Adam Cebula „Idea fantastyczna, nie polityczna”

Felietony Adam Cebula - 3 maja 2016
puszka0

Foto: Adam Cebula

Mamy XXI wiek i tytuły w gazetach brzmią czasami jak wyjęte z powieści science-fiction. Ot, na przykład, że „roboty zabiorą nam pracę”. Coś na kształt informacji o buncie maszyn, tym bardziej gdy obok piszą, że zagraża nam „sztuczna inteligencja”. Jak? Likwiduje miejsca pracy. Tym, że w jakiejś przyszłości (jak wieszczy Stephen Hawking)  może się zbuntować, fascynują się naprawdę nieliczni. Natomiast zjawiskiem, że AI potrafi już dziś skutecznie wykopać na przykład jakiegoś eksperta z jego etatu, co uważniejsi już od dawna się przejmują. Oczywiście jeśli są tymi ekspertami.

Jedna z największych trosk współczesności to bezrobocie. W kontekście informacji prasowych o tym zjawisku po raz kolejny musiałem się przekonać, że widzeniem świata przez miłośników gorszej literatury traktującej o czasami zbuntowanych, ale zawsze maszynach, jest coś inaczej. Zawsze mnie bowiem musiał zbulwersować taki drobiazg: doniesienia o błogosławionej funkcji jakichś przedsięwzięć, czyli tworzeniu miejsc pracy.

Bezrobocie to problem, ale robota to coś, czego człowiek od zawsze unika. Zawsze lepiej móc nie pracować. Absurdalność zmartwienia, że jakaś robota spadła z naszego garba, widać szczególnie przy okazji takich głęboko humanistycznych prób tworzenia miejsc pracy związanych z podejściem holistycznym i jeszcze kilkoma modnymi określeniami, dzięki którym nikt nic nie zrozumie. Takie przedsięwzięcia są z mojego punktu widzenia zwyczajnie naiwne, bo polegają na tym, że ludzie robią coś znacznie gorzej, niż do tej pory, i znacznie większym wysiłkiem, oraz że żadnej korzyści z tego nie ma, poza oczywistością, że niektórzy wierzą, że jednak jest.

Są takie pomysły z powrotami do natury jako głównym motywem, gdzie na przykład otwiera się klub dla wegetarian z żarciem wyprodukowanym przez jakąś grupę entuzjastów. Przekonują oni o nasyceniu ciasta pozytywną energią poprzez mieszanie rękami. Przedsięwzięcia tego rodzaju świadczą jedynie o tym, że wariatów na świecie nie brakuje, oraz… że brakuje za to sensownego zajęcia dla nieodpowiednio kształconych ludzi.

Po co ludzie pracują? W tej części Europy mamy ZAFIKSOWANE: aby zarabiać pieniądze. A pieniądze, jak wiadomo, są podstawą. Bez kasy nie ma nic. Za kasę jest wszystko, jak się nie kupuje i nie sprzedaje, to gospodarka leży, no i w ogóle. Myślę, że na tym „w ogóle” leży najsilniejszy akcent.

Piszący te słowa ma za sobą pewne doświadczenia, które burzą pewien prosty obraz: za komuny kasa była. Nie było to… dóbr. Za chwilę napiszę, czemu nie towarów. Otóż były słynne puste haki w mięsnych, człek chodził głodny i wpieprzony, bo miał i pieniądze, i nawet kartki na to mięso, jak były już kartki. Chodziło o to, by się nażreć. Może niekoniecznie osobiście, może chodziło o przyniesienie  gnata dla rodziny, w każdym razie naonczas o wiele mniej zajmowały mnie pieniądze, a o wiele więcej DOBRA.

Z przyczyny owego doświadczenia wiem, że pomysł, żeby pracować dla zarabiania pieniędzy, tyczy się sytuacji, gdy znaleźliśmy się w dobrze uporządkowanej gospodarce, w której kasa ma pokrycie w towarach, i że wcale nie takie oczywiste, że tak jest. Albowiem bardzo dobrze pamiętam, jak pracowałem nie dla pieniędzy, tylko dla zmajstrowania czegoś, czego na rynku nie było, i jedyną metodą posiadania tego czegoś było samodzielne zrobienie własnymi ręcami. W odróżnieniu od rąk.

Mnie się zafiksowało coś innego, nie pieniądze: właśnie owe „dobra”. Coś, co jest potrzebne albo bezpośrednio, jak chleb i herbata, albo jest narzędziem. Doświadczenie komuny być może zrobiło mi krzywdę, bo nie mam imperatywu zdobywania pieniędzy także w kapitalizmie. Ciszę się dopiero wówczas, gdy uda mi się walutę zamienić na coś, co sobie upatrzyłem, i nikt mnie po drodze nie zrobi w jajo. Mam głębokie przekonanie, że istnieją różne drogi zdobywania czegoś, co mi jest potrzebne. Wymiana pieniędzy na to coś jest tylko jedną z wielu możliwości. Ależ tak, zwykle najbardziej wygodną, lecz niestety, jest dla mnie oczywiste, że pewnych rzeczy kupić się nie da. Przykład? Choćby lekarstwa na wiele chorób. Aby je mieć, trzeba, co za problem, je wynaleźć.

