnych, jak się dziś mówi, publikatorów. Czytamy o tym, że bierze się za nie grupa specjalistów, po czym, jak się dowiadujemy, co ci spece chcieli, to szczęka nam opada.

Całun Turyński prawdopodobnie z prawdziwymi badaniami naukowymi – chyba to jest najlepsze określenie – zderzył się dwa razy. Za pierwszym razem to była ekipa kościelna, i jak się zdaje, ustaliła coś, co się dobrze pokrywa z tym, co wybadali naukowcy za drugim podejściem. Pierwsze dochodzenie prowadził biskup d’Arcis Memp i wiemy, że ustalił, kto zamówił płótno, znalazł też tego, kto je wykonał, i dowiedział się jak. Czemu tego nie opisał? Bo najpewniej wydało mu się to zupełnie nieistotne. W każdym razie rezultat był jasny: nic cudownego, dzieło ludzkiego pomyślunku i rąk.

Rzecz dość charakterystyczna, że początki Całunu Turyńskiego są zazwyczaj opisywane dość… skromnie. Tymczasem, jak się mi wydaje, zapoznanie się z tą dość dobrze zrekonstruowaną historią jest pouczające. Czemuż to biskup, miast radośnie pobłogosławić cudowny przedmiot, który pojawił się w okolicy, okazał się tak podejrzliwy? Wszak zgodnie z rzymska zasadą qui bono, miał bono, aby relikwia się dobrze prezentowała, a nie odwrotnie. Z pielgrzymów i datków, jakimi sypią do dnia dzisiejszego, i biskupowi powinno się sporo dostać. Więc?

Mamy rok 1537. Kanonicy z kościółka w Lirey nieopodal Troyes we Francji wystawili na pokaz słynne dziś płótno. Biskup z pobliskiego Troyes, Henri de Poitiers, irytuje się. Nie poproszono go o zgodę. Bynajmniej chyba nie chodzi o urażoną dumę. Gdy pojawia się tak mocna relikwia, to zdałyby się jakieś wyjaśnienia: skąd, od kogo, jaką miała historię. Biskup najprawdopodobniej – analizując bieg zdarzeń – podejrzewa, że przeszłość cudownego artefaktu skryją mroki nieprzeniknionej niewiedzy. Podejrzewa to, co najprostsze: żadnej przeszłości nie ma, bo relikwię sfabrykowano niedawno.

Można zadać pytanie: a nie byłoby politycznie przymknąć oko? Wszak mamy i zyski etyczne – płótno wzmocni wiarę. Zaś odwrotnie, nagłośnienie sprytu wystawienników zadziała przeciwnie. Czemuż to nasz purpurat był tak pryncypialny? Możemy jedynie podejrzewać, ale powód każdemu, kto na religię chodził, sam się nasuwa: bałwochwalstwo. Oddawanie czci przedmiotom, samodzielnie wykonanym bałwanom czy cielcom. Rzecz ma głębsze teologiczne uzasadnienie. Lecz zostawmy je dla tych bywalców lekcji religii.

Rozsierdzony purpurat ma mocny i obowiązujący do dziś argument: tego płótna nie ma ani w Ewangeliach, ani w tradycji Kościoła katolickiego. Z pewnością wiedział o słynnym mandylionie, który miał być przechowywany w Konstantynopolu, i z którym dziś usiłuje się utożsamić Całun Turyński. Lecz najwyraźniej podzielał opinię współczesnych historyków, że to nie może być to. Mandylion miał być wizerunkiem żywego Chrystusa, uczynionym przez niego dla Abgara V, władcy Edessy. Płótno to miało nosić obraz samej głowy Jezusa.

Problem, czy coś jest autentyczne, jest chyba podstawowym w przypadku relikwii. Zaś upływ czasu i przychodzące z nim wydarzenia powodują, że kłopoty mamy z przedmiotami zdawałoby się znakomicie udokumentowanymi. Oczywiście problem, czy istniał ów veraikon, jest niesłychanie trudny do rozstrzygnięcia, ponieważ o początkach chrześcijaństwa wiemy naprawdę mało. Ale mieliśmy uważaną za oryginał chustę św Weroniki (patronki także fotografów!) – artefakt z dość dobrze znaną historią.

W VI w. była nazywana Chustą z Kamulii, gdyż przechowywano ją w tym kapadockim mieście. W 574 r. została przeniesiona do Konstantynopola (za Wikipedią). Zapewne (może jednak wcześniej?) podczas Sacco di Roma w 1527 r., czyli złupieniu Rzymu przez przez niemiecko-hiszpańskie wojska Karola V, chusta została wywieziona z Rzymu. Co dalej? Całun z Manoppello.

Być może w Manupello znajduje się właśnie TA chusta. A może inna… Nie wiemy, jak relikwia tam dotarła.

Ta historia ilustruje, czego biskup Henri de Poitiers oczekiwał w momencie pojawienia się całunu. Relikwia powinna mieć długą historię, powinny zostać przedstawione dokumenty albo świadkowie świadczący, skąd pochodzi. W przypadku naszej chusty wystarczyłaby zgodność z wcześniejszymi opisami. Skoro taki przedmiot istniał, jeśli nawet odnajdujemy go w dziwnych okolicznościach, to mamy prawo sądzić, że gdy wygląda, jak powinien, jest TYM. W przypadku całunu istnieje nawet wyraźna niezgodność z biblijnym przekazem, tradycją i wiedzą historyczną, a nawet innymi relikwiami. Chusta z Oviedo jest uznawana za „sudarium, w które zawinięto w grobie głowę Jezusa Chrystusa, o czym opowiadają Ewangelia Łukasza[1], Ewangelia Mateusza[2], Ewangelia Marka[3] i Ewangelia Jana[4]” (za Wikipedią). Tak więc owa chusta, która jest po prostu poplamionym krwią płótnem, i Całun Turyński, na którym mamy także wizerunek twarzy, tworzą już niepokojące dwa grzyby w barszczu. Jakże to tak, tu mamy oblicze, tam tylko plamy krwi? Tym bardziej niepokojące, że całun musiał w takim razie spowijać całe ciało, co wydaje się niezgodne ówczesnym obyczajem. Co zresztą potwierdza odkrycie grobowca z I w n.e. w dolinie Hinnon. Twarz zmarłego była przykrywana osobnym kawałkiem materiału.

Ściągnij tekst:
Strony: 123

Mogą Cię zainteresować

Adam Cebula „O odgrzewanych kotletach”
Felietony Adam Cebula - 17 listopada 2017

Wspominki to pewnie najstarsza forma literackiej opowieści. Mogę sobie wyobrazić wojowników ponoć…

Adam Cebula „Jak idee Lenina, psiakrew, wiecznie żywe”
Para-Nauka Adam Cebula - 20 kwietnia 2015

Były czasy, gdy byłem młody (piękny to nie wiem), czytywałem wtedy „Młodego Technika” i wszystko z fantastyki…

Adam Cebula „O proporcjach na przykładzie”
Para-Nauka Adam Cebula - 8 czerwca 2015

Istnieją zagadnienia, które niejako tradycyjnie przysparzają ludziom problemów – i przy rozwiązywaniu, i przy…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!