Spojrzenie zarówno z perspektywy komuny, jak i majsterklepki, powoduje, że nieodmiennie darzę wielką estymą wszelkie ludzkie działania związane z tworzeniem tego, co człowiekowi jest potrzebne. Największy szacunek mam dla owego „wynajdywania”, które jest konsekwencją poznawania także bardzo ciężkiej roboty.  Ona zresztą w oczach bardzo wielu jest jedynie kosztowną i zupełnie niepotrzebną rozrywką bardzo sfiksowanych elit, które nie potrafią dostrzec, że dziś praktycznie wszystko, co nas otacza, jest jej wynikiem. W hierarchii wartości znacznie niżej od wynajdywania i poznawania stawiam samo wytwarzanie. Handlowanie dla marzyciela rakietowych szlaków jest upierdliwą czynnością, której najlepiej było by uniknąć, tak jak mieszania chleba rękami dla nasycenia go pozytywną energią. To tylko jeden z możliwych sposób dystrybucji, czasami świetnie działający, czasami totalnie zły, gdy na przykład wezmą się za niego spekulanci.

W moim pojęciu, naiwnym, bo ukształtowanym lekturą piśmideł dla dzieci (takich jak „Młody Technik”), tym, czym człowiek powinien się zajmować po pierwsze, to ulepszaniem procesu wytwarzania, tak aby wytwarzane było możliwie najmniejszym wysiłkiem. Jeśli już wiemy, jak zrobić, to w dzisiejszych czasach mamy już środki, które zaledwie jakieś trzydzieści lat temu były opisywane w science-fiction , a dziś nam pozwalają realnie pozbyć się człowieka z procesu wytwarzania. Bardzo często całkowicie. To między innymi fantastyczny postęp w informatyce, ale też w robotyce, w szeregu innych technologii, które pozwalają bez nakładów ludzkiej pracy  tworzyć bardzo skomplikowane maszyny.

Nie zdajemy sobie często sprawy, jak bardzo technologia redukuje udział pracy człowieka. Pisałem już parę razy, lecz przypomnę: w końcu XIX wieku szacowano, że w produkcji żywności musi brać udział od około połowy do nawet 80% społeczeństwa. Współcześnie ta liczba spada wedle różnych danych do 2% , podawane są także liczby 1,2%, a nawet 0,8%(czy mniej). Prace rolnicze są systematycznie mechanizowane i udaje się wyeliminować ludzi z takich zajęć, które wydają się wręcz niemożliwe do przeprowadzenia bez człowieka, jego rąk i inteligencji, jak zbiór owoców z jednoczesną selekcją na dobre i te gorsze oraz odpady.

To skażenie literaturą science-fiction kazało mi zawsze traktować z wielką –  delikatnie mówiąc – rezerwą  z ogniem w oczach kolportowane w środowiskach biznesowych twierdzenia, że „produkcja jest nieważna, ważna jest sprzedaż”.

Zapyziały czytelnik starych kosmicznych romansideł o niezłomnych astronautach, żyłem zawsze w przekonaniu, że jedynym czynnikiem, który ma zdolność  przewracania naszego życia do góry nogami, jest technologia. Znaczenie ma to, co się dzieje w zakładach przemysłowych, jak konstruujemy urządzenia, jak się nimi posługujemy. Znaczenie mają wynalazki, wyniki badań naukowych. Tylko to ustawia ranking ważności narodów, tylko to stanowiło o wyjątkowości kontynentu zwanego Europą. Reszta to kit, dekoracja, pomocnicze urządzenia, które mogą być, ale nie muszą. Technologia przewraca stosunki społeczne, ustawia sposób zarządzania społeczeństwem, nawet stosunki międzyludzkie.

Ściągnij tekst:
Strony: 123

Mogą Cię zainteresować

Adam Cebula „Ósme przykazanie na rok 2019”
Felietony Adam Cebula - 25 marca 2019

Dawno temu wyczytałem, czemuż to poważny czytelnik nie sięga po fantastykę naukową.…

Adam Cebula „Cytat, czyli ten złoty róg”
Felietony Adam Cebula - 19 czerwca 2015

Przyznaję się od razu, że jakiś kontakt z literaturą wysoką utrzymuję głównie dzięki swej żonie,…

Adam Cebula „Struktura chaosu, czyli uśmiech local guru”
Para-Nauka Adam Cebula - 15 maja 2015

Człowiek boi się chaosu. Dlaczego? Bo dzieją się rzeczy nieprzewidywalne. Gdy jest jakiś…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!